Takiego porwania nigdy się nie zapomni

Takiego porwania nigdy się nie zapomni

Overview

Tylko w 1981 r. aż 10 razy uprowadzano polskie samoloty pasażerskie

Jerzy Dziewulski

Lata 80. w Polsce to czas, gdy brutalne porwania samolotów były na porządku dziennym. (…) Zdarzało się, że porywacze podpalali pokład samolotu, wieszali pasażerów na skórzanych paskach, a nawet podcinali im gardła. W tamtym czasie ziemią obiecaną było lotnisko Tempelhof, położone niecałe 4 km od centrum Berlina. (…) Natężone uprowadzanie samolotów LOT-u przypada na okres w okolicy stanu wojennego. Tylko w 1981 r. aż 10 razy porywano polskie samoloty pasażerskie, co miało stanowić aż 27% wszystkich porwanych na świecie w tamtym roku!

Opowiedzmy o najsłynniejszym porwaniu, w którym brałeś udział. (…)
– Pamiętam jak dziś, że to był wtorek 22 września 1981 r. W pracy siedzę od ósmej rano. Do 14 ostro ćwiczymy z chłopakami odbijanie ludzi z rąk terrorystów. (…) Później przez dwie godziny siedzę nad papierami. Czas szybko zlatuje, a zegar w końcu pokazuje szesnastą. Pakuję swoje rzeczy, wychodzę z pracy, wsiadam do samochodu i wracam do domu. Zapowiada się spokojne popołudnie. (…)

Około 19 w chałupie zaczyna mi dzwonić telefon. (…) Z przyspieszonym biciem serca podnoszę słuchawkę i dyżurna z Okęcia informuje mnie o tym, że kontrola ruchu lotniczego zgłasza uprowadzenie samolotu. Myślę sobie: „Kontrola ruchu? Pewnie Katowice, Kraków albo Wrocław. Jak zwykle…”. Dopytuję, czy już wie, o który konkretnie samolot chodzi. Jeszcze nie wiedziała. „Słuchaj, muszę mieć potwierdzenie – co to za samolot, skąd leci i jakie oczekiwania mają porywacze!”. Nie rozłączam się. Z drugiego telefonu dyżurna dzwoni bezpośrednio do kontroli ruchu lotniczego. Rozmawia i słyszę, jak krzyczy: „O kurwa!”. Nie jest dobrze. Słowo „kurwa” w ustach dziewczyny, która nigdy nie przeklina, jest złym znakiem.

Co ustala dyżurna?
– Kończy rozmowę z kontrolą lotów i mówi: „Szefie, kurwa, to nasz samolot!”. „Jak to nasz?!” „No nasz! To jest ostatni samolot, który dzisiaj odlatywał z Warszawy do Słupska! On jest uprowadzony”. „Skąd leci? Gadaj szybko!”. I w tym momencie czuję się, jakby ktoś walnął mnie czymś ciężkim w głowę. Słyszę: „Szefie, on leci od pana z Warszawy! (…). Z niedowierzaniem odkładam słuchawkę. Poziom adrenaliny sięga zenitu. (…) Szybko się ubieram, wskakuję do swojego audi, wrzucam koguta na dach i ruszam na bombie przez miasto. (…) Przed samym lotniskiem zatrzymuję rozpędzony wóz. (…)

Trzeba było się dowiedzieć po drodze, używając krótkofalówki.
– No coś ty, o krótkofalówce to ja mogłem wtedy tylko pomarzyć! Docieram na miejsce. Okazuje się, że zaraz po moim telefonie dyżurna Ala ogłosiła alarm. Dzięki temu na miejscu zastaję ludzi ubranych w kamizelki, uzbrojonych po zęby. „Jak sytuacja?” – pytam. „Szefie, melduję, że jesteśmy gotowi!”. Biegnę do stanowiska dowodzenia. Chwytam za telefon i wykręcam numer Ali. Niestety, dyżurna nie odbiera. Chwytam za radiostację i krzyczę: „Ala, odbierz pilnie telefon!”.

Nie szkoda było czasu? Od razu przez radiostację mogłeś jej wszystko powiedzieć.
– Bzdura. Gdybym mówił przez radiostację, ktoś niepowołany mógłby to usłyszeć! Dzwonię raz jeszcze do Ali. Jeden sygnał, drugi. Ala, odbierz w końcu! W tym momencie po drugiej stronie słyszę jej głos. Matko, jak dobrze! „Ala, jak wygląda sytuacja?!”. „Szefie, kurwa, on leci do nas!”. „Kto jest kapitanem?”. Kiedy pada nazwisko kapitana, nieco się uspokajam. „Spokojnie, on wie, co robić. Posłuchaj mnie teraz, Ala, uważnie! Do ciebie należy jedna rzecz. Poinformuj o wszystkim dyżurnego miasta. Muszą nam dać pełne wsparcie – karetki pogotowia i wsparcie straży pożarnej. Uruchom cały system”. (…) Błyskawicznie zbieram ludzi. Prowadzę odprawę. Na mój ryj – za przeproszeniem – spada cała odpowiedzialność za to, co się za chwilę wydarzy.

Docierają do ciebie jakieś sygnały z pokładu samolotu?
– Nie mam pojęcia, co tam się dzieje. Próbuję się dowiedzieć, na którym kierunku będzie lądował samolot. Okęcie ma dwa pasy startowe. Każdy z nich ma określony kierunek lądowania i startu. Nawiązuję kontakt z wieżą kontrolną, która podaje, na którym pasie go posadzą. Już nie pytam, którędy będzie kołował, choć zawsze się to robi. Mnie to nie interesuje. Muszę robotę zakończyć od razu po wylądowaniu. (…) Albo porywacze załatwią nas, albo my ich. Zaraz potem dostaję szczegółowe informacje o kapitanie samolotu. Doświadczony, bardzo spokojny pilot. Pułkownik z wojska. Jeden mały kamień spada mi z serca.

Próbujecie nawiązać z nim kontakt?
– Nadal nic nie wiemy poza jednym – kiedy samolot będzie się zbliżał do lotniska, pilot obiecał dać znać, dwukrotnie mrugając światłami.

Skąd to wiecie?
– W środku, w kabinie z pilotami, siedzi porywacz. Kiedy na chwilę z niej wychodzi, pilot błyskawicznie nawiązał kontakt z wieżą i przekazał informację o tych światłach. Dodatkowo mówił, że porywacz żąda lotu na Tempelhof. Dla mnie to było bardzo ważne. Skoro porywacz na chwilę wyszedł z kabiny, to znaczy, że prawdopodobnie nie jest profesjonalistą. (…) Wydaję dyspozycję: „Porywacze będą myśleć, że lądują na Tempelhof (…)”. To oznacza, że musimy przyjąć go jak na Tempelhof.

To wszystko brzmi jak mocny film akcji.
– Kilka miesięcy wcześniej, po kolejnym porwaniu i żądaniu lotu na Tempelhof, wyszliśmy naprzeciw oczekiwaniom terrorystów. (…) Postanowiłem zrobić baner z napisem „Tempelhof”. (…) Wiesz, jak to było robione? Pędzlem na płótnie. Facet bardzo dokładnie to zrobił – wyglądało, jak drukowane. W tamtej chwili ludzie z patrolówki ode mnie dostali polecenie rozwieszenia tego baneru na napisie „Warszawa Okęcie”. Okazało się, że kiedy rozwiesili, to i tak nie było go widać. Z prostej przyczyny – na czas rozwieszania wyłączono światło, żeby nie było widać, co oni robią. A później w pośpiechu zapomniano ponownie zapalić światło. To był jedyny błąd, jaki popełniliśmy w trakcie tej operacji. Mniejsza o to. Zaraz potem pojawia się kolejny problem. „Chłopaki, jeżeli oni tu lądują i któryś z nich będzie siedział przy oknie i kontrolował miejsce lądowania, to zobaczy Pałac Kultury! Drugi taki jest tylko w Moskwie! Co robimy?” „Wyłączyć światło na PKiN-ie”, mówi jeden z chłopaków.

Durny pomysł. Przecież te czerwone światła na Pałacu Kultury i Nauki świecą się specjalnie po to, by ostrzegać nadlatujące samoloty.
– Dlatego przepisy nie pozwalają na wyłączenie tych świateł. Ale my musimy balansować na granicy prawa – nie mamy innego wyboru. Chwytam za słuchawkę i dzwonię do dyżurnego miasta. „Jeżeli nie wyłączycie tych cholernych czerwonych świateł, to operacja bierze w łeb!”, przekonuję go. Odpowiedź zwala mnie z nóg: „Słuchaj, nie mogę wydać takiej dyspozycji. Za chwilkę dam ci sygnał”. „Człowieku, każda sekunda jest cenna, za moment wszyscy mogą zginąć, a ty każesz mi czekać na jakiś sygnał?!”. „Przepraszam, ale takie mamy przepisy. Czekaj i bądź dobrej myśli!”. Siadam sam w gabinecie i czekam. Słyszę ruchy wskazówek mojego zegara. Minutę później – która trwa wtedy tyle co wieczność – oddzwania dyżurny: „Stary, te światła są ostrzeżeniem dla innych samolotów. Nie możemy ich wyłączyć”. „Noż kurwa twoja mać! Ale kontrola kraju zajęła cały obszar i nikt teraz nie ląduje ani nie lata nad Warszawą! (…)”. „Aaaa! To zmienia postać rzeczy. Czekaj przy telefonie, oddzwonię!”. Myślę, że zaraz zwariuję. To tylko pieprzone światełka, od których za chwilę będzie zależało życie 50 osób! Tym razem dyżurny oddzwania błyskawicznie: „Dobra, załatwione!”. Chwilę później jeden z chłopaków przybiega do mnie i mówi: „Szefie, ale z tej odległości widać też Wilanów!”. „Stary, nie przesadzaj z tym Wilanowem! To przecież nie są intelektualiści, którzy tam bywają i wiedzą, jak to wygląda!”. „No ale wyłącz na wszelki wypadek!”. Chwytam za słuchawkę i ponownie dzwonię do dyżurnego: „Musimy jeszcze zgasić cały Wilanów!”. „Jurek, co ty kombinujesz?!”. „Człowieku, albo operacja ma być na takim poziomie, jaki sobie wymyśliłem, albo ktoś mi ją spierdoli. Pomóż mi, proszę!”. „Dobra”. To jeszcze nie koniec. Dzwonię do niego po raz kolejny: „Słuchaj, trzeci obiekt jest do wyłączenia!”. „Kurwa, który?!”. „Dworzec Centralny”. „Masz rację. Mogą go poznać. Zaraz to załatwię”. Odkładam telefon i wydaję dyspozycję: „Panowie, kompletne uzbrojenie!”. Chłopaki zakładają na siebie białe kamizelki.

Dlaczego białe?! Przecież ten kolor najbardziej rzuca się w oczy!
– (…) Kolor był nieprzypadkowy. (…) Terrorysta zamiast strzelać w głowę, celował w kamizelki. A te były kuloodporne, tytanowe. Mój zespół miał je jako pierwszy w Polsce. Ściągaliśmy je aż ze Szwajcarii. (…)

Wróćmy do porwania.
– Dopiero później dowiem się, co się działo na pokładzie. (…) Zaczęło się od tego, że do stewardesy podchodzi porywaczka. Przyciąga ją do siebie, przykłada jej do szyi skalpel chirurgiczny i mówi: „Słuchaj, kurwo! Przekaż natychmiast wiadomość, że kapitan ma w tej chwili otworzyć drzwi. Wejdzie do niego nasz człowiek. Samolot jest uprowadzony do Tempelhof”. Stewardesa zgodnie z instrukcjami nie wyrywa się. Ma świadomość, jak ostry jest skalpel chirurgiczny. (…) Wystarczy go mocniej przycisnąć i już nacina skórę. W tej sytuacji stewardesa staje przy telefonie, łapie za słuchawkę i mówi: „Panie kapitanie, jestem w rękach kobiety, która mówi, że samolot jest uprowadzony. Żądają lotu do Tempelhof. Przyłożyła mi skalpel do szyi i żąda natychmiastowego otwarcia kabiny, ponieważ musi tam wejść jeden człowiek”. Kapitan zachowuje zimną krew. Zanim otworzy drzwi porywaczowi, postanawia powiadomić o wszystkim kontrolę powietrzną kraju. Chwilę później kapitan raz jeszcze odbiera telefon od zrozpaczonej stewardesy z błagalną prośbą: „Panie kapitanie, ta kobieta grozi mi utratą życia, jeżeli pan nie wpuści tego człowieka! Mam całą zakrwawioną twarz. Ta kobieta pocięła mi ją! Proszę, kapitanie!”. Kapitan odpowiada: „Dobrze, już go wpuszczam”. Zaraz potem do kabiny wchodzi niewysoki, na oko mierzący 1,60 m mężczyzna. Ciemne włosy, młody – wygląda na ok. 30 lat. Mówi, że ma materiał wybuchowy i broń, choć żadnej z tych rzeczy nie pokazuje. Siada z boku i rzuca krótko: „Lecimy na Tempelhof!”. Kapitan zaczyna rozmawiać z porywaczem. Próbuje z nim dojść do porozumienia, nawiązać jakiś kontakt. Wszystko po to, by ocenić ryzyko. Okazuje się, że porywacz odpowiada spokojnie, bez żadnych krzyków, bez uderzania pilota po głowie. Pilot doskonale wie, że takie zachowanie daje szansę na szczęśliwe zakończenie. Musi podjąć teraz decyzję – czy poleci do Dziewula na Okęcie, czy na Tempelhof. Jeżeli poleci do Dziewula, to wie, co ten może zrobić. Na Tempelhof tak bezpiecznie już być nie musi.

Ja bym na miejscu pilota poleciał na Tempelhof. (…)
– Chyba o czymś zapominasz. Mamy rok 1981. Lot do Tempelhof nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa. Przecież w drodze mogłyby się pojawić rosyjskie myśliwce, których pilot bał się jak piekła. (…) Zdradzę ci coś… W trakcie nieplanowanych przelotów Rosjanie podlatywali swoimi myśliwcami do naszych maszyn. Kazali im zawracać. Nie można było z nimi negocjować w takiej sytuacji, bo najnormalniej w świecie nie miało się z nimi żadnej łączności. (…)

W końcu pilot podejmuje decyzję o locie do Warszawy, choć porywacze wierzą, że lecą na niemieckie lotnisko Tempelhof.
– Właśnie tak. Porywacz siedzi w kabinie pilota. W pewnej chwili na pokładzie dochodzi do zamieszania. Coraz więcej pasażerów ma problemy z żołądkiem, chcą iść do toalety. Gerard F., szef porywaczy, każe stewardesie, by połączyła się z kapitanem i przekazała, żeby porywacz z kabiny dołączył do F., bo ten go potrzebuje na pokładzie. Stewardesa powiadamia o wszystkim kapitana, a ten porywacza w kabinie: „Wie pan, tam pana woła kolega”. Porywacz niepewnie patrzy na pilota. Zaraz potem słyszy, jak pilot mówi przez radiostację, że zmieniają kierunek lotu i będą lecieć na lotnisko Tempelhof. To uspokaja porywacza. (…) Zaraz po jego wyjściu pilot błyskawicznie nawiązał kontakt z wieżą kontrolną: „Panowie. Widzę, że mam szansę. Powiadomcie Dziewula, że lecę do Warszawy. Nic więcej, nie mogę dłużej rozmawiać. Będę lądował według systemu, który znam. Wcześniej błysnę dwa razy światłami zbliżania”.

Co w tym czasie dzieje się na pokładzie?
– Rozgrywają się niesamowicie brutalne sceny. Prezes spółdzielni mleczarskiej z Koszalina chce skorzystać z toalety. Porywacze mu nie pozwalają (…). W końcu facet nie wytrzymuje i idzie do kibla. Kiedy z niego wychodzi, porywaczka razem z szefem grupy, F., łapią go za łeb, wciskają w składany fotel stewardesy i zdenerwowani mówią podniesionym głosem: „Nigdzie, chuju, nie pójdziesz! Tutaj będziesz siedział!”. Potem F. odwija bandaż elastyczny, który ma na całej ręce, (…) robi pętlę na szyi tego faceta i zawiesza bandaż u góry. Wystarczy jeden niewłaściwy ruch, by facet się powiesił. „Jak to zdejmiesz, to cię zastrzelę”, mówi porywacz. Pasażerom zaczynają puszczać nerwy, (…) na pokładzie samolotu robi się jeden wielki burdel. (…) Porywaczka coraz bardziej się denerwuje, wściekła podchodzi do F., szarpie go za ramię i mówi: „Słuchaj, chuju jebany, przejmuję dowodzenie! (…) Wieszaj tego skurwysyna!”. F. łapie za bandaż, podnosi faceta, ale widzi, że to nic nie daje, ponieważ gość zaczepił się nogami i nie da się go unieść. Czas udusić go inną metodą. F. kładzie rękę za głową mężczyzny i dusi go. Facet traci przytomność i osuwa się w fotelu. Kiedy odzyskuje przytomność, porywaczka rozkazuje F.: „Walnij go w pysk!”. Za niecałe dwie minuty sytuacja się powtarza – facet odzyskuje przytomność, F. wali go w pysk i rzuca na podłogę. (…)

Porywaczka się uspokaja?
– Zdecydowanie tak. Na pokładzie panuje cisza, wszyscy patrzą na wieszanego faceta. Dyscyplina jak w wojsku. Cisza jak makiem zasiał. Do tego stewardesa potwierdza, że lecą na Tempelhof. Porywaczka zachowuje zimną krew. Wyciąga buteleczkę z benzyną i każe ją rozlać wzdłuż dywanu na całym pokładzie. Sięga do kieszeni i wyciąga zapalniczkę. Odpala ją, by pasażerowie zrozumieli, że żarty się skończyły. (…) Jeden zły ruch, pojawi się płomień i wszystko się spali. (…)

Wróćmy na ziemię…
– (…) Plan wyglądał tak, że samolot jeszcze kołuje, a my w tym czasie przeskakujemy z uazów na samolot, wchodzimy do środka i atakujemy wszystkie możliwe wejścia. Gdyby był jeden porywacz – nie byłoby problemu. Jest trójka – jest problem. Bo trzeba się rozdzielić. (…) Wchodzimy wejściem głównym, bagażowym z przodu i bagażowym z tyłu. (…) Wyznaczyłem ludzi do określonych form ataku. Ja miałem wejść głównym wejściem razem z jednym z żołnierzy. Byliśmy przygotowani we trzech: ja, mój zastępca Heniek i jeden z milicjantów. (…) Stoimy na stanowisku. (…) Jesteśmy napięci do bólu. Jeżeli popełnimy drobny błąd, ktoś zginie. Jeżeli jeden samochód wyprzedzi drugi, będą trupy. Nie wśród pasażerów, tylko wśród nas (…). Samolot daje błyski. No to ja do radiostacji: „Panowie, za parędziesiąt sekund zaczynamy”. Wszyscy siedzimy. Jeden samochód jest z lewej strony, z prawej – dwa uazy – dobre wozy w wersji Afganistan. Dyżurna daje nam sygnał, że do lotniska zbliża się samolot, który daje znaki światłami. Kiedy samolot jest na krótkiej prostej, około kilometra od pasa, rozpędzamy nasze uazy. Jedziemy z prędkością 90 km/godz. (…) Oni lądują, my jesteśmy pod nimi. Nie mogli nas zobaczyć, nie było siły. Samolot nas wyprzedza, bo on idzie 180 km/godz. Wyprzedza nas, widzę, że dość gwałtownie. Tak jak miał powiedziane: „Jak możesz, to nie ląduj długo, natychmiast przyziemiaj”. Z prostej przyczyny – to skraca czas naszego dojazdu do samolotu. Maszyna gwałtownie przyziemia, my jesteśmy 150-200 m z tyłu. On jeszcze pędzi, ale widzę, że odwraca ciąg (…), a my jesteśmy po kilku sekundach z tyłu, na dupie. Dobiegamy, samolot jeszcze kołuje. Dochodzimy do drzwi, mocujemy się z nimi, nie możemy na razie otworzyć. Samolot staje i w tym momencie pach! Heniek, mój zastępca, otwiera drzwi. Zrobił dużą szczelinę i ponieważ był lekko odsunięty od tych drzwi, to nic nie słyszał. Ja widzę w środku faceta, który stoi naprzeciwko mnie, prosto w drzwiach. I w tym momencie słyszę taki kobiecy głos: „Kurwa, zabij go!”. To my go łup! – od ręki. Ten, który stał, a więc F., od razu oberwał.

W głowę?
– Nie, strzeliliśmy mu w brzuch. Ale było takie uderzenie, że on, gdy padł strzał, wpadł do kibla. Wyłamał w kiblu drzwi. I rzuciłem hasło: „jeden” – a było ich troje. Zasada jest taka: każdy żołnierz, który swojego porywacza trafi lub opanuje, ma odliczyć. No to jedziemy dalej z frajerami! Krzyczymy: „Nie ruszać się! Wszyscy na ziemię!”. W tym momencie każdy, kto wstanie, może stać się celem. Nagle podrywa się ktoś z fotela stewardesy i krzyczy: „No, nareszcie!”. I oczywiście Heniek, bez żadnej litości, kolbą prosto mu przez łeb. Bo nie chciał strzelać. Facet pada. (…) Dopiero później okazuje się, że to ten prezes spółdzielni, którego wieszali. Nagle słyszę, jak jakaś kobieta krzyczy: „Kurwa, wydymali nas!”. W tym momencie stewardesa wyrywa się z jej ramion i w długą! Porywaczka jest wściekła: „Zabiję cię, kurwo, jak ci obiecałam!”. I biegnie za nią. Heniek rusza za porywaczką, ta zaś robi zamach i już ma uderzyć skalpelem uciekającą stewardesę, która jest już prawie przy drzwiach. W tej chwili Heniek – jeb! – złożył się, wycelował jej w łeb i strzelił. Dostała. Niestety – mówię niestety, bo nie lubię niecelnych strzałów – pocisk przeszedł rykoszetem. Otworzył jej czaszkę, ale przeżyła. Szczęśliwie nabój nie trafił w mózg, tylko kość została otwarta. Taki rodzaj trepanacji. No dobra, ale, kurwa, gdzie jest trzeci, ten, który rozmawiał z pilotem? Okazuje się, że z niego był taki bandzior jak ze mnie baletnica. Przed lądowaniem kapitan, z którym siedział w kabinie, powiedział mu, że za chwilę będą lądować i dobrze by było, gdyby zajął jakąś bezpieczną pozycję. Porywacz na to przystał i poszedł usiąść do kabiny pasażerskiej. Ja o tym oczywiście nie wiedziałem w tamtym momencie. (…) Nagle drzwi od kabiny pasażerskiej otwierają się, staje w nich facet z bronią – nie zapomnę tego do końca życia – i strzela!

Do was?
– Tak! My wtedy stoimy między fotelami, jakieś 3, 4 m od drzwi. Heniek siedzi na porywaczce, zostaję ja i drzwi. Drzwi się otwierają i ta nieznana postać celuje. (…) W sobie mam obraz bandziora, terrorysty, śmiecia, a ten wychodzi do mnie w białej koszuli – coś mi tutaj nie gra, nie pasuje, ja nie miałem czasu na zastanawianie się. To nie był moment. A on strzela. Podnoszę, spust miałem naciskać, ułamek sekundy i coś mi mówi: „Kurwa, nie!”. Patrzę na niego i nie wierzę własnym oczom. To jest, kurwa, mechanik. Nie wolno mu było tego, za żadne skarby, zrobić! On nie jest od obrony, on jest od pilnowania przyrządów. Od siedzenia – i nic więcej. W momencie kiedy porywacz wyszedł, kapitan powiedział: „Idź, usiądź w swoim fotelu”, to ten mechanik poszedł za nim, zobaczył, że siedzi, przekazał kapitanowi, ale przez ten wizjer w drzwiach zobaczył, jak my wskakujemy. Widział, jak porywaczka goni stewardesę. Co robi mechanik? Podejmuje heroiczną decyzję ratowania życia stewardesy. Nie wolno mu było tego zrobić, bo się wmieszał i stał się celem. „Podejmując tę decyzję – powiedział mi później – ja widziałem jeden obraz: stewardesę, która ucieka; rozumiałem, że chcą ją zaciukać, widziałem tę babę, która goniła ją z podniesioną ręką. Otworzyłem drzwi, żeby do niej strzelić” – to był pistolet gazowy, którego nie mógł mieć ani pilot, ani personel pokładowy. I strzelił. Widzę płomień i co robię? Opuszczam broń – decyzja zapadła w sekundę – i walę do niego fizycznie, czyli odpycham go gdzieś tam, na bok. Skojarzenie proste: biała koszula, wygląd. To był znajomy mechanik, ale w ogóle nie rozpoznałem jego twarzy. (…) Gdybym strzelił, zabiłbym go. (…)

Ale teraz ja wpadam do kabiny i pytam: „Gdzie ten skurwysyn jest?!”. A Heniek na to: „Kurwa, nie ma go tutaj!”. „Może spierdolił przez drzwi?”. „Niemożliwe! Nasi wskakiwali i blokowali drzwi!”. Kapitan mówi: „Panowie, jest na pokładzie” – tylko tyle powiedział. Ja już nie pytam, dlaczego jest na pokładzie, bo to nie jest dla mnie istotne. (…) Wszyscy mamy spluwy gotowe. Gdzie ten skurwysyn jest?! Idziemy: jeden rząd, drugi, trzeci… Każdego obserwujemy, patrzymy. I nagle jeden z pasażerów z przodu wskazuje na inne siedzenie… Nie uwierzyłem w to, co zobaczyłem – facet ze strachu tak się wpakował między siedzenia pod spodem, że nie mogliśmy go stamtąd wyjąć. (…)

Udawał, że go nie ma?
– Tak, ze strachu udawał, że jest nieobecny. (…) On był po prostu słaby. Oczywiście dopadamy go, wyjmujemy z tego fotela. Chłopaki wynoszą F., ta dupa leży i tego trzeciego dołączamy. No i teraz się zaczyna! Powódź sukcesów! Akcja zakończona? Zakończona. Jest sukces? Jest. Pasażerowie cali? Cali. Nikt nie odniósł obrażeń? Nikt. (…)

I jaki jest koniec? Ile porywacze dostali lat?
– Koniec jest taki, że po tej robocie dostałem drugie odznaczenie za odwagę. A oni zostali skazani za usiłowanie zabójstwa mnie i Heńka. Jeżeli dobrze pamiętam, to dostali chyba po 12 lat albo i więcej. Kiedy już ich razem przetransportowaliśmy do jednostki, dopiero wszyscy sobie przypomnieliśmy, że jeden z nich oberwał ostro – adrenalina nam tak waliła, że dla nas nie było istotne, że on oberwał. A on się nie przypominał, tylko powtarzał, że go boli brzuch. „Jak cię boli brzuch, to idź do łazienki”. Ja patrzę, a on krwawi od cholery. I mówię: „Chłopaki, przecież on jest trafiony! Natychmiast pogotowie!”. Oczywiście karetka przyjechała, zabierają go i lekarz mówi: „Ciężki postrzał. Ma deskowaty brzuch. Tak twardy, że nie mogłem go ugiąć. To jest ciężki postrzał”. Jedziemy do szpitala MSW, bo najbliżej. Podjechali, zrobili mu operację. Miał postrzeloną trzustkę, wątrobę, żołądek i jelito grube. Ale przeżył. Ba, nie dość, że przeżył, to jeszcze był na rozprawie w sądzie! (…)

Fragmenty książki Jerzego Dziewulskiego i Krzysztofa Pyzi, Jerzy Dziewulski o polskiej policji, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017

Wydanie: 24/2017

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 12 października, 2017, 11:29

    Świetnie się to czyta !

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy