Tańce godowe wokół lewicy

Tańce godowe wokół lewicy

Ciurkający przyrost poparcia dla prezydenta Kaczyńskiego ożywił mocno podupadłe nadzieje części prawicy związanej z PiS i tchnął nowego ducha w sprzyjające im media. Przypomina się więc ciągle, jak to przed pięcioma laty notowania Kaczyńskiego też były marne, choć przecież nie aż tak dramatycznie słabe jak obecnie, a jednak udało mu się rzutem na taśmę pokonać Donalda Tuska. Aktorzy tamtego zwycięstwa po dłuższej przerwie przypomnieli sobie o tym, że miał w tym swój udział elektorat lewicy i Samoobrony. Do nich zwrócił się o poparcie ówczesny kandydat. I to poparcie dostał in blanco, bez żadnych warunków wstępnych. Czy spełnił oczekiwania tej grupy wyborców? Pod koniec kadencji prezydenta Kaczyńskiego trudno się doszukać działań, na które liczyły te środowiska. Nie dość, że niczego od niego nie dostały, to jeszcze wielokrotnie były postponowane i obrażane.
Podobno jednak pamięć wyborców jest stosunkowo krótka i na to liczą sztabowcy PiS, którzy wierząc, że mimo wszystko Lech Kaczyński wejdzie do drugiej tury, znowu zaczynają tańce godowe wokół lewicy. I nie tylko tańce. Zgłaszane są oferty bez mała matrymonialne. Własnym oczom człowiek przestaje wierzyć, gdy czyta w tekście czołowego publicysty pisowskiego, że „koalicja PiS z SLD jest trudna, ale możliwa”. Albo wtedy, gdy Michał Kamiński, eurodeputowany z PiS, ujawnia, że „wyobraża sobie taką koalicję”. Coś więc musi być na rzeczy, jeśli chodzi o intencje samego Prawa i Sprawiedliwości. Tylko co? Sądzę, że tymi sygnałami PiS zaczęło grę o wynik drugiej tury wyborów prezydenckich, przy założeniu, że będą w niej dwaj kandydaci prawicowi i że dojdzie do powtórki z 2005 r., nawet jeśli Donalda Tuska zastąpi inny kandydat PO. Wtedy, podobnie jak wówczas, o wyniku zadecyduje głos wyborców o poglądach na lewo od centrum. Sztabowcy PiS mają jeszcze dziewięć miesięcy, by o ten elektorat powalczyć. I spróbują odkręcić to, co przez cztery lata psuł prezydent Kaczyński. Zadanie karkołomne, ale lekceważenie takiego scenariusza byłoby niemądre. Bo do czego może doprowadzić lekceważenie takiego rywala jak PiS, mogli się przekonać niedoszły prezydent Donald Tusk i Jan Maria Rokita, niedoszły premier z Krakowa. Wówczas i PO, i jej kandydat na prezydenta byli ponad chęcią szukania porozumienia z lewicą i z wyborcami lewicowymi. Czegoś się jednak po tamtej klęsce nauczyli i nie chcą popełnić tego samego błędu. Zaczęli więc kokietować lewicę, skupiając swoje zainteresowania na jej najpopularniejszym polityku, czyli Włodzimierzu Cimoszewiczu, i jego środowisku.
Coraz dalej idące zabiegi partii prawicowych o poparcie lewicy to z pewnością oznaka odradzania się tej formacji i wzrost jej politycznego znaczenia.
Czy jednak te oferty i obie partie prawicowe można traktować jedną miarą? Absolutnie nie! Projektem politycznym lewicy w kampanii prezydenckiej musi być zdeterminowana walka o ulokowanie polityka tej formacji w ścisłym finale wyborów. I walka o prezydenturę. Po prezydenturze Lecha Kaczyńskiego oczekiwania społeczne wobec głowy państwa są dość wyraźnie określone. Jak PiS widzi przyszłą prezydenturę? Co proponuje w nowej konstytucji? Lecha Kaczyńskiego w wielkich butach, sięgających do rozwiązań konstytucji z 1935 r. Nowy prezydent Kaczyński to według tej koncepcji polityk będący ponad parlamentem, sądownictwem i kontrolą państwową. Projekt obdarzający Lecha Kaczyńskiego ogromną, niczym nieograniczaną władzą po doświadczeniach z jego dotychczasową prezydenturą wydaje się jakąś aberracją. Ale to nie sen, nie mara. Projekt leży na stole. Ma autorów, którzy wierzą w taką prezydenturę. I którzy chcą takiej właśnie Polski.

Wydanie: 4/2010

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy