Spór w rodzinie

Spór w rodzinie

Dyrektor dobrze i źle popularnego Radia Maryja, jeszcze bardziej popularny niż jego dzieło ksiądz Tadeusz Rydzyk, wywołał oburzenie w kołach rządowych stwierdzeniem, że od 1939 roku Polską nie rządzą Polacy, a w kraju panuje totalitaryzm. Ani dyrektor Rydzyk, ani księża w ogóle nie są znani z dosłowności swoich wypowiedzi, przeciwnie, swoje na ogół nieprawdziwe myśli wyrażają przeważnie za pomocą metafor. Dogrzebać się do istotnego sensu ich wypowiedzi nie jest łatwo. Słowa „totalitaryzm” ksiądz użył w znaczeniu niedosłownym, tak jak jest ono w Polsce i nie tylko zresztą w Polsce powszechnie używane. Jeżeli można mówić, że opozycja demokratyczna obaliła system totalitarny za pomocą wolnych wyborów, to z taką samą słusznością wolno twierdzić, że w Polsce obecnie panuje totalitaryzm, ponieważ fundacja Lux Veritatis nie otrzymała obiecanych pieniędzy na eksploatację energii geotermalnej.
Termin totalitaryzm ma w języku nauk politycznych mniej więcej ścisłe znaczenie: oznacza ustrój cechujący się brakiem opozycji legalnej i nielegalnej. Żeby opozycja mogła wziąć udział w wyborach i do tego je wygrać, totalitaryzmu od dawna musiało już nie być. Ścisłym znaczeniem tego politologicznego terminu nikt się nie krępuje, dziennikarze, politycy, nawet naukowcy – gdy włączają się do aktualnych sporów – posługują się nim jako hiperbolą, służącą do piętnowania takich lub innych rządów, które im się nie podobają.
Nie dość, że księdzu Rydzykowi utrudnia się wykorzystanie energii geotermalnej, to jeszcze zabrania mu się nazywania przyczyn swojej krzywdy za pomocą ekspresyjnej, powszechnie i dowolnie używanej metafory.
Rozgłośnia radiowa, której Rydzyk szefuje, kieruje uwagę słuchaczy na świat nadprzyrodzony i miejmy nadzieję, że w zaświatach jest tak, jak ona głosi, jeśli jednak chodzi o sprawy doczesne, zwłaszcza polityczne, występujący w niej bracia redemptoryści kłamią jak najęci, bezczelnie i bezwstydnie, czasem sami, a czasem z pomocą osób doproszonych. Dopóki robią to w Toruniu, a nie w Brukseli, ludzie rządowi przeciw temu nie protestują.
Ksiądz Rydzyk wypowiedział się nie tylko o totalitaryzmie, jak zaznaczyłem. „Tragedią Polski – dodał – jest to, że od 1939 r. Polską nie rządzą Polacy. Nie chodzi tu o krew ani przynależność. Oni nie kochają po polsku, nie mają serca polskiego” (cyt. według „Gazety Wyborczej”). Reakcje ludzi rządowych na tę wypowiedź świadczyły o ich myślowej bezradności wobec tak bezczelnego kłamstwa. Twierdzili coś bez sensu, że te słowa są sprzeczne z polską racją stanu – dziwne wyobrażenie o racji stanu mają, skoro odwołują się do niej przy takiej okazji – skarżyli się, że Rydzyk wygłosił je za granicą, bo wewnątrz Polski kłamstwo nie byłoby szkodliwe, Polakom można wmawiać dowolne fałsze, tylko cudzoziemców nie należy wprowadzać w błąd, zwłaszcza w przededniu polskiej prezydencji.
Rozróżnijmy, co w tej wypowiedzi jest fałszem, a co tylko sporną oceną. W demokracji każdemu wolno źle oceniać rządzących, zarzucać im brak miłości do kraju czy złe rozumienie interesów narodowych; dopuszczalne są i nagminne podejrzenia o wysługiwanie się obcym rządom. To ostatnie należałoby poprzeć jakimiś dowodami, ale w liberalnej demokracji zbyt stanowczo się tego nie żąda. Co do racji stanu, to została ona wymyślona w ustroju monarchistycznym i tylko tam miała bezsporny sens, w demokracji, jak widzimy, każda grupa interesu, każda partia, każdy poseł, a nawet każdy student ma swoje własne wyobrażenie o racji stanu, konkurencyjne wobec rządowego. Miałby więc prawo Rydzyk zarzucić rządowi to, co rząd jemu zarzuca, mianowicie pogwałcenie racji stanu. Słusznie jednak ocenił, że byłby to zarzut bardzo słaby i bezdźwięczny.
Grubego fałszu natomiast dopuścił się dyrektor Radia Maryja, uznając historię Polski od 1939 roku od dziś za okres politycznie jednorodny. Tak jak Polska nie była rządzona przez Polaków od 1939 roku do 1945, tak też nie jest przez nich rządzona do dziś. O ile wiem, to właśnie ta część wypowiedzi ks. Rydzyka została zaskarżona do Watykanu. Moim zdaniem trzeba tu interwencji samego papieża, znanego z niezwykłej subtelności intelektualnej, aby w taki sposób zganić toruńskiego Savonarolę, żeby zarzuty nie spadły jednocześnie na premiera Donalda Tuska, jego partię Platformę Obywatelską i powstające muzeum drugiej wojny światowej. Jak wiadomo, Donald Tusk, ministrowie jego rządu – cytowaliśmy w tym miejscu p. Zdrojewskiego – i jego doradcy partyjni od dawna twierdzą, że druga wojna światowa skończyła się nie w 1945 roku, jak się ludziom zdaje, lecz dopiero po objęciu władzy przez obóz „posierpniowy” w roku 1989, na co dowodów ma dostarczyć tworzone muzeum. Wyrażają się platformersi nieco wykrętnie, starając się nie dać złapać za słowo, co do istoty jednak także dokonują ujednorodnienia czasów wojny i czasów pokoju, czasów, gdy miasta burzono, i czasów, gdy je odbudowywano, czasów, gdy naród polski zmniejszył się o kilka milionów, i czasów, gdy stał się liczniejszy o milionów kilkanaście. Takie datowanie końca wojny ma służyć tysiąckrotnemu powiększeniu zasług „Solidarności”, KOR-u z panem Macierewiczem na czele, Niezależnego Związku Studentów (nie mam czasu na objaśnienie co to), gdańskich liberałów itp.
Czym się różnią poglądy księdza Rydzyka od poglądów jego krytyków? Tylko nadgorliwością i przesadą, co do istoty różnic nie widzę. Z dwojga złego wolę Rydzyka, poglądy, jakie on głosi, nic nas podatników nie kosztują, natomiast na oficjalne państwowe instytucje propagandowe trzeba wydawać każdego roku – kryzys, nie kryzys – setki milionów złotych. Liczę bardzo ostrożnie, przypuszczam, że wydatki na systematyczne podtrzymywanie solidarnościowej polityki historycznej przekraczają rocznie miliard złotych, bo trzeba dodać do rachunku wiele instytucji z nazwy kulturalnych, a w istocie uprawiających propagandę polityczną.

Wydanie: 27/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy