Werbalistyczne wykształcenie

Werbalistyczne wykształcenie

Wykształcenie humanistyczne cierpi obecnie na przypadłość przesadnego werbalizmu. Do niedawna stosunkowo najmniej dotknięte tą chorobą było szkolnictwo amerykańskie, ale i tam zachodzą zmiany na gorsze. W Polsce to już jest plaga.

Uczenie się terminów zamiast dowiadywania się o rzeczach było śmiesznością, jaka od początku towarzyszyła zewnętrznej uczoności. Kpili z tego Arystofanes, Rabelais, Molier, Goethe i wyśmiewało się wielu innych. Przez całe stulecia za wykształcenie uchodziło samo tylko uczenie się obcego języka, wówczas łaciny. Nasze położenie dziś jest tak odmienne, że porównanie z tymi odległymi czasami może być już tylko zabawą. Oceniając jakość współczesnego wykształcenia, musimy brać za podstawę wymagania dzisiejszego życia.

Czym się różni werbalizm od wykształcenia rzeczowego? Ktoś mi opowiadał, że na egzaminie na prawo jazdy zadano mu pytanie, co to jest droga. Zaniemówił, mimo że był człowiekiem bardzo elokwentnym. Nie miałby żadnej trudności z odpowiedzią, gdyby to głupie pytanie padło na seminarium uniwersyteckim. Odpowiedź byłaby tym więcej ceniona, im dalej odbiegałaby od rzeczywistej drogi. Wszyscy potrafią dziś rozprawiać, deklamować, recytować frazesy, naśladować wnioskowania. Jednocześnie obserwujemy niebywały w wolnym społeczeństwie prymitywizm myślenia tam, gdzie pojawiają się kwestie sporne. Jest się czemu dziwić, porównując bogactwo retoryki zawarte w książkach czytanych obowiązkowo na uniwersytetach z prymitywizmem dyskusji publicznej. Nie tłumaczy wszystkiego okoliczność, że dyskusja publiczna jest najczęściej odmianą walki. I w inny sposób stwierdzamy, że ludzie z dyplomami uniwersyteckimi, którzy o wszystkim gotowi rezonować, nie rozumieją powiązań między faktami i nawet nie starają się skierować uwagi w tym kierunku.

Nie rozszerzam swoich uwag na wszystkie nauki społeczne, w szczególności muszę się zastrzec, że wyłączam archeologię, a także nauki ekonomiczne. Moje obserwacje ograniczają się do filozofii, socjologii, nauk o kulturze, literaturoznawstwa, religioznawstwa i jeszcze paru dziedzin pokrewnych.

Współczesna młodzież, wydawałoby się, do wszystkiego jest nastawiona krytycznie, a nawet bez szacunku. Jest jednak coś, co ją zbija z pantałyku i potrafi nawet rzucić na kolana. Co mianowicie? Otóż – niezrozumiałość. Oczywiście niezrozumiałość pretensjonalna, zwłaszcza połączona z pretensją do głębi.

To doprawdy zadziwiające, jak tę sceptyczną młodzież łatwo doprowadzić do nienależnego szacunku za pomocą połączenia „intelektualizmu”, tzn. właśnie werbalizmu, z moralnym patosem.

Po okresie izolacji od świata wszyscy byli ciekawi, co i jak się myśli na Zachodzie. Jest to ciekawość uzasadniona i słuszna. Strumień książek tłumaczonych zwłaszcza z angielskiego ma zaspokoić ten głód wiedzy o zachodnim myśleniu. Niestety, pojęcia humanistyki, jej problemy i tematy są kontekstowe. Te książki przetłumaczone i przeniesione do innych krajów tracą połowę swojej treści i w swojej drugiej połowie nie zawsze są zrozumiałe. Zatem wykształcenie opierające się w znacznej mierze na książkach tłumaczonych musi być wadliwe. Zwracałem już na to uwagę przy różnych okolicznościach i wiem, że mówię truizmy, ale truizmy mające znaczenie praktyczne.
To, co się wydaje pokorą wobec niezrozumiałości, wzięte pod lupę okazuje się zjawiskiem niejednorodnym. Czym innym jest niezrozumiałość Schopenhauera, a czym innym niezrozumiałość Hegla czy Heideggera. Czytając Schopenhauera, wiemy, kiedy go rozumiemy, a kiedy nie. Z Heglem przeżywamy inną przygodę. Niekiedy możemy mieć momenty wielkiego olśnienia, że oto objawiła się nam wielka prawda, ale kłopot polega na tym, że nigdy z pewnością nie wiemy, czyśmy autora dobrze zrozumieli, czy źle, i czy źródłem olśnienia jest studiowany tekst, czy też nasza własna wyobraźnia. Zachowując proporcję, tę samą trudność mamy z ks. Tischnerem. Za rzecz niepokojącą z kulturalnego punktu widzenia uważam to, że autorzy w rodzaju Heideggera cieszą się większym zainteresowaniem niż autorzy w rodzaju Schopenhauera.

Co polski albo amerykański student może zrozumieć z filozofii Heideggera? Wydaje mi się, że niewiele, jeśli w ogóle cokolwiek. To samo można powiedzieć o przeciętnym, a nawet nieprzeciętnym naukowcu. A jednak filozof ten cieszy się wielką sławą, pisze się o nim z nabożnym respektem, a jeśli go się krytykuje, to bez wyciągania z tego oczywistych wniosków. Heidegger w życiu publicznym dał się poznać jako człowiek niezbyt rozgarnięty i wiele się o tym pisze, ale w taki sposób, aby jego kompromitujące błędy przedstawić jako ważne historyczne wydarzenie. Na uniwersytecie, gdzie spodziewamy się krytycyzmu jako zasadniczej postawy, znajdujemy zapotrzebowanie na ezoteryczne nastroje; gdzie na miejscu byłaby odwaga posługiwania się własnym rozumem, widzimy kompleks niższości i poczucie winy, że się nie dorasta do poziomu wielce uczonej bełkotliwości. W takiej atmosferze może pojawić się geniusz przynoszący światu naprawdę nowe myśli i będzie się on cieszył uznaniem takim samym jak pierwszy lepszy pretensjonalny mętniak.

Obecnie szkolnictwo wyższe cierpi na poważniejsze schorzenia niż opisany tu werbalizm, ale one po części z niego się wywodzą.

Wydanie: 10/2017

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy