Hej Gerwazy, daj gwintówkę

Są tematy, od których nie można uciec. Nie dlatego, aby były ciekawe, pouczające czy zagadkowe, ale dlatego, że są natrętne. Takim tematem jest teraz lustracja. Mamy epidemię lustracji. Niedawno jeszcze dyskutowano o rozmaitych wariantach ustawy lustracyjnej, nad którą pracował Sejm, i lustrację można było uważać za problem prawny i ustrojowy. Obecnie jednak, gdy lustracja stała się epidemią i wymknęła się wszelkim regułom, prawny i ustrojowy kształt ustawy lustracyjnej nie ma już żadnego znaczenia, tak jak podczas epidemii grypy mało kogo obchodzi, czy jej zarazki roznoszą bakterie, wirusy czy krasnoludki.
Niektórzy twierdzą, że nowy zapał lustracyjny, rozdmuchiwany przez media, jest wynikiem sezonu ogórkowego, lustracja jest po prostu potworem z Loch Ness, którym w porze urlopowej można zabawić i zaintrygować rozleniwioną publikę. Lecz jeśli jest to prawda, to dowiadujemy się oto czegoś niezbyt przyjemnego o naszym społeczeństwie i o nas samych. Oznaczałoby to bowiem, że wiadomościami, które ekscytują czytelników gazet i słuchaczy telewizji, nie są doniesienia o tym, kto co wykonał pożytecznego i uczciwego, lecz kto jest czy był świnią, dwulicowcem lub kanalią.
W normalnych społeczeństwach i w normalnych czasach ludziom sprawia przyjemność, że żyje pomiędzy nimi ktoś wybitny, uzdolniony, nieprzeciętny, uznawany w kraju i na świecie za znakomitość. Podnosi to samopoczucie ogółu i przekonuje – jak powiedział nam to niedawno premier Kaczyński – że warto być Polakiem. Niestety jednak właśnie za rządów premiera Kaczyńskiego i jego brata owo dominujące dotąd pozytywne nastawienie zdaje się gwałtownej zmieniać. Szerokiej publiczności sprawia przyjemność, jeśli osoba uchodząca dotychczas za powód do narodowej dumy pokazana zostaje jako szubrawiec, żałosna kreatura, groszowy łaps. O tym warto poczytać na plaży lub pod lipą. Tak przynajmniej kalkulują dziennikarze pism opętanych przez lustrację, takich jak „Wprost”. Może pisma te się mylą, chociaż do tej pory nic na to nie wskazuje.
W obecnej fazie epidemii lustracyjnej pojawiła się też nowa technika, opracowana przez media we współpracy z IPN. Jest to technika sięgania do wysokiej półki. IPN i media uznały, że dosyć już zawracania sobie głowy pospólstwem, ciekawe są tylko smakowite i tłuste kęsy. Niezbyt dobrze sprawdzają się też w roli atrakcji lustracyjnej osoby związane z PRL i tzw. komuną. Na nikim np. nie robi wrażenia pokazywanie, że generał Jaruzelski zapisany był ponoć w księdze agentów informacji wojskowej, skoro był on dowódcą całego wojska, włączając w to informację.
Ciekawe natomiast okazały się osoby związane z prawicą, a więc te, które powinny dzisiaj triumfować i być noszone na rękach. W nich kryje się prawdziwy suspens, jak w filmie kryminalnym, gdzie mordercą okazuje się prokurator. Osoby takie – co również jest nowością – wybiera się obecnie zarówno spośród żywych, jak i umarłych.
Do tej pory udawano bowiem, że sensem lustracji jest niedopuszczenie do tego, aby osoby związane z PRL-owską służbą bezpieczeństwa przenikały do aparatu władzy politycznej, a tym bardziej do państwowych spółek, gdzie leży gruba forsa, i swoim cuchnącym oddechem nie zatruwały krystalicznej moralnie atmosfery IV RP. Obecnie zamiar jest szerszy i chodzi o pokazanie Polakom, że – jak mówi u Gogola Horodniczy – „w naszym mieście jedynym przyzwoitym człowiekiem jest prokurator, ale i ten też świnia”. Żywa lub umarła.
Spośród umarłych upatrzono sobie np. Andrzeja Micewskiego, polityka i publicystę katolickiego, doradcę kardynałów Wyszyńskiego i Glempa. Wiadomo, że ideą polityczną Micewskiego było wytworzenie jakiegoś modus vivendi pomiędzy partyjną władzą, dla której przewidywał żywot wieczny, a równie wiecznym Kościołem. Nie twierdzę, że zabierał się do tego zgrabnie, startował jako polityk PAX, w kręgu Bolesława Piaseckiego, przedwojennego faszysty, gdzie obracał się także obecny poseł Bender i parę innych prominentnych dziś osób. Później Micewski sam oceniał to w książce o dwóch orientacjach w polskiej polityce kościelnej pod znamiennym tytułem „Współrządzić czy nie kłamać?”. Micewski i PAX byli po stronie „współrządzić”, a więc nieraz kłamali. Z całą zaś pewnością Micewski biegał pomiędzy KC a Episkopatem, mówiąc jednym, co sądzą o nich drudzy. Czy mówił także z ludźmi z bezpieczeństwa? Na pewno. Ale czy ta polityka była działalnością agenturalną? Na pewno nie, ponieważ rzecz cała rozgrywała się na innym piętrze, czego nie mogą zrozumieć lustratorzy.
Na podobnym zresztą polu, ale mądrzej i na jeszcze wyższym piętrze, działał człowiek nadzwyczajnej szlachetności, pisarz Jerzy Zawieyski, starając się zbliżyć do siebie dwóch po chłopsku upartych polityków, Stefana Wyszyńskiego i Władysława Gomułkę, o czym obszernie i dramatycznie pisze w najnowszym, 156. numerze „Zeszytów Historycznych” paryskiej „Kultury” Barbara Tyszkiewicz. Polecam ten tekst redaktorom „Wprost”, da się z tego przy odrobinie kłamstwa zrobić niezły pasztet, lepszy niż z Herberta.
Bo na tapecie „Wprost” jako agent UB znalazł się także poeta Zbigniew Herbert. „Wprost” tłumaczy się, że wystrzeliło przypadkiem, jak przy czyszczeniu broni, ale dym pozostał. Herbert uchodził za pomnik rycerza bez skazy, a jego „Pan Cogito” współzawodniczył już tylko z Ewangelią. Co więcej zaś, po roku 1990 sam poeta chwycił się za pisanie posępnych, czarnosecinnych felietonów, które każdy, kto go cenił, musiał czytać z zawstydzeniem.
I oto nagle „Wprost” pisze, że Herbert przez kilka lat składał donosy do specsłużb, nie za pieniądze wprawdzie, lecz za paszport, dzięki któremu, nawiasem mówiąc, powstała jedna z jego najlepszych książek, „Barbarzyńca w ogrodzie”, o sztuce niderlandzkiej. Strzał w dziesiątkę – Polska nie ma już ani poety, ani męża niezłomnego.
Polska nie ma już pisarza Andrzeja Szczypiorskiego, jednej z ważnych osób KOR i „Solidarności”, ponieważ za wiedzą UB starał się sprowadzić do kraju swego ojca, znanego przed wojną działacza PPS, który w emigracyjnym Londynie nosił na plecach towary w jakimś magazynie.
A przecież akcja dopiero się rozkręca i będą następni. „Hej Gerwazy, daj gwintówkę, niechaj strącę tę makówkę!”, pokrzykują do chłopaków z IPN lustracyjni dziennikarze i otrzymawszy byle świstek, walą w co zacniejsze głowy. Żywe lub martwe.
Czy naród się z tego cieszy, nie mam pojęcia. Może niedługo będzie mu trochę głupio, że żyje na takiej pustyni, z jednym tylko nieposzlakowanym autorytetem, ale za to w dwóch osobach.

 

Wydanie: 34/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy