Samo dobro, samo prawo i sama sprawiedliwość

Samo dobro, samo prawo i sama sprawiedliwość

Był stan wojenny. Trzynastego każdego miesiąca w samo południe studenci i pracownicy Uniwersytetu Śląskiego gromadzili się na placu przed rektoratem, gdzie przez pięć minut stali w milczeniu, wznosząc ręce z palcami ułożonymi w literę V.
Czujne SB któregoś razu obfotografowało tę milczącą manifestację, a później, jak się należy domyślać przy pomocy jawnych i tajnych współpracowników, rozpoznawało jej uczestników.
Kilkudziesięciu rozpoznanych tak studentów na żądanie władz bezpieczeństwa miało mieć prowadzone postępowania dyscyplinarne na uczelni.
Nie pamiętam nawet, jak sformułowany był zarzut. Czy udział w tej milczącej manifestacji uznano za udział w nielegalnym zgromadzeniu, czy za zakłócanie porządku.
Wśród tych, którzy mieli być sądzeni dyscyplinarnie, byli też moi studenci z Wydziału Prawa.
Gdy wyznaczono terminy rozpraw dyscyplinarnych, zorientowałem się, że obwinieni studenci nie mają obrońców, choć ustawa takie prawo im dawała. Moja interwencja w tej sprawie u przewodniczącego komisji dyscyplinarnej wywołała jego szczere zdziwienie i oburzenie. „Pan uważa, że mnie trzeba patrzeć na ręce? Pan myśli, że bez obrońcy komisja dyscyplinarna będzie niesprawiedliwie orzekać? Proszę pana, ja jestem sprawiedliwy, ja będę orzekał sprawiedliwie, bez względu na to, czy będzie jakiś obrońca, czy nie. Zatem obrońca jest zbędny”.
Uznałem wtedy swego interlokutora za idiotę, człowieka o kulturze prawnej z epoki kamienia łupanego. Nie sądziłem, że kiedykolwiek jeszcze spotkam się z takim rozumowaniem, w szczególności że spotkam się z podobnym rozumowaniem w wolnej Polsce. A już nigdy bym nie uwierzył, że takie rozumowanie może lec u podstaw doktryny partii rządzącej.
Legło. Partia o pretensjonalnej nazwie, złożona z samego prawa i samej sprawiedliwości, na czele której stoi człowiek, który skromnie mówi o sobie, że jest złożony z samego dobra, uważa, że z definicji, z powodu samej nazwy, we wszystkim ma rację, a wszystko, co robi, jest z tejże definicji prawe i sprawiedliwe. Jest też w najwyższym stopniu szlachetne i oczywiście dobre dla Polski i Polaków w kraju i na świecie.
Skoro rządzi partia z definicji prawa, sprawiedliwa i nieomylna, dobra i szlachetna, to zawracanie sobie głowy trójpodziałem władz, koniecznością zachowania równowagi między nimi i wzajemnego ich kontrolowania się jest nie tylko zbędne, ale i szkodliwe. Utrudnia bowiem partii rządzącej czynienie dobra uszczęśliwiającego Ojczyznę i Naród, realizację idei sprawiedliwości, tworzenie i stosowanie jedynie słusznego prawa.
Trzeba zatem – dla dobra Ojczyzny i Narodu – te przeszkody usunąć. Trzeba w pierwszej kolejności spacyfikować Trybunał Konstytucyjny. Wymiana sędziów Trybunału następuje zbyt wolno, nie można czekać, aż w wyniku kadencyjności znajdą się tam wyłącznie „swoi sędziowie”, no to może by przynajmniej tak zmienić ustawę o Trybunale, aby faktycznie sparaliżować jego działalność?
Sądy są niezawisłe. „Jeszcze nie są nasze” – jak mówi lider – to wprowadźmy instytucję sędziów „na próbę” (próbę oceni minister sprawiedliwości). Dajmy ministrowi prawo powoływania prezesów sądów, dajmy prawo delegowania sędziów do innych sądów. Niepokorny sędzia, zbyt jak na gust władzy niezawisły, może być oddelegowany z Warszawy np. do Ustrzyk Dolnych. Jak sobie pojeździ, w drodze będzie miał czas pomyśleć, czy warto tak się przy niezawisłości upierać i orzekać wbrew oczekiwaniom władzy. A jaki przykład dla innych sędziów! Dojeżdżając koleją na drugi koniec Polski, sędzia delegowany, pod każdym oknem wagonu, przeczyta napis, którego sens dopiero teraz zrozumie: „Nie wychylać się”.
W trybie 24-godzinnym sądzeni będą nie tylko, jak dotąd, pijani rowerzyści, ale także sędziowie w trybie dyscyplinarnym.
Wszystko w trosce o wymiar sprawiedliwości.
Trzeba też zaostrzyć kodeks karny – aby tym spacyfikowanym i powolnym władzy sądom dać odpowiednie narzędzie.
Zmiany w kodeksie uzasadnia się, kłamiąc podwójnie. Po pierwsze, mówiąc, że jest to konieczne, bo przestępczość wciąż rośnie. Po drugie, mówiąc, że zaostrzenie kar zmniejszy przestępczość. Otóż przestępczość od kilku lat w Polsce nie rośnie. Poza tym zaostrzenie kar nie zmniejsza liczby przestępstw.
Oprócz wciąż „nie naszej” trzeciej władzy, czyli władzy sądowniczej, jest jeszcze „czwarta władza”: media. We współczesnym świecie media rzeczywiście odgrywają ważną rolę. W państwach totalitarnych media w całości podporządkowane władzy są instrumentem propagandy. W krajach demokratycznych wolne media są jednym z istotnych elementów zabezpieczających wolność słowa i wolność wygłaszania poglądów. Media patrzą też na ręce władzy i poszczególnym politykom.
Media publiczne takie jak TVP czy Polskie Radio dawno zostały zawłaszczone przez partie rządzącej koalicji. Zawłaszczone w stopniu, o jakim SLD, gdy sprawował władzę, nawet się nie śniło. Złośliwi, pamiętający czasy PRL, nie bez przyczyny nazywają je „mediami reżimowymi”. Ale w tej niedobrej III RP powstał potężny sektor mediów prywatnych, komercyjnych. Wpływanie na nie jest trudne, może nawet bardzo trudne, ale przecież nie niemożliwe. A to postraszy się właścicieli jakąś lustracją (obojętne, IPN-owską lub majątkową), a to odebraniem koncesji. To wszystko jest jednak nie tylko trudne, ale chyba też mało skuteczne. Próba totalnego zlustrowania dziennikarzy i redakcji też się nie powiodła. Zostaje jedynie tak zmienić prawo prasowe, aby zamknąć gębę dziennikarzom próbującym krytykować rząd i rządzących.
Przygotowanie projektu nowego prawa prasowego koalicja, zgodnie z kompetencjami, powierzyła Samoobronie.
Jak wiadomo, Samoobrona złożona jest z samych fachowców od mediów i dziennikarstwa, słynie nadto z niesłychanego liberalizmu i walki o wolność słowa, wyczyny zaś jej działaczy często stanowią tematy dla mediów. Tego ostatniego Samoobrona czegoś nie lubi, można więc się spodziewać, że uczyni wszystko, aby media przestały o niej mówić i pisać krytycznie.
Ustawa prasowa doskonale będzie się do tego celu nadawała. Określi ona granice dopuszczalnej krytyki polityków, partii i rządu. Ustanowi kary za przekroczenie granic tej krytyki.
W Polsce wolnej od wolnych mediów i niezawisłych sądów niewątpliwie będzie się rządziło łatwiej. A gdy jeszcze uda się zmienić ordynację wyborczą, to rządy obecnej koalicji nie tylko będą łatwiejsze, ale też mogą okazać się dłuższe. Niech będą. Ale przecież i tak nie będą trwać do końca świata. Przyjdzie czas, że po IV RP trzeba będzie posprzątać. Ktoś przecież to zrobi.

Wydanie: 28/2007

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy