Katastrofa

Na zapleczu polityki amerykańskiej powstała czarna dziura, spowodowana katastrofą promu Columbia. Eksplozja roztrzaskała prom w czasie lądowania, na wysokości sześćdziesięciu czterech kilometrów nad powierzchnią Ziemi, a zatem w jonosferze, czyli tam, gdzie schodzący z orbity okołoziemskiej statek rozgrzewa się najmocniej. Po wielu deliberacjach i badaniach eksperci NASA doszli do przekonania, że przyczyną wypadku było wtargnięcie do wnętrza kosmicznego pojazdu plazmy o temperaturze tysiąca sześciuset stopni Celsjusza. Plazma ta, powstająca wskutek tarcia powłoki statku o atmosferę, dostała się do środka Columbii przez otwór w jej lewym skrzydle. Nadal jednak nie wiadomo, co utworzyło tę dziurę. Odpadłe od osłony ceramiczne płytki raczej nie mogły spowodować przedziurawienia zewnętrznej warstwy kadłuba.
Utworzenie się dziury w kadłubie promu okazuje się – jak na razie – nierozgryzioną zagadką. Powstał szereg wzajemnie sprzecznych, a nawet wykluczających się hipotez. Eksperci NASA sądzą, że Columbię trafił jakiś niewielki, mknący podorbitalnie szczątek albo meteor. Wydaje mi się to jednak mało prawdopodobne. Czujniki statku powiadomiły najpierw centrum kontroli o wzrastającej temperaturze pod lewym skrzydłem, w pobliżu ukrytego jeszcze w podwoziu koła. Temperatura rosła bardzo szybko i wszystkie czujniki przestały działać. Niewątpliwie właśnie wtedy gorąca plazma przedarła się przez aluminiową powłokę, aż do zbiornika z paliwem, co wywołało eksplozję, która roztrzaskała prom.
Bardziej prawdopodobna jest jednak wcześniejsza kolizja promu z jakimś niewielkim ciałem na orbicie aniżeli w momencie wejścia w rozrzedzoną atmosferę ziemską: różnych szczątków porakietowych krążących na orbicie naszej planety jest bardzo wiele i są trudno widoczne. Natomiast nawet niewielki meteor wtargnąwszy w jonosferę, płonąłby i pozostawiłby ślad na licznych fotografiach, ponieważ lot Columbii był rejestrowany przez wielu ziemskich obserwatorów. Sprawa zaczęła się teraz rozszerzać i podnosi się już nie tylko poważny wiek oraz stopień zużycia promu, ale także nieruchawość biurokracji rozprzestrzenionej w wielkiej organizacji, jaką jest NASA. Wymiar techniczny tej porażki amerykańskiej technologii rozszerza się zatem i uzyskuje już piętno polityczne.

Wydanie: 9/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy