Tatry tylko dla wybranych

Tatry tylko dla wybranych

Zdjęcie łańcuchów z najtrudniejszych szlaków dla turystów oznaczać będzie koniec zwiedzania atrakcyjnych szczytów

Różne nieprzemyślane pomysły mają u nas zwykle długie życie. Można więc oczekiwać, że pomysł usunięcia łańcuchów ubezpieczających z najtrudniejszej części Orlej Perci, a potem, gdy rzecz się sprawdzi, także z drogi na przełęcz pod Chłopkiem oraz na Rysy, będzie żywo dyskutowany. A ponieważ jest niemal pewne, że poprą go niektórzy nawiedzeni “zieloni”, istnieje obawa, że naprawdę zostanie zrealizowany.
Pomysł, który zrodził się wśród zakopiańskich ratowników i przewodników, szybko zyskał dużą popularność. Na pozór brzmi to atrakcyjnie – zrywamy ze ścian tatrzańskich długie łańcuchy, zastępują je stałe punkty asekuracyjne – mocne wkręty zakończone kółkiem, umieszczone w newralgicznych, najtrudniejszych miejscach. Turysta, z uprzężą i liną, przypina karabinek do kółka, przepuszcza przez niego linę, pokonuje najtrudniejsze miejsce asekurowany przez kolegę, potem sam asekuruje go z góry. Jeśli idzie w pojedynkę – przeciąga linę przez kółko i dopina jej drugi koniec do swej uprzęży, a gdy znajdzie się w bezpiecznym miejscu, ściąga linę do siebie. Tym samym otrzymujemy namiastkę prawdziwej wspinaczki, świetną, emocjonującą przygodę.

Słabsi zostają na dole

Tyle że w Tatrach chodzi nie tylko o przygodę, ale i o bezpieczeństwo. A pomysł zdjęcia łańcuchów, które w trudniejszych chwilach można schwycić obiema rękami, ów poziom bezpieczeństwa drastycznie obniży. Przecież znacznie łatwiej i bezpieczniej wspinać się po niemal pionowych kominach Orlej Perci, gdy można trzymać się łańcucha, niż gdy – nawet z asekuracją – trzeba wyszukiwać stopnie i chwyty w stromej ścianie. Młodym, sprawnym ludziom to może nie robić różnicy. Ale starszym, mniej wysportowanym ten pomysł uniemożliwi zwiedzanie najatrakcyjniejszych, dotychczas dla nich dostępnych, partii Tatr.
– Na pewno usunięcie łańcuchów spowoduje, że dostęp do trudniejszych szlaków będą mieli turyści należycie przygotowani. Przeciętnie sprawny turysta jednak nawet na kominach Orlej Perci poradzi sobie bez łańcucha. Założenie jest takie, że w góry powinni chodzić ludzie, którzy sami umieją dać sobie radę. A jeśli nie – mogą wynająć przewodnika – mówi ratownik TOPR, Andrzej Marasek.
Wspomniane założenie jest niewątpliwie słuszne, ale niezbyt realne. Doświadczenia 100 lat powszechnej turystyki tatrzańskiej przekonują, że w Tatry chodzili, chodzą i chodzić będą także ludzie nie całkiem przygotowani do tego wyczynu. Nic na to nie poradzimy i trzeba się skoncentrować na tym, by zapewnić im maksymalne bezpieczeństwo. Tymczasem zastąpienie łańcuchów stałymi punktami asekuracyjnymi spowoduje, że na Orlej Perci będzie można zlecieć w znacznie liczniejszych miejscach niż dotychczas.

Mniej chodzi – mniej spada

Ratownicy TOPR zachęcają do chodzenia z przewodnikiem i przywołują przykład Słowaków, którzy z powodu dużej liczby wypadków zlikwidowali szlak turystyczny na Gerlach, dopuszczając tam tylko wyprawy z przewodnikami. Rzeczywiście, ruch na Gerlach został ogromnie ograniczony, więc i wypadków jest znacznie mniej. Czy tak stanie się i na Orlej Perci? Może się okazać, że przeciwnie, wypadków będzie więcej.
Turyści, nawet z liną i uprzężą, nie zamienią się przecież w taterników i pokonanie miejsc pozbawionych łańcuchów może okazać się dla nich skrajnie niebezpieczne. Gdy jeszcze – jak to się często zdarza w Tatrach – przyjdzie nagłe załamanie pogody i deszcz, to jak sobie poradzą bez łańcuchów na mokrej, śliskiej skale? A co zrobią, gdy nagle spadnie śnieg? (który w Tatrach pada każdego miesiąca, nawet w środku lata). Czy zatem następnym krokiem będzie wprowadzenie surowego przymusu chodzenia z przewodnikiem i sprawdzanie, czy przestrzega się obowiązku noszenia w góry latem raków i czekana? Będą one przecież konieczne na stromych śniegach, gdy już zostaną zdjęte łańcuchy, których dziś można się przytrzymać.

Niech nas wciągnie

Ale przecież nawet z przewodnikiem, asekurującym nas z dołu, można zlecieć znad punktu asekuracyjnego i ciężko się połamać. A gdy turysta będzie iść w pojedynkę, asekurując się samodzielnie, to po prostu może zrobić “wahadło” o rozpiętości 40 m i rozbije się o skały – czego uniknąłby, chwytając się łańcucha. – Ale gdy puści się łańcucha, to na Orlej Perci może polecieć i 100 m. Wtedy nic go nie uratuje. A 40 m to jednak nie 100 – mówi Andrzej Marasek.
Oczywiście, można zakazać samotnego chodzenia w wyższe partie Tatr; przewodnik może iść pierwszy i po prostu wciągnie nas na linie, gdy zajdzie taka potrzeba. Tyle że to już będzie mieć niewiele wspólnego z prawdziwą turystyką.
Wiadomo, z przewodnikiem chodzić najbezpieczniej. Ale poza dyskomfortem, którym dla wielu turystów byłoby wędrowanie po górach w towarzystwie obcej osoby, nie jest to tanie – dziś całodzienny wypad w Tatry z przewodnikiem kosztuje ok. 200 zł od osoby. Kogo na to stać? I chyba nie ma co się dziwić, że zakopiańscy przewodnicy bardzo popierają koncepcję usunięcia łańcuchów.

 

Wydanie: 36/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy