Telewizja na smyczy

Telewizja na smyczy

Lech Kaczyński nie akceptował Jacka Kurskiego. Dlaczego hołubi go Jarosław?

Czy Jacek Kurski odejdzie z TVP? To pytanie po raz kolejny rozgrzewa debatę publiczną. Czy Kaczyński zdecyduje się zastąpić Kurskiego bardziej miękkim prezesem, czy po prostu każe mu nieco osłabić linię i przekaz? Kim jest Jacek Kurski i w jaki sposób dorobił się fotela prezesa mediów publicznych?

Wszystkie partie Kurskiego

Bywa nazywany „bulterierem Kaczyńskiego” – określenie to wydaje się o tyle nie na miejscu, że bulterier, jak każdy pies, odznacza się wiernością wobec właściciela, którego pod żadnym pozorem nie porzuci. Jacek Kurski jest raczej jak kot – zawsze spada na cztery łapy, wychodzi cało z każdej politycznej opresji, chadza własnymi ścieżkami, najchętniej tam, gdzie dostanie najwięcej śmietanki.

Karierę polityczną rozpoczął jeszcze w latach 80., w opozycji. Potem przewinął się przez niemal wszystkie prawicowe ugrupowania, zaczynając od Porozumienia Centrum, przez Ruch Odbudowy Polski, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Prawo i Sprawiedliwość, Ligę Polskich Rodzin i Solidarną Polskę. „Trafiłem na niego [na Jarosława Kaczyńskiego] jako student na strajku majowym w 1988 r. w Stoczni Gdańskiej, kiedy podczas jego wielogodzinnych pogadanek politycznych w stołówce doznałem iluminacji politycznej. Wtedy ułożył mi się pewien obraz świata, a że zgadza się on z rzeczywistością, to pozostałem mu wierny”, mówił w 2007 r. A przecież mimo tej „iluminacji” porzucał Kaczyńskiego nie raz.

Zacznijmy jednak od początku kariery Kurskiego, który do polityki przyszedł z mediów. Za czasów rządu Jana Olszewskiego dostał pracę w telewizji – prowadził program „Refleks”. Potem, po tzw. nocy teczek, kiedy Olszewski utracił władzę, zajął się pisaniem z Piotrem Semką książki „Lewy czerwcowy”. Zdobyła ona popularność dzięki (nigdy nieudokumentowanym) zarzutom wobec bliskiego współpracownika Lecha Wałęsy, Mieczysława Wachowskiego, który miał pracować dla Służby Bezpieczeństwa, oraz informacji, że Wałęsa chciał wyposażyć Polskę w broń atomową. „Bombą atomową się nie przejmowałem, tam były powiedziane ważniejsze rzeczy. Bomba trafiła do notki na okładkę z powodów marketingowych”, wyznał wiele lat później beztrosko Kurski w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

W 1993 r. startował do Sejmu z listy Porozumienia Centrum, partii braci Kaczyńskich, która otarła się o próg wyborczy. Potem wrócił do mediów – pracował m.in. w TVP przy „Sprawie dla reportera”. W 1995 r. wyemitowano „Nocną zmianę” – film opowiadający o wydarzeniach z nocy teczek. Wielu uważa, że właśnie ta produkcja przyczyniła się do porażki Wałęsy w wyborach prezydenckich i zwycięstwa Aleksandra Kwaśniewskiego. Film ogląda się dzisiaj ciekawie, ale nie da się ukryć, że jest ostrą manipulacją – otwarte dla mediów obrady Sejmu pokazane są jak spisek.

Tymczasem Kurski zapisał się do Ruchu Odbudowy Polski. Jego wypowiedzi z tamtego okresu przypominała „Gazeta Wyborcza”. O pogromie kieleckim Kurski mówił tak: „Był to obrzydliwy mord UB i sprowokowanej przez nich kieleckiej żulii. Nikt nie przepraszał nas za zamordowanych w stalinowskich więzieniach Polaków, a przecież wiadomo, że 30% aparatu UB stanowili Żydzi”. Z kolei pytany na spotkaniu z mieszkańcami Rzeszowa o to, dlaczego Marian Krzaklewski przyjmuje do Solidarności Żydów i masonów, odpowiadał: „Marian nie lubi masonów i Żydów, więc mam nadzieję, że ten proces będzie kontrolował. Z nimi tak jest, że nawet jak ich niewielu, to dużo mieszają”.

ROP w 1997 r. przegrał wybory, a Kurski ponownie zmienił barwy partyjne, tym razem na ZChN, gdzie pełnił funkcję wiceprezesa. W 2001 r. startował do Sejmu z pierwszego miejsca w okręgu toruńsko-włocławskim z listy AWS Prawica, gdzie ostatnie miejsce miał zająć Jacek Janiszewski, były minister rolnictwa w rządzie Jerzego Buzka. Kurski jako pełnomocnik wyborczy chciał wykreślić Janiszewskiego z listy, a kiedy okazało się to niemożliwe – dopisał dość przypadkowego naukowca z Gdańska, Michała Janiszewskiego. Przyznał, że zrobił to specjalnie, chcąc zmniejszyć szanse kolegi z listy, zarzucił też byłemu ministrowi „niejasne powiązania biznesu i polityki”. Następnie odbył się jedyny w historii proces w trybie wyborczym, którym wystąpili przeciw sobie kandydaci z tej samej listy, zresztą żaden z nich nie znalazł się w Sejmie.

Po porażce AWS w wyborach w 2001 r. Kurski odszedł z ZChN (partia twierdziła, że wyrzucono go za „polityczne gangsterstwo”) i wstąpił do PiS. Jednak kiedy w 2002 r. nie dostał biorącego miejsca na liście w wyborach samorządowych, porzucił Kaczyńskiego na rzecz Ligi Polskich Rodzin – tam dawali mu biorącą jedynkę do sejmiku województwa pomorskiego i pozycję kandydata na prezydenta Gdańska. „Przestałem po prostu rozumieć politykę PiS, szczególnie na Pomorzu. Nie pojmuję, jak można bić się ze skorumpowanym, fatalnym układem trawiącym Warszawę, a jednocześnie popierać identyczny układ rządzący w Gdańsku, Gdyni, Sopocie i na Pomorzu”, tłumaczył przyczyny odejścia. Nie znosił Kurskiego Lech Kaczyński. „Ta postać jest dla mnie nie do zaakceptowania – mówił. – W polityce są wartości graniczne, a Jacek Kurski te wartości przekroczył. Nie wyobrażam sobie, żeby wszedł do prezydium sejmiku, bo to oznaczałoby, że każde łajdactwo w polityce popłaca”.

Tymczasem Kurski wszedł do prezydium sejmiku, został nawet jego wiceprzewodniczącym, LPR okazała się bowiem języczkiem u wagi, jej trzy głosy były koalicji PO-PiS niezbędne do rządzenia. Potem Kurski budował kampanię Ligi do europarlamentu, w której udało się zdobyć kluczowe poparcie mediów o. Tadeusza Rydzyka. Roman Giertych zaprzecza, że Kurski był autorem ogromnego sukcesu niewielkiej partyjki – 16% w wyborach – twierdząc, że tylko „przynosił herbatę”, ale wbrew jego tezom był to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków LPR. I nagle w 2004 r. przeszedł do PiS – partii, której przez lata w sejmiku nieustannie krzyżował plany. Marszałek województwa, Jan Kozłowski z Platformy, która była z Prawem i Sprawiedliwością w koalicji, tak później wspominał to w rozmowie z „Wyborczą”: „Gdy Kurski był w LPR, robił wszystko, by utrudnić nam życie. To skończyło się natychmiast, gdy przeszedł do PiS. Podszedł do mnie i powiedział: przepraszam, to był okres walki, teraz jest okres współpracy. I raptem głosował już razem z nami. Opadła mi szczęka. On jest człowiekiem inteligentnym i zdolnym, ale też bezwzględnym i cynicznym. Straszna mieszanka, bo nie przebiera w środkach. Dla niego liczy się tylko efekt. Dla mnie to najemnik polityczny”.

Wszystkie rozstania z Kaczyńskim

W PiS Kurski bardzo poważnie zaangażował się w kampanię Lecha Kaczyńskiego. Wtedy też wyciągnął Donaldowi Tuskowi „dziadka z Wehrmachtu”. Szybko się okazało, że owszem, dziadek Tuska był w Wehrmachcie, ale został do niego wcielony siłą i uciekł, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Kurski, zapytany przez Katarzynę Kolendę-Zaleską, dlaczego grzebał dziadkowi Tuska w życiorysie, odpowiedział: „Z tym Wehrmachtem to lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud to kupi”. Wielokrotnie wypierał się tych słów, jednak potwierdzają je świadkowie: Tomasz Lis i Wiesław Władyka. Lech Kaczyński przeprosił Tuska za słowa swojego spin doktora, Kurskiemu groziło nawet dyscyplinarne wyrzucenie z partii, ale skończyło się na naganie.

W 2007 r. wojujący spin doktor został posłem PiS, dwa lata później trafił do europarlamentu, gdzie zresztą nieszczególnie się sprawdził. Przez rok wygłosił trzy wystąpienia plenarne, podczas gdy np. prof. Adam Gierek w ostatniej kadencji miał ich 69. Kurski zgłosił jedną poprawkę legislacyjną – Gierek 27. Podobnie wypada w porównaniu z Jerzym Buzkiem czy Michałem Bonim, którzy wcale nie są najaktywniejszymi członkami Parlamentu Europejskiego. Clara Eugenia Aguilera García, socjalistyczna europosłanka z Hiszpanii, przemawiała w ciągu kadencji aż 377 razy.

Kaczyńskiemu tym razem był wierny dłużej – dopiero w 2011 r., wraz ze Zbigniewem Ziobrą i Tadeuszem Cymańskim, został wykluczony za krytyczne wypowiedzi. Wtedy właśnie powstała Solidarna Polska, w której jednak Kurskiemu nie szło tak dobrze – wynik w wyborach do europarlamentu miał fatalny. Pod pretekstem strat wizerunkowych związanych z kolejnym opisanym przez media wybrykiem drogowym wykluczono go z szeregów partii niemal jednogłośnie. Nie było to wielkim problemem, bo w międzyczasie Kurski wygrzał już sobie miejsce w PiS.

Często mówi się o nim: spin doktor. Sam Kurski uważa to określenie za „degradujące dla człowieka o jego horyzontach i ambicjach”. Rzadko jednak gra pierwsze skrzypce – zwykle stoi za plecami lidera. Tylko że wszystkich swoich wodzów wielokrotnie, często w najtrudniejszych dla nich momentach, zdradzał i opluwał.

O Jarosławie Kaczyńskim w 2014 r.: „Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński jest uzależniony od Antoniego Macierewicza. Jako najbardziej radykalny, stawiający najdalej idące tezy, sam Macierewicz w to nie wierzy. Najpierw mówi, że wybuch był u góry, a potem twierdzi, że jeszcze trzy osoby przeżyły i je dobijano. To jest tworzenie jakiegoś uzależnienia, kościoła smoleńskiego, w którym on jest szafarzem relikwii, kolejnych chorych teorii”.

O Antonim Macierewiczu w 2013 r.: „Mało kto wie, że Macierewicz to były wicemistrz Polski w skokach do wody. Tyle że wtedy jeszcze sprawdzał, czy woda w basenie jest”.

O Zbigniewie Ziobrze w 2014 r.: „Dzisiaj przeżywa dramat, bo delfin okazał się leszczem, jeśli nie leszczykiem, który pozbawiony jest wizji, pomysłu, wyposażony w charyzmę trzęsącej się galarety. I na dodatek co chwilę trzeba mu zmieniać pieluchę”.

Wszystkie kłamstwa i kłamstewka

Słynny „dziadek z Wehrmachtu” to niejedyna wypowiedź, w której Jacek Kurski – delikatnie rzecz ujmując – mijał się z prawdą. Jedną z gorętszych scen polskiego parlamentaryzmu było wystąpienie Romana Giertycha w 2007 r., kiedy lider Ligi Polskich Rodzin wykazał, że we wszystkich działaniach rządu PiS-LPR-Samoobrona, które Kurski przypisał PiS, obecny prezes TVP głosował przeciw albo był nieobecny. Cały Sejm skandował wtedy: „Kłamca, kłamca!”, a Liga wykorzystała materiał w swoim spocie – Kurski pozwał ją w trybie wyborczym i przegrał; nie udało mu się udowodnić, że kłamcą nie jest.

W 2006 r. podczas programu „Teraz my!” zarzucił Donaldowi Tuskowi, że kampanię wyborczą w 2005 r. finansował nielegalnie ze środków wyprowadzonych z PZU – to również nie było prawdą, przegrał sprawę w sądzie. O zniesławienie pozwał go także Paweł Orłowski, wiceprezydent Sopotu – Kurski twierdził, że odmawia on współpracy z CBA przy okazji śledztwa w sopockim ratuszu, ponieważ ma coś do ukrycia. „Jak ja mówię prawdę, którą trudno wszakże za każdym razem udowodnić, jestem skazywany. Jak o mnie kłamią i mnie spotwarzają, to się takich ludzi często uniewinnia, bo owszem – kłamali, ale przecież polityk musi mieć grubą skórę. Przegrałem nie dlatego, że mówiłem nieprawdę, ale dlatego, że taka, a nie inna jest kondycja polskiej demokracji, gdzie sądy bywają stroną w grze politycznej”, tłumaczył przyczyny przegranych spraw.

Co ciekawe, 12 lat temu w wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Najsztuba, pytany o to, czy marzy o byciu prezesem telewizji, odpowiedział tak: „Ja jestem politykiem. Dosyć czynnym, twardym, nawet frontowym. Na IX piętrze nie powinien być polityk”. Jak widać, czasy się zmieniają, ale Jacek Kurski – niekoniecznie. Od czasu objęcia funkcji prezesa TVP wielokrotnie pokazał, że potrafi doskonale kreować wizerunek swój i przeciwników politycznych, a jeśli jego opinie nie zgadzają się z faktami – tym gorzej dla faktów. Ostro obrywało się m.in. jego poprzednikom. Janusza Daszczyńskiego oskarżał o fałszowanie budżetu telewizji, co okazało się nieprawdą. Z drugiej strony prezes przypisuje sobie wiele nieswoich zasług, jak choćby wykupienie transmisji meczów reprezentacji narodowej w piłce nożnej. „W telewizji trzeba mieć intuicję i determinację. (…) Mieliśmy nosa, żeby walczyć o piłkę reprezentacji narodowej w TVP, i mieliśmy tyle determinacji, żeby doprowadzić ten przetarg, który dzisiaj wchodzi w życie, do końca – puszył się Kurski. – Piłka nożna jest współczesnym wymiarem nowoczesnego patriotyzmu, a telewizja publiczna powinna jednoczyć emocje Polaków wokół reprezentacji”. W rzeczywistości prawa do wyłącznej transmisji już w 2013 r. wykupił poprzedni zarząd telewizji, żadnej zasługi Kurskiego w tym nie było.

W 2017 r. podczas tzw. kryzysu sejmowego po głosowaniu nad ustawą budżetową, kiedy Beata Szydło wygłaszała swoje orędzie, nastąpiły niewielkie trudności w przekazie telewizji naziemnej. „Sprawa wydaje się dziwna i niezrozumiała, poinformowaliśmy o tym Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego”, mówił wówczas prezes, który doskonale wiedział, że do awarii doszło w budynku na Woronicza i że miała ona charakter techniczny.

„Po raz pierwszy od kilkunastu lat TVP 1 i TVP 2 i cała grupa TVP poszła do góry pod względem oglądalności”, zachwalał także Jacek Kurski. Z tą tezą rozprawił się portal Oko.press, podając dane z KRRiTV z ostatnich 18 lat, według których oglądalność mediów publicznych, także za kadencji Kurskiego, mimo niewielkich wahań cały czas spada. „Ponieważ prezes Jacek Kurski po raz kolejny mija się z prawdą, po raz kolejny zmuszony jestem oświadczyć, że informacja ta jest nieprawdziwa”, stwierdził Juliusz Braun, prezes telewizji publicznej w latach 2011-2015. Podobnie ma się rzecz z oglądalnością „Wiadomości”. „»Wiadomości«” są (…) serwisem, który rzetelnie informuje o ważnych sprawach dla Polaków, wyświetla patologie w wielu obszarach życia publicznego, ciesząc się dużą wiarygodnością społeczną, o czym świadczy ciągle rosnąca, wielomilionowa widownia”, mówił Kurski w 2016 r., kiedy oglądalność programu spadła już o 500 tys. widzów. Obecnie „Wiadomości” ogląda zaledwie 2,4 mln osób, o ponad 1 mln mniej niż przed „dobrą zmianą”.

Wszystkie „Wiadomości” Kurskiego

Przede wszystkim jednak „polityczny gangster”, jak nazywają Kurskiego byli koledzy partyjni, wprowadził uznawane przez siebie metody walki politycznej do wszystkich programów informacyjnych i publicystycznych telewizji. Zaczął od masowych zwolnień – wiadomo o co najmniej 113, prawdopodobnie nie wszystkie zostały odnotowane.

Na pierwszej linii „dobrej zmiany” w TVP są „Wiadomości”. Krzysztof Leski, który ogląda je z dużym samozaparciem, pisze tak: „Paradoksalnie obecne »Wiadomości« są znacznie bardziej agresywne wobec opozycji, niż był »Dziennik Telewizyjny« wobec podziemnej Solidarności. (…) W PRL główny nurt propagandy opierał się na przemilczaniu wszelkich protestów, a dopiero gdy już się nie dawało – opozycję hejtowano, tak jak to robią dzisiaj »Wiadomości«. Materiały poświęcone opozycji były dość rzadkie, agresywne, ale także w znacznym stopniu kpiące. Odnoszę jednak wrażenie, że »Dziennik Telewizyjny« był wobec podziemia solidarnościowego mniej pogardliwy niż obecne »Wiadomości« wobec opozycji”. Tylko w zeszłym roku, tylko w głównym wydaniu „Wiadomości” TVP, było co najmniej 100 materiałów o Adamowiczu „kryminaliście, oszuście, łapówkarzu”, bez oddania głosu oskarżanemu – zauważył dziennikarz na swoim Twitterze.

Nie sposób wyliczyć wszystkich manipulacji i przekłamań – to choćby ocenzurowanie wypowiedzi Baracka Obamy, z której zniknęły słowa o „zaniepokojeniu sytuacją wokół Trybunału Konstytucyjnego”. Od przemilczeń „Wiadomości” też nie stronią – np. kiedy Agnieszka Holland została nagrodzona Srebrnym Niedźwiedziem za film „Pokot”, który władzy się nie podobał. Podobna cisza towarzyszy rekordowym zbiórkom na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

Głośne za to były materiały o lekarzach rezydentach, którzy podjęli strajk, domagając się podwyżek i zmian w służbie zdrowia. Ludzie Kurskiego przeszperali profile liderów protestu w mediach społecznościowych. Katarzynę Pikulską pokazano jako osobę, która „odwiedza egzotyczne zakątki świata” – ilustrację stanowiło zdjęcie lekarki z misji humanitarnej w irackim Kurdystanie. Pokazano też luksusowe auto – wypożyczone dwa lata temu podczas urlopu. U innego strajkującego rezydenta znaleziono zdjęcie kanapek, rzekomo z kawiorem, który okazał się pastą z oliwek.

W ślad za „Wiadomościami” idą audycje publicystyczne. W „Kwadransie politycznym” Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich, został nazwany na antenie „rzecznikiem esbeków i handlarzy roszczeń”. Z kolei prowadzone m.in. przez Magdalenę Ogórek „Studio Polska” zasłynęło z publikacji w trakcie programu antysemickich wpisów („Wreszcie Izrael i całe lobby żydowskie pokazuje swoją prawdziwą twarz”, „Naród polski rozczula się nad żydami, a żydzi kumają się z niemcami!” itd.).

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych programów jest „Minęła 20” prowadzony przez Michała Rachonia. Pokazywane tam materiały, zwłaszcza te o zabarwieniu rasistowskim, wielokrotnie budziły oburzenie telewidzów. To u Rachonia pokazano materiał, który atakował Pawła Adamowicza za to, że powołał w mieście Radę ds. Migrantów. Zilustrowano go zdjęciami zamieszek z udziałem czarnoskórych mężczyzn (nie wiadomo, gdzie do nich doszło), pobicia i nielegalnego przekraczania granic. Podpis głosił: „Prezydent Gdańska zaprasza imigrantów do swojego miasta. Twierdzi, że w ten sposób ratuje honor Polski w oczach Europy i świata”. To nagranie wywołało falę skarg do KRRiTV, oburzył się również gdański ratusz. „Ten spocik to skandal – mówił wówczas rzecznik Adamowicza, Antoni Pawlak. – Sianie nienawiści, podbijanie ksenofobicznych nastrojów jest sprzeczne z misją telewizji chcącej uchodzić za publiczną. (…) Nie odpuścimy tej sprawy. Wykorzystamy wszystkie dostępne kroki prawne z procesem sądowym włącznie”. Materiał okazał się na tyle kontrowersyjny, że osoba odpowiedzialna za jego przygotowanie straciła pracę. Kurski, jak widać, został.

Pracę w TVP odzyskała też za Kurskiego Anita Gargas, autorka filmu „Anatomia upadku” forsującego tezę o zamachu smoleńskim. Za „dobrej zmiany” wróciła na antenę TVP po sześciu latach przerwy z autorskim programem śledczym, w którym „śledzono” wyłącznie opozycję. Dostało się m.in. Adamowiczowi. „Prawie dwie dekady władania Gdańskiem pod parasolem Platformy dały prezydentowi tego miasta Pawłowi Adamowiczowi poczucie niespotykanej bezkarności” – to zapowiedź jednego z programów.

Cena Kurskiego

Problem stanowią pieniądze. Mimo usilnych starań żadnemu medium nie udało się ustalić, ile kosztował zeszłoroczny sylwester w Zakopanem, podczas którego mogliśmy posłuchać „Despacito”, Zenka Martyniuka i Sławomira, TVP odmawia oficjalnego podania tych danych. Według publikacji „Gazety Wyborczej” mogło to być nawet 10 mln zł, sam Sławomir miał wziąć za występ 124 tys. zł. Szokujące są także nagrody dla ulubieńców Kurskiego – za 2016 r. kilkadziesiąt tysięcy złotych otrzymała Joanna Klimek, wówczas narzeczona, a obecnie żona prezesa TVP. 40 tys. zł dostał gospodarz programu „Studio Polska” Jacek Łęski, prowadzący „Wiadomości” Michał Adamczyk – 20 tys., a Marcin Tulicki, również dziennikarz serwisu – 15 tys. Pozostali – 19 osób, m.in. Jarosław Olechowski, Klaudiusz Pobudzin, Bartłomiej Graczak czy Jan Korab – przeważnie otrzymywali po 5 lub 10 tys. zł. W sumie na premie w TVP wydaje się ok. 2 mln zł rocznie. Tymczasem w samym 2018 r. TVP otrzymała z budżetu państwa ponad 1,6 mld zł na pokrycie bieżących kosztów działalności i żyje na kredyt. Spadająca oglądalność pokazuje, że „ciemny lud” mimo wszystko telewizji Kurskiego nie kupuje.

Sam Kurski na dotychczasowej karierze polityczno-medialnej całkiem nieźle się dorobił. Według oświadczenia majątkowego na koniec kadencji w europarlamencie w 2014 r., gdzie zarabiał 30 tys. zł miesięcznie (nie licząc środków na prowadzenie biur), był posiadaczem dwóch mieszkań wartych łącznie 620 tys. zł, dwóch domów z działkami wartych w sumie ponad 1 mln zł i trzech samochodów – dwóch mercedesów i terenowego bmw. Z pewnością nieco zubożyły go rozwód (jak na Polaka katolika przystało, Kurski ożenił się niedawno po raz drugi) oraz nieudana kampania do Parlamentu Europejskiego w 2015 r., kiedy twarz polityka mogliśmy zobaczyć na wielu budynkach w Warszawie. Według „Newsweeka”, Kurski miał wydać na nią 450 tys. zł, 20% wszystkich środków Solidarnej Polski, w tym na same reklamy w TVN 24 tys. zł. Były to pieniądze wyrzucone w błoto – w Warszawie zdobył niewiele ponad 1% głosów. Z pewnością jednak odbił to sobie w TVP – od 2016 r. jako prezes zarobił już prawie 1 mln zł i na pewno niechętnie rozstanie się z tą posadą. Czy kolejny raz uda się „bulterierowi” spaść na cztery łapy?


Ciężka noga Kurskiego

Wpadki drogowe Jacka Kurskiego to osobny temat. Najbardziej znana historia wydarzyła się w 2008 r., kiedy „podczepił się” pod kolumnę policyjną na sygnale, przewożącą niebezpiecznego więźnia. Funkcjonariusze, przekonani, że ktoś chce odbić przestępcę, wezwali posiłki, a poseł Kurski został zatrzymany na blokadzie drogowej, gdzie zresztą machnął tylko legitymacją poselską i pojechał dalej. Kurskiemu zdarzało się jeździć o 80 km/godz. za szybko w terenie zabudowanym, co kilka miesięcy tabloidy pokazują zdjęcie bmw obecnego prezesa zaparkowane w niedozwolonym miejscu, przekraczające podwójną ciągłą czy wyprzedzające inne auta z naruszeniem przepisów drogowych. Jak przyznał się sam Kurski, za punkty karne stracił kiedyś prawo jazdy, a ponowny egzamin przy pierwszym podejściu oblał.


Fot. Piotr Bławicki/SE/East News


WYJAŚNIENIE
W tekście „Telewizja na smyczy” (PRZEGLĄD nr 5) napisaliśmy, że w programie „Minęła 20” prowadzonym przez Michała Rachonia pokazano materiał, który atakował Pawła Adamowicza za to, że powołał w mieście Radę ds. Migrantów. W rzeczywistości materiał ten ukazał się w programie, którego gospodarzem był inny dziennikarz.

Wydanie: 5/2019

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. JKK
    JKK 30 stycznia, 2019, 16:37

    Póki jest Kaczyńskiemu użyteczny, a zrobi wszystko by takim być, Kurski będzie….

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy