Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

MSZ podzieliło się na dwie grupy, bo, z grubsza biorąc, dwie są interpretacje ostatnich ruchów kadrowych ministra Sikorskiego.
Mocna grupa twierdzi, że minister zobaczył, jaki ma bałagan w resorcie, więc zaczął powoli stawiać na doświadczonych dyplomatów, by przywrócić jakiś ład. Na potwierdzenie tej opinii przytacza się niedawne decyzje kadrowe. Z Rzymu został wycofany Jerzy Chmielewski i przerzucony do Sarajewa. Z kolei do Włoch wysyłamy Wojciecha Ponikiewskiego. Pisaliśmy o nim tydzień temu, więc nie trzeba go przedstawiać. Z Sofii cofnięto Andrzeja Papierza (poseł SLD Tadeusz Iwiński nazwał go najgorszym ambasadorem, jakiego pamięta w tej dekadzie) i jedzie tam Leszek Hensel, człowiek znający i region, i języki, i dyplomację.
Pełnoprawnym ambasadorem w Iraku będzie Stanisław Smoleń, jeden z niewielu Europejczyków, którzy studiowali na uniwersytecie w Kabulu, pod koniec lat 70., znawca literatury perskiej, i m.in. takich języków jak urdu i hindi. Smoleń otwierał nasze ambasady w Jemenie i Arabii Saudyjskiej, a od roku 2004 zajmuje się sprawami Iraku, albo jako doradca polityczny przy Dowództwie Dywizji Centrum-Południe, albo kierując w kraju zespołem zajmującym się sprawami irackimi, albo też kierując ambasadą w Bagdadzie.
Na pewno też próbą szukania kompetentnego kandydata było zainstalowanie w Kazachstanie Jacka Kluczkowskiego, dotychczasowego ambasadora w Kijowie. Czy też wysłanie do Azerbejdżanu młodego Michała Łabendy.
Ale z kolei druga grupa odpowiada, że ruchy kadrowe trzeba oceniać w ich pełnym kontekście. A ten kontekst jest taki, że wysyłani są na placówki ludzie z różnych koszyków. Rozmaicie postrzegani. Jadą więc także osoby z otoczenia ministra, jego współpracownicy – jak dyrektor generalny Rafał Wiśniewski (Dania) czy dyrektor Sekretariatu Ministra Cezary Król (Słowenia). Ale też jest miejsce dla ludzi postrzeganych do niedawna jako faworyci Lecha Kaczyńskiego. Na pewno za taką uchodziła Joanna Strzelczyk, która w latach 2002-2005 była dyrektorem gabinetu prezydenta Warszawy. Czyli Lecha Kaczyńskiego. A wcześniej pracowała w mediach – w „Nowym Państwie”, którego redaktorem naczelnym był Adam Lipiński, obecny poseł PiS i jeden z najbliższych współpracowników braci Kaczyńskich, a potem w „Życiu” z kropką, gdzie kierowała działem zagranicznym.
Jak więc jest naprawdę?
Można zakładać, że ministrowi łatwiej teraz przychodzi stawiać na zawodowych dyplomatów, nie musi już oglądać się na opinię dużego pałacu. Pewnie też przekonał się, że zawodowcy mają niezaprzeczalną zaletę – nie stwarzają nieoczekiwanych kłopotów. Ale, z drugiej strony, przecież gołym okiem widać, że minister ma swój dwór i że łatwo kupić go, trzaskając obcasami czy też wymyślając „pod niego” różne PR-owe zagrywki.
Więc pewnie jest wszystkiego po trochu.
A na to nakłada się pogłębiająca niesterowalność ministerstwem. Które, z jednej strony redukuje, a z drugiej rozpaczliwie szuka nowych pracowników. Nie, nie chodzi tu o znajomość urdu, hausa czy czegoś równie rzadkiego. Ale np. o specjalistę od zagospodarowania obszarów wiejskich. W Polsce.
Teraz takie jest MSZ.
Attaché

Wydanie: 32/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy