Notes dyplomatyczny

MSZ jest specyficznym resortem, bo w ciągłej zmianie. Jedni przyjeżdżają, drudzy wyjeżdżają, rotacja na stanowiskach jest rzeczą stałą. By te ciągłe zmiany nie stały się chaosem, potrzebna jest stabilizacja na szczytach. Na stanowiskach wiceministrów i dyrektorów departamentów. Tymczasem tej stabilizacji nie ma. Są departamenty kierowane całymi miesiącami przez p.o. albo przez przypadkowe osoby, nie ma jakiejś przemyślanej polityki kadrowej obejmującej przynajmniej tę wąską grupę dyplomatów. Bo dobry dyrektor departamentu, przyzna to każdy minister, załatwia trzy czwarte roboty.
A co mamy?
Departament Strategii i Planowania nieobsadzony jest od miesięcy. Departamentem Europy Zachodniej i Północnej kieruje p.o., dżentelmen, z którym każdy ambasador miał kłopoty. A Departamentem Ameryki ma kierować człowiek, który niczym wcześniej nie kierował i nie był ambasadorem. Panowie, jak taki człowiek będzie rozmawiał z Amerykanami? Jak go będą traktować?
Ale żeby nie popadać w jakieś smutki, odnotujmy, że wicedyrektorem w Departamencie Azji i Oceanii został Krzysztof Majka, były ambasador w Indiach. O którym parokrotnie pisaliśmy, że bardzo dobrze pełni swoją misję.
Co do misji – na początku października miała miejsce wizyta min. Sikorskiego w Japonii i Korei Południowej. Rutyna. Ale tym razem było trochę inaczej, bo z ministrem pojechała małżonka. I też miała swój program – wygłaszała odczyty. W Japonii wygłosiła dwa: w Klubie Korespondentów Zagranicznych zatytułowany „Gułag – co wiemy i jakie ma to znaczenie?” oraz na Tokijskim Uniwersytecie Studiów Międzynarodowych – „Between East and West”. Natomiast w Korei, na uniwersytecie, jeden zatytułowany „Współczesne implikacje totalitaryzmu lewicowego”.
Bardzo ciekawe, czy min. Sikorski zabierze żonę, gdy będzie jechał do innych krajów, np. na Białoruś…
Gdy jesteśmy już przy Białorusi – jeśli chodzi o ten kraj, mamy w Polsce dwa rodzaje przekazów. Pierwszy – w mediach. I drugi – formułowany przez fachowców. Oba mocno się różnią. I właśnie coś takiego niedawno miało miejsce, i to w Sejmie (więc jednak nie jest to tylko miejsce awantur i demagogii), podczas posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych.
Oto dowiedzieliśmy się z ust wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich, że rosną inwestycje zagraniczne na Białorusi, w roku 2007 wynosiły one 5 mld dol., a w I kwartale 2008 r. – 2,5 mld dol. Mowa oczywiście o inwestycjach nierosyjskich, ale pochodzących z państw Unii (przoduje tu Wielka Brytania) i Szwajcarii. Ciekawa też była konstatacja dotycząca opozycji – że praktycznie jej nie ma. „W zasadzie z dużą dozą pewności można sformułować tezę: jeżeli Łukaszenka odejdzie, kolejna władza też będzie się rekrutowała z nomenklatury. Jest to bardzo prawdopodobne, co oznacza, że jeśli w tym momencie staramy się obstawiać jakąś przyszłość połukaszenkowską, będzie to ponownie przyszłość nomenklaturowa, co oczywiście rodzi bardzo konkretne konsekwencje: z kim, w jaki sposób należałoby również liczyć się jako z przyszłym partnerem, gdyby zaistniała taka sytuacja”.
Takich czasów dożyliśmy, że tak oczywiste stwierdzenia traktowane są jako wielka nowość i sensacja.

Wydanie: 44/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy