Tęsknota za butelkami na wymianę

Tęsknota za butelkami na wymianę

Idea, by rzeczy naprawiać, a nie wyrzucać, jest uważana za innowację

Gdyby o ludzkich sentymentach sądzić na podstawie internetu, należałoby powiedzieć, że rośnie tęsknota za latami 70. XX w. Wyraźnie widać bowiem, że coraz bardziej dość mamy nadmiaru rzeczy, które tak naprawdę do niczego nie są nam potrzebne, za to szybko się psują i trafiają na śmieci. Tęsknimy także za tym, by zwolnić i więcej czasu poświęcić kontaktom z ludźmi.

Galeria handlowa z second handem

Dlatego tak wielu tak bardzo spodobała się pewna idea ze Szwecji. Tam w 70-tysięcznym mieście Eskilstuna otwarto nietypową galerię handlową. Kupić w niej można jedynie rzeczy używane i naprawione. Katalog produktów jest bardzo obszerny i mieszczą się w nim nie tylko meble, ubrania, rowery oraz książki, ale też oferta RTV i AGD. Choć z tymi sprzętami, mówią prowadzący galerię, jest problem, bo niewiele z nich nadaje się do naprawy. Obecnie projektuje się je bowiem raczej tak, by szybko wymieniono je na nowe.

Sklepy w galerii świetnie sobie radzą. W pierwszym roku działania (2015) obroty wyniosły 2,5 mln koron, a w ubiegłym roku już prawie 11,7 mln. Sama przestrzeń handlowa została zorganizowana przez miasto, a jego władze podkreślają, że oprócz przyzwoitych miejsc pracy zapewnia ona niedrogie towary dla mieszkańców miejscowości, która – jak na szwedzkie standardy – nie jest specjalnie zamożna. Przy okazji korzysta środowisko, bo produkuje się mniej śmieci. Pomysł bardzo się spodobał, a jego opis krążył po świecie i zmieniał się w tzw. virale w wielu miejscach. Jest tego wart, ale mnie dziwi, że idea, by rzeczy naprawiać, a nie wyrzucać, jest uważana za innowację.

Wcześniej wydawało mi się oczywiste, że lepiej rzeczy naprawiać, niż wyrzucać. Okazuje się jednak, że wylądowaliśmy w świecie konsumpcji tak bezsensownej, że sam pomysł ponownego wykorzystania przedmiotów zepsutych lub dobrych, ale używanych, staje się ideą wywrotową. To jasna oznaka, że rację ma Yuval Noah Harari, który w książce „Sapiens” tak charakteryzuje współczesny świat: „Aby przeżyć, współczesna kapitalistyczna gospodarka musi stale podnosić poziom produkcji. Niczym rekin, który do życia potrzebuje wody, ludzkość musi produkować, inaczej bowiem czeka ją upadek. Nie wystarczy jednak tylko produkować. Ktoś musi kupować towary, w przeciwnym razie przemysłowcy i inwestorzy pójdą z torbami. Zapobieganiu tej katastrofie i gwarantowaniu, że ludzie zawsze będą kupować wszystkie nowe wytwory przemysłu, służy nowa postać etyki: konsumpcjonizm”.

Sklep z kasą dla ludzi, którzy się nie śpieszą

Ta etyka wychowuje nas do tego, by marnować życie na bieganie za pieniędzmi, które później przeznaczamy na kupowanie niepotrzebnych rzeczy. Niepotrzebnych nam, ale takich, które ktoś potrzebuje nam sprzedać. Efektem są tony śmieci oraz niepotrzebnych szpejów zaśmiecających niemal każdy dom i mieszkanie. Ale jest nim też wszechobecne zagonienie, bardzo często spowodowane tym, że wszyscy musimy mieć więcej, lepiej, szybciej i koniecznie nowe.

To powoduje, że nie mamy czasu relacje społeczne. Na przykład z panią w kiosku, z którą kiedyś zawsze się rozmawiało. Nie rozmawiamy ze sprzedawcą, bo się śpieszymy, a on jest rozliczany z tego, jak dużo towarów skasuje w ciągu minuty. Rozmowa nie jest więc w smak ani nam, ani jemu, bo wszyscy gdzieś biegną, choć niekoniecznie wiedzą dokąd.

Odpowiedź na to zaproponowała jedna z holenderskich sieci supermarketów, która w mieście Vlijmen wprowadziła dwie innowacje uznane za tak istotne, że podczas ich otwarcia wstęgę przecinał wicepremier Hugo de Jonge. Informacje o nich obiegły świat i – podobnie jak galeria handlowa w Eskilstunie – stały się internetowym viralem.

Na czym polegają te dwie nowinki? Pierwszą jest kącik kawowy dla seniorów, który pozwala im zrobić sobie przerwę w czasie zakupów i pogadać ze znajomymi. Ale znacznie bardziej spodobał się drugi pomysł. Oprócz kącika pogawędkowego powstała jedna kasa dla ludzi, którzy się nie śpieszą. Ma to pozwolić spokojnie porozmawiać, bez obawy, że ktoś za nami się zirytuje, a kasjer nie wyrobi normy. Ten pomysł ma służyć walce z samotnością ludzi starszych, która jest plagą w Holandii, ale także w Polsce.

Powrót mleczarza

Brzmi znajomo? Kiedyś tak było w bardzo wielu miejscach. A to niejedyna rzecz, która wraca jako nowa i rewolucyjna. W ubiegłym roku serca internautów podbił również opis innowacyjnego nowojorskiego sklepu. Nazywa się Wally Shop, a od konkurencji odróżnia go to, że towary dostarcza w opakowaniach zwrotnych i np. mleko przyjeżdża do klienta w szklanej butelce, za którą pobierana jest kaucja. Towary zamawia się przez internet i dostarczają je kurierzy rowerowi, a wszystko działa mniej więcej tak, jak kiedyś działał mleczarz.

Przy okazji przedstawiania nowojorskiego pomysłu pisano zresztą o „powrocie mleczarza”. Entuzjazm wywołało przede wszystkim to, że sklep zrezygnował z jednorazowego plastiku, którego dziś w środowisku za dużo. Jego wszechobecność powoduje chyba przekonanie, że coś jest nie w porządku. I dlatego w zasadzie wszystkie pomysły związane z ograniczeniem jego stosowania budzą u internautów entuzjazm. Co dotyczy także Polski, gdzie ogromną sympatię budzą nie tylko artykuły dotyczące działania systemów kaucyjnych na plastikowe butelki, ale też opis każdego właściwie pomysłu, który da się zatytułować „rezygnacja z plastiku”. Dlatego latem przez nasz kraj przeszła fala deklaracji miast o tym, że nie będą z niego korzystać np. w czasie organizowanych przez siebie imprez. Albo o tym, że w szkołach i przedszkolach dzieci będą jadły z talerzy, które da się myć, i metalowymi sztućcami wielorazowego użytku, w miejsce jednorazówek, które po każdym obiedzie trafiają do kosza.

Co zresztą ma dotyczyć również picia i tego, by do szkół i przedszkoli na dobre i bez wyjątków wróciły wielorazowe kubki oraz szklanki. Szlak przetarł tu Wałbrzych, a kiedy okazało się, że ten krok jego włodarzy wzbudza entuzjazm opinii publicznej, a nie kosztuje za wiele, podobne deklaracje ogłosiły m.in. Kraków, Sosnowiec, Poznań i jeszcze kilka innych polskich miast.

Obiad za plastik, kaucja na papierosy

Jednak wszystkie te deklaracje, jeśli sądzić po liczbie pozytywnych internetowych reakcji, przebiła prosta idea z Indii. W mieście Ambikapur otwarto współfinansowaną przez gminę restaurację, w której za śniadanie i obiad płaci się nie pieniędzmi, ale plastikowymi śmieciami. Za obiad trzeba dać kilogram plastiku. Poranny posiłek kosztuje o połowę mniej. Sam surowiec ma później trafić do recyklingu i zostać wykorzystany m.in. do budowy dróg, które w Indiach coraz częściej są budowane z domieszką plastiku, co podobno zwiększa ich trwałość.

Ciekawy projekt mniej więcej w tym samym czasie pojawił się też w Niemczech i także przez kilka dni krążył po mediach społecznościowych. W Berlinie rzucono bowiem pomysł na walkę z zaśmiecającymi miasta niedopałkami papierosów. Zaproponowano kaucję za niedopałki – do każdego papierosa doliczano by 20 eurocentów, które palacz mógłby odzyskać po dostarczeniu niedopałków do kiosku. Na razie jednak nic nie wskazuje, by ta idea miała zostać wprowadzona w życie.

Wdrożono za to inny bardzo dobry pomysł. W Etiopii, która coraz dotkliwiej odczuwa skutki zmian klimatu oraz wylesiania, postanowiono pobić rekord świata w sadzeniu drzew. W ciągu jednego dnia posadzono ich – według oficjalnych statystyk – 350 mln. Jednak nie samo sadzenie przykuło uwagę internautów. Równie ważny, a może nawet ważniejszy, był sposób, w jaki udało się to zrobić. Prezydent kraju Abiy Ahmed Ali, nawiasem mówiąc tegoroczny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, zdecydował mianowicie o zamknięciu części urzędów i wysłaniu urzędników do sadzenia drzew. Całość akcji nosi nazwę „Zielone dziedzictwo”, a jej efektem ma być 4 mld posadzonych drzew. Są one w Etiopii bardzo potrzebne, bo w XX w. powierzchnia lasów skurczyła się tam z 35% do 4% obszaru kraju.

Ale zielonymi pomysłami potrafią też walczyć o uwagę europejskie miasta. Na przykład Londyn, który zdecydował, że chce być pierwszym na świecie miejskim parkiem narodowym. W praktyce oznacza to dbałość o zieleń, która ma pokryć połowę jego powierzchni, a także unikanie lania betonu i kruszenie go tam, gdzie wylało się za dużo – w przyszłości np. podjazdy w domach brytyjskiej stolicy mają być trawiaste, a nie wyłożone betonową kostką. Ładnie opakowana idea nie jest niczym nowym, raczej powrotem do dobrych wzorów z przeszłości. Sprawdzających się i u nas, bo takiemu Wałbrzychowi sympatii przysporzyła wiadomość, że obok dróg będą tam w najbliższym czasie powstawać kwietne łąki, które ułatwiają życie pszczołom i innym zapylaczom. Piękny zamysł, ale miałem poczucie, że ktoś odkurzył starą ideę, która towarzyszyła choćby projektowaniu nowohuckiej alei Róż.

Podobne wrażenie towarzyszyło mi zresztą w czasie czytania i pisania o większości nowych pomysłów. Entuzjazm, jaki w dzisiejszym świecie budzą takie projekty, wynika głównie z tego, że zapędziliśmy się lub może raczej zostaliśmy zapędzeni w bezsensowny i przesadzony konsumpcjonizm. I coraz więcej osób zaczyna sobie to uświadamiać. To dlatego powrót rozwiązań, w których przebijają wartości z czasów, kiedy rzeczy jeszcze nie były bogiem, a posiadanie jak największej ich liczby nie uchodziło za oczywisty cel życia, tak bardzo cieszy i z łatwością zdobywa uwagę i uznanie. A jednocześnie pokazuje, że w dzisiejszym świecie, choć pod wieloma względami lepszym niż ten z lat 70., bardzo dużo jest spraw, w których boleśnie pobłądziliśmy – zrezygnowaliśmy z dobrych rzeczy i relacji, by zastąpić je świecidełkami, które prawie nikomu nie służą.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 47/2019

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy