Tęsknota za skandalistą

Tęsknota za skandalistą

Retrospektywa twórczości Waleriana Borowczyka

Retrospektywie twórczości zmarłego przed dwoma laty Waleriana Borowczyka „b. boro. borowczyk”, którą zorganizowało w Warszawie Centrum Sztuki Współczesnej, towarzyszy rzadkie zainteresowanie mediów papierowych (w telewizji czy na dużym ekranie jego filmów nie uświadczysz). Dziennikarze zajmują się rozważaniami, czy ten wybitny, acz w Polsce niemal zupełnie zapomniany twórca (przez większość życia pracował na Zachodzie, dokąd wyemigrował w 1959 r.) robił filmy erotyczne, pornograficzne, a może był

genialnym outsiderem kina,

którego czas dopiero nadchodzi. W tym pośmiertnym odkrywaniu na nowo osobnego artysty można wyczuć symptomatyczną nutę tęsknoty za prawdziwym skandalistą, na którego polskie kino czeka od dawna, ale do tej pory jakoś się nie doczekało.
Kim był Borowczyk? Dla polskiej krytyki (pomijając może Zygmunta Kałużyńskiego) przez lata – nikim ważnym, dla polskich kinomanów, którzy to i owo pamiętają, twórcą znakomitej adaptacji „Dziejów grzechu” Żeromskiego, które nakręcił w Polsce w 1975 r.; już wówczas reklamowano to dzieło jako „pierwszy polski film erotyczny”, przyszywając reżyserowi trwałą łatkę „świntucha”. Młode pokolenie o Borowczyku nie ma zapewne zielonego pojęcia, chyba że gdzieś na francuskim kanale dorwało piątą część „Emmanuelle”, którą z sobie tylko znanych powodów polski twórca nakręcił w 1986 r. ze Steve’em Barnettem. Mało kto jednak wie, że zanim w 1968 r. Borowczyk zadebiutował pełnometrażowym filmem fabularnym „Goto, wyspa miłości” (za ten obraz otrzymał brawa od francuskiej publiczności oraz przyznaną wówczas po raz pierwszy nagrodę krytyka filmowego Georges’a Sadoula), już od końca lat 40. zajmował się krótkim metrażem.
Wprawdzie wypomina mu się dziś, że robione w Polsce krótkie metraże i (od połowy lat 50. także wspólnie z Janem Lenicą) filmy animowane podlane były socrealistycznym sosem, jednak ten nurt jego twórczości, rozwijany później we Francji, najsilniej ujawnił jego geniusz. Takie filmy Borowczyka i Lenicy jak „Był sobie raz” (1957) czy „Dom” (1958) nie tylko przyniosły obu twórcom międzynarodowy rozgłos, ale przede wszystkim wprowadziły kino animowane na ścieżkę wielkiej sztuki. Jak pisał kiedyś badacz filmu animowanego Marcin Giżycki, „genialność Lenicy z Borowczykiem objawiła się nie w nowatorstwie technicznym, wynalazczości, tylko, przeciwnie, w swoiście nonszalanckim podejściu do istniejących technik i konwencji”. Były w tym kinie humor, groteska, surrealizm, absurd, ale też groza przywodząca na myśl

kafkowskie obsesje.

Zanim Borowczyk wyemigrował, studiował malarstwo w krakowskiej ASP, projektował plakaty filmowe i teatralne, rysował dla „Szpilek”, „Nowej Kultury” i „Życia Literackiego”, zbierał nagrody (w 1953 r. dostał Polską Nagrodę Narodową za cykl litografii „Nowa Huta”) – po latach także na Zachodzie. Dostał nagrodę Maxa Ernsta za całokształt twórczości w dziedzinie filmu animowanego (1967), Złoty Medal Prezydenta Włoch (1971) oraz wiele laurów festiwali filmów krótkometrażowych, m.in. w Berlinie, Wenecji i Krakowie. Jurorzy zapewne dostrzegali w obrazach Borowczyka to, o czym pisał Giżycki: że „nie kryły prostoty używanych środków, niczego nie maskowały, posługiwały się uproszczonym do maksimum ruchem i montażem. Ot, kilka kolorowych papierków, starych fotografii, przedmiotów z lamusa, fragmentów znalezionych rycin”.
Wśród najgłośniejszych obrazów fabularnych Borowczyka – obok wspomnianego już debiutu „Goto, wyspa miłości” i polskich „Dziejów grzechu” – wymienić trzeba jeszcze „Blanche” (1971), czyli swobodną adaptację „Mazepy” Słowackiego, „Opowieści niemoralne” (1974), które początkowo były na francuskim indeksie filmów objętych zakazem wyświetlania, „Bestię” (1975) oraz „Margines” (1976). Wysmakowane plastycznie „Opowieści…” epatowały seksem i brutalizmem (to z tego obrazu pochodzi słynna scena, w której bohaterka masturbuje się ogromnym ogórkiem), w „Bestii” zaś, filmie o zwierzęcej seksualności, widz poprzez ekran obcuje z ogromnym penisem. Można to wszystko odczytywać tak jak ci, którzy okrzyknęli Borowczyka klasykiem kina soft porno, albo spojrzeć z boku na te ekscesy, pośród których kryły się głębsze idee.
Najbardziej trafną diagnozę tego kina dał kiedyś wspomniany wcześniej Kałużyński, wielki miłośnik twórczości Borowczyka. Jak pisał: „Podejmuje ona kluczowy problem erotyzmu: gdzie jest granica między biologią i kulturą, między pasją instynktowną i ludzką świadomością, między zwierzęcą naturą człowieka i człowiekiem? Czy jest tu możliwe znalezienie równowagi, czy też nie da się jej osiągnąć i zagraża rozdarcie nie do pogodzenia? Dla surrealistów nie było wątpliwości: celem jest wolność, zaś przewodnikiem instynkt. Zasadę tę podejmują filmy i również beletrystyka Borowczyka, z tym jednak uzupełnieniem, że erotyczna dzikość łączy się u niego z najwyższym stylem:

rozbestwienie przyrodnicze

i rafinada współistnieją, owe dwie krańcowości dopiero we współgraniu dają ludzką całość”.
Borowczyk zmarł w 2006 r. na zawał serca. W ostatnich latach bywał w Polsce, uchodził za człowieka trudnego, a na planie bezwzględnego, wszak – jak podobno zwykł mawiać – „sztuka nie zna kompromisów”. W życiu reżyser też ich nie zawierał, a Kałużyński nazwał go nawet „bezwzględnym histerykiem”, który „na premierach za granicą, na festiwalu w Mannheim, gdzie był przewodniczącym jury, w trakcie pokazu filmowego chodził po sali i wymyślał tym widzom, którzy jedli cukierki i szeleścili papierkami. Po prostu krzyczał na nich po ciemku: „Jak pan chcesz jeść, to idź pan do restauracji!””. W latach 80. jego kariera gasła, a on sam odszedł – jak napisał niedawno Andrzej Żuławski – „samotny, niespełniony, do końca wadzący się ze społeczeństwem”.

Towarzyszącą retrospektywie wystawę poświęconą Walerianowi Borowczykowi można oglądać w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski do 30 marca.

Wydanie: 5/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy