To nie reforma, to chaos

To nie reforma, to chaos

Jakiego Polaka chce nam wychować PiS?

Krystyna Łybacka – posłanka do Parlamentu Europejskiego

Prezydent podpisał ustawę wprowadzającą reformę oświaty. W jakim stopniu zmieni to polską edukację, polską szkołę?
– Przede wszystkim musimy mieć świadomość, że nie ma żadnego obszaru, żadnej dziedziny, które dobrze znosiłyby rewolucję.

Oświata nie jest wyjątkiem?
– Zacznijmy od osób najbardziej zainteresowanych, czyli rodziców. W najbliższym czasie będą biegać, żeby się zorientować, gdzie, do jakiej szkoły, zostaną skierowane ich dzieci. A to dlatego, że wprowadzone zmiany wymagają nowej rejonizacji, wyznaczenia nowych obiektów, w których będzie się odbywać nauczanie. To już wywołuje protesty, takie jak w moim Poznaniu przeciwko likwidacji kilku gimnazjów, bo dla wielu rodzin oznacza to nie tylko zmianę środowiska szkolnego, ale i kłopoty logistyczne.

Rodzice będą zaskoczeni

Bo nie wiadomo, do jakiej szkoły dziecko będzie chodziło.
– Sprawa druga – rodzice na pewno będą zaniepokojeni tym, jakie podręczniki będą potrzebne i czego ich dzieci będą się uczyły. Rozumiem, jeśli zmiany programowe wprowadza się od pierwszej klasy, od dziecka, które wchodzi do szkoły i idzie już nowym trybem nauczania. Ale jeżeli to się dzieje w środku procesu uczenia?! Przecież jeśli chodzi zarówno o gimnazjalistów, jak i uczniów klasy czwartej, piątej i szóstej, to oni mieli program rozpisany na zupełnie inne moduły. A nie wiem, jak one będą teraz wyglądały. Tym bardziej że podstawy programowe były pisane w przerażającym tempie. Zresztą wiele znaczących osób wycofywało się z pracy nad nimi, nie chcąc firmować swoim nazwiskiem tak powierzchownych i tak szybko wprowadzanych zmian. A dla rodziców to kolejny problem, chyba najważniejszy – jak będzie wyglądała edukacja ich dzieci? I sprawa trzecia – nauczyciele. Szczególnie nauczyciele gimnazjum, którzy nie wiedzą, czy zostaną zatrudnieni, a jeśli tak, to gdzie.

Minister Zalewska zapewnia, że żaden nauczyciel nie straci pracy.
– Twierdzenie pani minister, że skoro liczba dzieci się nie zmienia, to potrzeba będzie tylu samo nauczycieli, jest infantylne i wskazuje na brak rozeznania w systemie edukacji.

Jeżeli zmienia się podstawa programowa oraz liczba przedmiotów i liczba godzin, wiadomo, że i kadra musi być inna.
– Proszę też pamiętać, że w wielu szkołach nauczycieli zatrudniano na trzy czwarte etatu, na siedem ósmych etatu, na niepełny etat. A co robi racjonalny dyrektor i organ prowadzący? Zaczyna od dopełnienia etatu. To nie jest zatem prosty rachunek, że liczba dzieci się nie zmienia, więc i liczba nauczycieli będzie taka sama. Dlatego rozumiem zapowiedzi prezesa Broniarza, że Związek Nauczycielstwa Polskiego przygotowuje strajk generalny, bo to typowa sprawa pracownicza – ochrona miejsc pracy i niepewność, co dalej.

Zwłaszcza że gimnazja to sprawa gminy, a licea – powiatu.
– Oto kolejna grupa, która dostanie bólu głowy, i to solidnego – samorządy. One tym się różnią od pani minister, że po wejściu w życie ustawy rodzice, którzy będą niezadowoleni z nowej sieci szkół, i nauczyciele, którzy stracą pracę, przyjdą do wójta, burmistrza czy prezydenta miasta jako organu prowadzącego, a nie do pani minister. To wszystko będzie zwalane na samorządy. A dla nich będzie to wielki problem, zarówno logistyczny, jak i finansowy. Bo jeżeli ze szkoły podstawowej robi się ośmiolatkę, musi się tam pojawić pracownia chemiczna i pracownia fizyczna z prawdziwego zdarzenia. Niby mówimy o drobiazgach, ale wyposażenie takiej pracowni będzie obowiązkiem samorządu.

Pewnie trzeba będzie od 1 września wygospodarować w budynku podstawówki dodatkowe sale dla klas siódmych. A w przyszłym roku dla ósmych.
– Tak szybkie wprowadzanie reformy świadczy o tym, że to jakiś chory, ambicjonalny zamysł. Odnoszę wrażenie, że pani minister Zalewska bardzo chce, aby jej nazwisko zostało zapamiętane jako tej reformatorki. Jednak za kilka lat będzie tego bardzo żałować, bo owszem, jej nazwisko będzie pamiętane, ale jako osoby, która doprowadziła do nieprawdopodobnego chaosu w systemie edukacji.

Po pierwsze, nauczyciel

Broni pani gimnazjów, a pamiętam, że też je pani krytykowała.
– Wtedy, kiedy powstawały. Ale minęło kilkanaście lat i wiele się zmieniło. Poza tym pański zarzut łatwo odwrócić – bo kto dziś gimnazja likwiduje? Ci, którzy je wprowadzali. Przecież większość członków PiS działała w czasach ministra Handkego w ramach Akcji Wyborczej Solidarność. A jeżeli już wspomnieliśmy ministra Handkego – gdy wprowadzał swoją reformę, przyznał publicznie, w Poznaniu, że jest to jeden z wariantów, jakie znalazł w szufladzie ministra Wiatra. Byłam w zespole ministra Wiatra, przygotowaliśmy wówczas cztery warianty zmian. Minister Handke wybrał ten, który uznaliśmy za najmniej wskazany. Z uwagi na wiek, w którym dziecko kończyło jeden rodzaj edukacji i przechodziło do następnego. Bo to trudny okres dojrzewania, czas, kiedy pojawiają się problemy wychowawcze.

Ano właśnie…
– Ale przez te kilkanaście lat nauczyciele wypracowywali metody rozwiązywania tych problemów, prowadzenia uczniów w tym trudnym wieku. Wprowadzono wiele zmian, także związanych z problematyką wychowawczą. Gimnazja powoli się zmieniły. Owszem, należało dyskutować, co w nich poprawić, ale robić taką rewolucję?

A co należało poprawić?
– Przede wszystkim odejść od wszechobecnej testomanii. Zweryfikować liczbę testowych sprawdzianów, ponieważ powodowały skrócenie czasu edukacji, a właściwie sprowadzały się do ćwiczenia kolejnych wariantów testów. Oczekiwałabym również dyskusji o podstawach programowych. I, co najważniejsze, o nowym sposobie przygotowania nauczycieli do pracy w XXI w., kiedy dziecko po informację sięga czasami szybciej niż dorośli, bo dużo sprawniej posługuje się internetem. Jest więc bardzo istotne, żeby nauczyciel umiał prowadzić uczniów przez świat informacji, uczyć ich selekcji, wyboru. Oto najważniejsze wyzwanie edukacyjne! Od lat to proponuję. Nawet do prezydenta Komorowskiego apelowałam, żeby zwołał okrągły stół edukacyjny. Tak by wydyskutować korektę systemu.

Rozszerzmy gimnazjum!

Na czym miałaby polegać?
– Kiedy zaczął się problem sześciolatków, proponowałam, by rozważyć model szkoły elementarnej, takiej, do której chodzą przedszkolaki i dzieci aż do klasy trzeciej, czyli tam, gdzie jest nauczanie bezprzedmiotowe. W takiej szkole problem by zniknął – sześciolatek byłby w tym samym budynku, z tą samą panią, w tej samej grupie rówieśniczej i nawet by nie zauważył, że przechodzi od zabawy do edukacji. Następnie – rozszerzmy gimnazjum! Niech obejmie klasy czwartą, piątą, szóstą, siódmą, ósmą, dziewiątą. Sześcioletni, solidny blok gimnazjum, tak żebyśmy wykształcili dobre podstawy, żeby dziecko potem mogło dokonać dobrego wyboru szkoły ponadgimnazjalnej. Proszę zauważyć, że przy takiej korekcie uzyskalibyśmy właściwie stuprocentowe objęcie dzieci wychowaniem przedszkolnym, zniknąłby problem zerówki i mielibyśmy solidny blok gimnazjalny. I nie byłoby kłopotu z siecią – dlatego że znacznie łatwiej wydłużyć odpowiednie szkoły o kolejne klasy, aniżeli dokonywać nowej rejonizacji i dzielić obowiązki pomiędzy różne szczeble samorządu.

Na taką zmianę już za późno.
– Teraz za późno…

Wiele się mówi o nowej, wprowadzonej w olbrzymim pośpiechu podstawie programowej dla klas siódmych i ósmych. Krytyka dotyczy m.in. zmniejszenia liczby godzin przedmiotów przyrodniczych.
– Widzę przecież, jakie są proponowane podstawy, jak szybko potem dokonuje się korekt. I co zostaje. Jeżeli w podręczniku od historii nie było ani słowa, ani jednego zdania o jedynym zwycięskim powstaniu, powstaniu wielkopolskim, to o czym rozmawiać? To pokazuje, jak chaotycznie, bez przemyślenia wprowadzane są zmiany programowe.
Zmniejszenie liczby godzin przedmiotów przyrodniczych oczywiście odbije się na poziomie ogólnego wykształcenia młodych ludzi. A przede wszystkim znacznie ograniczy im poruszanie się w edukacji ponadgimnazjalnej i wyższej. Bo to są przedmioty niezbędne do zrozumienia współczesnego świata. Który tak pędzi do przodu właśnie za sprawą wielkiego rozwoju nauk ścisłych i przyrodniczych.

Ci młodzi, wychowani i wykształceni w szkole zreformowanej przez minister Zalewską, zgłoszą się na studia politechniczne i co?
– I trzeba będzie szykować rok zerowy, żeby ich przygotować do pracy z wykładowcami. Bo nie znajdą z nimi wspólnego języka. Sama doskonale pamiętam, jak trudno było nawiązać kontakt ze studentami, którzy mieli braki w edukacji. Odejście od przedmiotów przyrodniczych, przedmiotów ścisłych będzie się kładło cieniem na studiach młodych ludzi. Pamiętajmy, że dziś można studiować nie tylko w Polsce, ale również za granicą, na innych uczelniach. Trzeba jednak mieć dostateczną wiedzę, by tam zaistnieć. A jak młodzież nie będzie jej miała?

Selekcja będzie brutalna

To będzie w tych dziedzinach trochę gorzej wykształcona. Zmieni to coś?
– Na to pytanie odpowiedź przyjdzie za kilka lat. Dziś mogę powiedzieć, że w działaniach resortu edukacji dostrzegam dwa zjawiska. Po pierwsze, bloki programowe zostały przygotowane bez należytego zastanowienia, bez właściwej konsultacji w gronie specjalistów, nauczycieli. Po drugie, widać bardzo wyraźne nastawienie i ministerstwa, i kuratorium do określonej ideologii kształcenia. To kształcenie, które każe gloryfikować „żołnierzy wyklętych” i uczyć więcej o katastrofie smoleńskiej aniżeli o powstaniach narodowych, które kładzie nacisk na martyrologię narodu polskiego, a nie na konieczność takiego wychowywania młodych ludzi, by potrafili myśleć kreatywnie, pracować w zespołach i być dumni z tego, że mogą zrobić coś, co uczyni ich obywatelami świata, choć w duszy będą Polakami. Będziemy świadkami kształtowania tzw. prawdziwych Polaków, którzy będą przede wszystkim mówili „nie” – „nie” dla obcych, „nie” dla innych; „tak” tylko dla tych, których my tolerujemy. Tego się boję! Równie mocno jak źle przygotowanych podstaw programowych.

Czy ten nowy system minister Zalewskiej jest bardziej egalitarny, czy mniej?
– Jeden z zarzutów stawianych gimnazjom dotyczył zbyt wczesnej selekcji uczniów. Gimnazja teoretycznie były rejonowe, ale dobrze wiemy, że tę rejonizację rodzice bardzo łatwo obchodzili.

Selekcja następowała już po szóstej klasie.
– Powodowała, że dziecko, które poszło do „gorszego” gimnazjum, miało potem gorszą samoocenę, co nie otwierało mu drogi do dobrych szkół ponadgimnazjalnych. Teoretycznie późniejszy element selekcji jest lepszy, pod jednym wszakże warunkiem – że w szkołach podstawowych będą należycie dobrani nauczyciele, którzy będą mieli warunki do nauczania.

Wierzy pani w to?
– I tu wracamy do organów prowadzących. Pamiętajmy, że nie dostaną wystarczających środków. Czym więc będą się głównie kierowały? Rachunkiem ekonomicznym. A kiedy nauczyciel jest bardziej opłacalny dla samorządu? Gdy jest tańszy. A kiedy jest tańszy? Gdy jest na niższym poziomie rozwoju zawodowego. To wszystko będzie rzutowało na poziom nauczania.

Jeżeli więc dziecko będzie chodziło do społecznej podstawówki, to nawet będąc mniej zdolnym od kolegów ze szkół publicznych, w ósmej klasie będzie lepiej wykształcone niż dziecko ze słabej szkoły podstawowej. Selekcja będzie brutalna.
– Tak naprawdę selekcji nie jesteśmy w stanie uniknąć. Teraz będzie się dokonywała dwa lata później. I być może będzie dużo bardziej niesprawiedliwa niż obecna.

Wydanie: 3/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy