W trampkach na Moskwę i inne złudzenia

W trampkach na Moskwę i inne złudzenia

Piszę te słowa jeszcze przed rozpoczęciem wizyty Donalda Trumpa w Warszawie. Nie wiem, co powie, jak się zachowa, co przy tej okazji powiedzą prezydent Duda czy premier Szydło. Na pewno to, co wcześniej wymyślił prezes. Nie wiem, co powie minister Waszczykowski, o ile w ogóle dopuszczą go do głosu. Ale jeśli zostanie dopuszczony do głosu, na pewno powie coś takiego, że znów nie będziemy wiedzieli, czy się śmiać, czy płakać. Jedno jest pewne. Jarosław Kaczyński chce Trumpa wykorzystać instrumentalnie. Chciałby, aby pochwalił Polskę pod jego rządami, powiedział coś złośliwego o Unii Europejskiej, warknął coś przeciw Rosji, zapewnił, że Ameryka jest wiernym sojusznikiem Polski, dba o jej bezpieczeństwo na dowód czego obieca, że do tego, co już jest w Polsce, dorzuci jeszcze kompanię lub pluton żołnierzy.

No i dobrze by było, gdyby Trump nie wspomniał nic o zagrożeniach demokracji w Polsce, o próbach ujarzmienia władzy sądowniczej na początek. Prezydent Duda liczy być może, że Trump powie jeszcze coś ciepłego o jego idée fixe Międzymorza, które ostatecznie zdefiniowało się jako Trójmorze.

Krótko mówiąc, PiS chce pokazać suwerenowi („Polkom i Polakom”), że jak nikt dotąd (a już na pewno nikt „przez osiem ostatnich lat”) dba o bezpieczeństwo Polski. Chce pokazać, że Unia Europejska nie jest dla nas tak ważna, ponieważ naszym największym i prawdziwym sojusznikiem jest Ameryka. A skoro taki demokrata jak Trump (skądinąd republikanin) nie widzi zagrożeń demokracji w Polsce, to znaczy, że tych zagrożeń nie ma, a opozycja niesłusznie się czepia.

Całej Unii w ogólności, a Niemcom i Francji w szczególności, PiS chce pokazać, że może je lekceważyć, skoro ma takiego sojusznika jak USA. Co więcej, może je straszyć separatyzmem Trójmorza.

Nie wiem dziś, na ile ten scenariusz się sprawdzi. Trump jest mało przewidywalny. Jego pomysł spotkania się w Warszawie z Wałęsą spowodował nie lada zamieszanie na Nowogrodzkiej i w podległych jej pałacach. Nie wiemy, co Trump powie. Raczej na pewno na Rosję warczeć nie będzie, bo nazajutrz po wizycie w Warszawie spotyka się z Putinem, a obaj panowie mają do obgadania naprawdę poważne sprawy: Syrię i cały Bliski Wschód, Koreę Północną, Chiny. Dlatego, jeśli dla zrobienia gospodarzom przyjemności warknąłby na Rosję, na drugi dzień w rozmowie z Putinem to unieważni.

Kaczyński, chcąc potraktować Trumpa instrumentalnie, liczyć się musi z tym, że Trump polskich przywódców chce potraktować tak samo, a ma do tego znacznie więcej atutów.

Pochwali więc zapewne Trump Polaków. Przypomni Kościuszkę i Pułaskiego, pochwali ofiarę żołnierza polskiego w II wojnie światowej, a z uwagi na miejsce wystąpienia i sąsiedztwo pomnika uroni pewnie łzę nad ofiarą powstańców warszawskich. Zapewni, że dzięki sojuszowi z Ameryką nic takiego już tu się nie powtórzy. Postraszy (nie sądzę, by skutecznie) państwa starej Europy, dając im do zrozumienia, że sojusznikami Ameryki w Europie mogą być Polska i inne państwa Trójmorza.

Reżimowa telewizja i prawicowe gazetki przez miesiąc będą piały z zachwytu nad sukcesem polskiej polityki zagranicznej, nad mądrością, ba, geniuszem prezesa, prezydenta, pani premier, może nawet na jakieś pochwały załapie się minister Waszczykowski (o ile nie wystrzeli na przykład z poszerzeniem Trójmorza o Morze Karaibskie, nad którym leży wysunięty jako przyczółek nasz sojusznik San Escobar). Co z tego wyniknie? Realnie nic. Polska leży w Europie, a Ameryka jest daleko (przypominał to wielokrotnie zmarły niedawno Zbigniew Brzeziński). Pomyślność Polski zależy od tego, jaką pozycję będzie miała w Unii Europejskiej. Na razie ma jak najgorszą. I jak tu nie przypomnieć, że „przez osiem ostatnich lat” miała całkiem dobrą. W interesie Polski leży silna Unia, a polski rząd robi wszystko, by tę Unię osłabić. Demonstracyjnie godzi w to, co dla Unii jest dziś bodaj najważniejsze: europejską solidarność. Życzeniowe odczytanie efektów wizyty Trumpa w Warszawie może prezesa i jego wasali w tych szkodliwych i niebezpiecznych dla Polski działaniach tylko utwierdzić.

Interes Stanów Zjednoczonych wymaga dogadania się z Rosją. Bez Rosji rozwiązanie konfliktu w Syrii okazuje się niemożliwe. Rosja jest potrzebna Ameryce w walce z terroryzmem islamskim, bez poparcia Rosji trudne byłoby rozwiązanie problemu Korei Północnej, Rosja potrzebna jest też Ameryce jako równowaga dla Chin. USA potrzebują również stabilnej Europy, w której chcianym czy niechcianym, ale koniecznym sojusznikiem są Niemcy ze swoim potencjałem gospodarczym. To są prawdziwe interesy Ameryki i głupotą byłoby sądzić, że jej prezydent wyrzeknie się tych interesów w imię wdzięczności za Kościuszkę i Pułaskiego, wzruszenia nad heroizmem powstańców warszawskich czy zauroczenia prezesem Kaczyńskim lub jego prezydentem Dudą.

Ani z Trumpem, ani w trampkach na Moskwę nie ruszymy. Młodszym czytelnikom wyjaśnię, że „w trampkach na Moskwę” wybierał się jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego Jan Rulewski, wówczas jeden z najbardziej radykalnych działaczy Solidarności.

Chciałoby się powtórzyć za carem Aleksandrem II: „żadnych złudzeń, panowie”. Ale cara cytować nie wypada.

Wydanie: 28/2017

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: PiS, Trump, USA

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy