Trener Niemczyk i rozstanie ze Złotkami

Trener Niemczyk i rozstanie ze Złotkami

Po mistrzostwach świata zawodniczki napisały petycję, która w kilku słowach sprowadzała się do zdania: „Chcemy, aby Andrzej Niemczyk wrócił na stanowisko selekcjonera reprezentacji Polski”. Dziewuchy zrozumiały, że same tego nie pociągną. Że muszą mieć nad sobą człowieka, który z jednej strony zaleci katorżniczy trening, z drugiej przytuli i wysłucha. Pisma nie podpisała bodajże tylko Dorota Świeniewicz.

W konkursie, który – zdaniem PZPS – wygrał Bonitta, nie zamierzałem startować. Nie chciałem uczestniczyć w wyścigu o stanowisko. Jestem przeciwny takiemu sposobowi zatrudniania szkoleniowców. Albo działacze ci ufają i proponują pracę, albo nic z tego nie będzie.

Dziewuchy namawiały mnie na ten konkurs, bo bardzo chciały, abym w ten sposób wrócił do pracy. Petycja nic nie dała, więc jedyną drogą było złożenie aplikacji. Złożyłem. (…) Pewnie i wy przyznacie, że moje trzy kartki nie wyglądały dobrze przy aplikacjach innych kandydatów, które zawierały plany przygotowań do igrzysk w Pekinie opisane na kilkudziesięciu stronach. Macie rację, ale tylko w pewnym stopniu. Otóż nie zamierzałem pisać książki o moim pomyśle na Pekin, bo taką już w PZPS złożyłem. Przecież kiedy prowadziłem reprezentację, przygotowałem dokładny plan liczący kilkaset stron! Tam było rozpisane niemal co do godziny, jak ma wyglądać życie siatkarek, abyśmy przywieźli medal. Bo to był nasz cel. Mój harmonogram określał najdrobniejsze detale, niemal takie jak to, w jakich godzinach laski mogą iść do fryzjera, a w jakich na dyskotekę. Dlaczego miałem więc go kopiować, skoro on był doskonały? Szacowna komisja konkursowa doskonale wiedziała o jego istnieniu, bo na tych legendarnych już trzech kartkach wielokrotnie się do niego odwoływałem.

Na antenie Polsatu próbowałem wyjaśniać: „Idźcie, proszę, do archiwum Wydziału Szkolenia PZPS i znajdźcie mój plan. Tam wszystko jest”. Byłem jednak na przegranej pozycji. W świat poszła już informacja, że olałem sprawę. Dlaczego tak wyszło? Może dlatego, że nie byłem lubiany w związku. Nigdy nie ukrywałem, gdy coś mi się nie podobało, nie miałem oporów, by wytykać błędy. Potrafiłem przyjść do związku i prosto z mostu ochrzanić osobę, która coś zawaliła. Nie wchodziłem również w układy biznesowo-towarzyskie. (…)

Nauczyłem się tego głównie w Niemczech, gdzie liczył się przede wszystkim profesjonalizm. Prawdziwy profesjonalista nie zna słowa „plotka”. (…)

WSPANIAŁEMU i Bogusławowi Adamskiemu, który długo pełnił funkcję sekretarza PZPS, wyraźnie dałem później do zrozumienia, że nie toleruję ich działań. Wspaniałemu przez długi czas nie podawałem ręki. Gdy wchodziłem do pomieszczenia, gdzie siedział, witałem się z każdym, a obok niego ostentacyjnie przechodziłem. Do dzisiaj jesteśmy na „dzień dobry”, nic więcej. Żadnej rozmowy, żadnego klepania się po plecach. Nie jestem pamiętliwy, ale nie przejdę do porządku dziennego nad tym, co mi zrobił.

Co się zaś tyczy Adamskiego, kiedyś wszedłem do pokoju prezesa PZPS, przywitałem się z nim, a siedzącego na fotelu sekretarza pominąłem, dokładnie tak samo jak Wspaniałego w akapicie powyżej. Nagle Adamski, któremu zrobiło się naprawdę głupio, zapytał: „Andrzej, o co ci chodzi? Dlaczego mnie omijasz? Czemu się ze mną nie witasz?”. Zupełnie niepotrzebnie zaczął ten temat, bo powiedziałem wprost: „Nie rozmawiam z tobą”. Szkoda, że nie widzieliście jego miny! To była mieszanka szoku, nerwów, wściekłości. Ośmieszyłem go przy samym prezesie. To go właśnie najbardziej zabolało. Dobrze. Niech ma nauczkę.

Fragmenty książki Andrzeja Niemczyka i Marka Bobakowskiego Andrzej Niemczyk. Życiowy tie-break, SQN, Kraków 2015

Strony: 1 2 3

Wydanie: 2/2016

Kategorie: Sport