Znaki zapytania

Znaki zapytania

Kibice mają nadzieję, że jesienią Polacy poprawią nadszarpniętą reputację, ale Włosi liczą na to samo

Od połowy lipca mamy nowego selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski – jest nim Jerzy Brzęczek. Celowo piszę – mamy – bo przecież futbolowa pierwsza kadrowa to nasze wspólne dobro narodowe. Jedno z nielicznych, które w momencie pierwszego gwizdka arbitra odsuwa w ponaddwugodzinny niebyt wszystko inne. Podczas rosyjskiego mundialu nie było nam dane przeżyć radosnych momentów. Jednak kibice nie tracą nadziei, że już podczas tegorocznej jesieni fortuna znów uśmiechnie się do biało-czerwonych.

Dobry wujek?

– Nominacja Brzęczka to najlepszy wybór, jakiego można było dokonać. Niedowiarkom chciałbym powiedzieć, żeby przypomnieli sobie, jakie cv w momencie obejmowania kadry mieli Kazimierz Górski czy Antoni Piechniczek. Nie mieli takiego, jakie ma Brzęczek – oceniał prezes PZPN, Zbigniew Boniek. (Szef piłkarskiej centrali powinien jak najszybciej uzupełnić braki w znajomości trenerskich dokonań obu panów).

O nowym szefie kadry napisano ostatnio setki artykułów. A zatem tylko w skrócie. Urodzony 18 marca 1971 r. w Truskolasach pierwsze piłkarskie kroki stawiał w tamtejszej Olimpii, jednak szybko znalazł się w Rakowie Częstochowa. Potem grał kolejno w Olimpii Poznań, Lechu Poznań (mistrzostwo Polski), Górniku Zabrze, GKS Katowice, Tirolu Innsbruck (dwukrotny mistrz Austrii), LASK Linz, Maccabi Hajfa, Sturmie Graz, FC Kärnten oraz Wackerze Tirol. Latem 2007 r., po 12 latach pobytu poza krajem, podpisał roczny kontrakt z Górnikiem Zabrze, który 15 kwietnia 2008 r. przedłużono o kolejny rok. W styczniu 2009 r. rozwiązał kontrakt z klubem i przeszedł do Polonii Bytom, gdzie był grającym asystentem trenera Marka Motyki. Latem 2009 r. zakończył bogatą karierę: 11 klubów, 503 mecze, 66 bramek, 42 występy i cztery bramki w reprezentacji Polski A, której też był kapitanem. Był również kapitanem drużyny olimpijskiej, która w 1992 r. na igrzyskach w Barcelonie zdobyła srebrny medal.

Kariera trenerska to Raków Częstochowa (luty 2010 r. – 3 listopada 2014 r.), Lechia Gdańsk (17 listopada 2014 r. – 1 września 2015 r.), GKS Katowice (koniec września 2015 r. – 20 maja 2017 r.), Wisła Płock (11 lipca 2017 r. – 12 lipca 2018 r.).

Dla wielu jednak nie przeszłość sportowa, ale rodzinne koligacje nowego szefa kadry stały się problemem. Otóż jego siostrzeńcem jest Jakub Błaszczykowski. Brzęczek przez pewien czas, po rodzinnej tragedii, której Kuba był świadkiem i w której zginęła jego matka, był jego opiekunem. Selekcjoner już podczas pierwszej konferencji prasowej uciął wszelkie domniemania co do wzajemnych relacji. Jednoznacznie oświadczył, że nie ma mowy o ewentualnym miejscu Kuby w kadrze na kredyt: „Mnie wystarczy, że Kuba będzie grał jak w najlepszym okresie swojej kariery. Jesteśmy profesjonalistami i tym będę się kierował w swoich decyzjach. Ani jemu, ani mnie nie można zarzucić braku determinacji. Będzie powoływany, jeśli będzie zdrowy i w formie. Będzie traktowany tak samo, jak pozostali zawodnicy”.

Co z Lewym?

Prawa ręka w charakterystycznym geście nadstawiania ucha. Jest sporo takich zdjęć Roberta Lewandowskiego. Gest domagający się uznania ze strony znajdujących się na trybunach widzów. Ja jednak bardziej odbieram to jako zaciekawienie Lewego: „Co tam wokół mnie słychać?”.

Sporo trafnych spostrzeżeń znajdujemy w ciekawym tekście Zbigniewa Muchy „Między niebem a ziemią” („Piłka Nożna” nr 34): „Oto paradoks. Jest jednym z najlepszych piłkarzy świata, być może najwybitniejszym w historii naszego futbolu, a dla Anglików z »Daily Mail«, wręcz legendą Bundesligi. Tymczasem wiele wskazuje na to, że dla polskich kibiców nigdy legendą nie zostanie. Bo polska historia faktycznie mundialami jest pisana, więc Deynie, Lacie czy Bońkowi dorównać będzie trudno. A powoli też Robert Lewandowski musi zacząć stawiać czoła opinii gracza na małe mecze. Czy prawdziwej?

To rzecz jasna problem złożony (…). Mamy niewątpliwie do czynienia ze sportowcem wybitnym, który na Zachodzie swoją markę zbudował od zera i cieszy się pozycją, jakiej przed nim nie osiągnął żaden polski piłkarz, może z wyjątkiem Zbigniewa Bońka. (…)

Niezależnie od wszystkiego ostatnie półrocze nadszarpnęło mocno wizerunek kapitana reprezentacji Polski, a chmury nad jego głową zaczęły się gromadzić już wiosną. Niemcy, którzy na pewno nie zapomnieli wywiadu, jakiego Robert udzielił ponad rok temu, żaląc się na brak dostatecznej pomocy ze strony partnerów, gdy ścigał się o tytuł króla strzelców, z zainteresowaniem przyjęli informację o lutowym konflikcie (sprzeczce) z Matsem Hummelsem. Potem był jeszcze incydent z niepodaniem ręki trenerowi Juppowi Heynckesowi i jawnie wysyłane sygnały o chęciach zmiany środowiska. Zamiast środowiska Lewandowski zmienił menedżera. Pini Zahavi miał mu pomóc w przeprowadzce, najlepiej na Santiago Bernabéu, lecz nawet słynny menago okazał się bezradny w starciu z bawarskimi bonzami. Lewemu wolno więcej, (…) ale więcej nie znaczy wszystko. Zwłaszcza gdy w dwumeczu sezonu dla Bayernu, przeciw Realowi w Lidze Mistrzów, nie spełnił oczekiwań. (…) Oddzielnie należy traktować dokonania Lewandowskiego w drużynie narodowej. (…) Być może rację mają ci, którzy utrzymują, że wozimy się na plecach gwiazdy, nie dostrzegając ewidentnych słabości naszego futbolu. Marek Wawrzynowski: »Mamy Lewandowskiego, jest dobrze. Wskoczymy mu na plecy i gdzieś na pewno nas dowiezie«. No to tego lata akurat nie dowiózł. (…) Polski snajper wszech czasów oddał w trzech grupowych meczach MŚ dziewięć strzałów, tylko trzy w światło bramki, żadnego do siatki. Skrytykowały go największe gazety – »Marca« czy »Guardian«. »La Gazzetta dello Sport« pisała o ego wielkim jak Rosja, o tym, że nie dał sygnału do walki, ale zdążył już po wszystkim skrytykować kolegów. (…) Brytyjski magazyn »FourFourTwo« pisał: »Jego zdolności przywódcze jako kapitana nie istnieją«”.

Jednak, szczerze powiedziawszy, nowy selekcjoner nie miał wyboru – stwierdził, że temat kapitańskiej opaski nie istnieje i ta pozostanie na ramieniu Roberta. Było, minęło… Może to tylko mylne wrażenie, że w Lewandowskim coraz więcej celebryty, a jakby mniej piłkarza? Może?

Bez rewolucji?

Debiut Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera reprezentacji Polski zbliża się szybkimi krokami. Już 7 września zmierzymy się w Bolonii z Włochami na inaugurację Ligi Narodów. Cztery dni później towarzysko z Irlandią we Wrocławiu. – Nie zamierzam robić rewolucji – uprzedzał Brzęczek i ujawnił skład, w którym jednak nie zabrakło nowych nazwisk. Z 27 powołanych graczy aż 21 występuje w zagranicznych klubach. Na debiut może liczyć sześciu zawodników. To: Adam Dźwigała i Damian Szymański (Wisła Płock), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb) i Krzysztof Piątek (Genoa CFC). Z trzema z nich (Dźwigała, Reca i Szymański) Brzęczek pracował w poprzednim sezonie w Płocku.

23-letni snajper Krzysztof Piątek był co prawda na wstępnej liście Nawałki na mundial, ale odpadł jeszcze przed końcowym zgrupowaniem w Arłamowie. Brzęczek nie mógł przejść obojętnie wobec znakomitej formy byłego piłkarza Cracovii. Snajper Genoa CFC strzelił 15 goli w sześciu meczach, co zrobiło duże wrażenie, mimo że były to głównie mecze sparingowe przeciwko słabszym rywalom. Piątek oficjalnie zadebiutował we włoskim klubie w konfrontacji z US Lecce strzelając cztery bramki (4:0). W pierwszym meczu Serie A po zaledwie sześciu minutach otworzył wynik spotkania (2:1 z Empoli).

Okazję do występu w reprezentacji Polski po czterech latach może otrzymać Mateusz Klich. Pomocnik wyraźnie odżył po powrocie do
Leeds United, a przede wszystkim w wyniku objęcia Pawi przez słynnego szkoleniowca Marcela Bielsę. W pięciu meczach tego sezonu na zapleczu angielskiej ekstraklasy były piłkarz Cracovii strzelił trzy gole i dołożył asystę. W dużej mierze przyczynia się do tego, że jego zespół prowadzi w tabeli po pięciu kolejkach.

Kadra Jerzego Brzęczka jest znacznie odmieniona. Oprócz Łukasza Piszczka i Sławomira Peszki, którzy zakończyli reprezentacyjną karierę, w składzie nie ma także Thiago Cionka, Michała Pazdana, Artura Jędrzejczyka i Bartosza Białkowskiego, a przede wszystkim Kamila Grosickiego. Piłkarz Hull City późno wrócił do klubu z urlopu po mundialu i rozegrał tylko 21 minut w meczu Pucharu Ligi, podczas gdy w pięciu ligowych spotkaniach nie znalazł się nawet na ławce rezerwowych. Nie jest tajemnicą, że chce opuścić zespół popularnych Tygrysów, a transferowe zawirowania nie pomagają w utrzymaniu przyzwoitej sportowej formy.

Jak grać bez Piszczka?

– Trzeba podejmować racjonalne decyzje. Moja przygoda z reprezentacją dobiegła końca – poinformował po mundialu na Facebooku Łukasz Piszczek, gracz Borussii Dortmund. Zadebiutował w kadrze 3 lutego 2007 r. i rozegrał w niej 65 spotkań, zdobywając trzy bramki. Wziął udział w czterech turniejach – Euro 2008, Euro 2012, Euro 2016 oraz MŚ 2018. Piszczek ma 33 lata, ale w niemieckiej Bundeslidze – gdy omijały go kontuzje – nie dawał po sobie poznać, że jest piłkarzem zaawansowanym wiekowo. Jeszcze przed kilkoma laty interesowały się nim największe markowe kluby, z Realem Madryt na czele.

O odejściu z reprezentacji myślał jeszcze przed mundialem. Katastrofalne występy na rosyjskich boiskach ułatwiły mu podjęcie ostatecznej decyzji. Obrońca bardzo przeżył nieudane mistrzostwa świata. Nic dziwnego, że zakończenie reprezentacyjnej kariery przez tak nietuzinkową postać spotkało się z szerokim oddźwiękiem. Znakomity były bramkarz Jerzy Dudek powiedział: – Myślę, że najbardziej rozczarowany jego decyzją jest Jurek Brzęczek. Bardzo dobrze się znają. (…) Łukasz ma ogromny bagaż doświadczeń. Analityczny umysł. Bez wątpienia nadawałby się na trenera. Jestem pewny, że po mundialu byłby w stanie wskazać i Brzęczkowi, i drużynie, co poszło nie tak i w którą stronę należy postawić kolejny krok.

Nie mogło zabraknąć głosu selekcjonera Brzęczka. – Łukasz Piszczek to wspaniały piłkarz i człowiek. Zapisał się w historii polskiego futbolu swoją grą, postawą i tym, co zrobił dla reprezentacji. Teraz podjął taką decyzję. Na pewno byłby nam jeszcze potrzebny, ale z drugiej strony piłka nożna, sport i w ogóle życie nie znosi próżni. Będzie szansa dla następców. Myślę, że jeżeli chodzi o prawą obronę, to mamy zawodników, którzy podejmą rękawicę, aby starać się prezentować wysoki poziom.

Kasa najważniejsza?

Podczas tegorocznej jesieni Polacy rozegrają sześć meczów, z tego aż cztery w nowych rozgrywkach – Ligi Narodów. Włodarzom europejskiego futbolu jakby mało było oficjalnych rozgrywek, dlatego podczas wiosennego kongresu UEFA w 2014 r. 54 federacje piłkarskie zgodnie przegłosowały utworzenie Ligi Narodów UEFA. W rozgrywkach będą uczestniczyć wszystkie europejskie reprezentacje, a liga będzie działała niezależnie od eliminacji mistrzostw Europy i turnieju finałowego. Mecze LN będą rozgrywane w terminach przeznaczonych wcześniej na gry towarzyskie.

Zdaniem wielu speców system jest na tyle skomplikowany, że nawet jego pomysłodawcy dopiero po głębszym namyśle potrafią objaśnić zasady. A przeciętny kibic ma duże szanse się pogubić. Pomiędzy poszczególnymi dywizjami będą obowiązywały zasady awansów i spadków. Zwycięzcy grup awansują o szczebel wyżej, a zespoły, które zajmą ostatnie miejsce w swoich grupach, spadną do niższej ligi. Dodatkowo zwycięzcy grup w lidze A zagrają o końcową wygraną w turnieju Final Four, zaplanowanym na czerwiec 2019 r. Natomiast w marcu 2020 r. zwycięzcy każdej grupy Ligi Narodów przystąpią do walki o cztery dzikie karty dające prawo gry w Euro 2020. Jeżeli zwycięzca grupy Ligi Narodów awansował do turnieju finałowego ME przez tradycyjne eliminacje, jego miejsce w barażach zajmie następna najwyżej sklasyfikowana drużyna z danej dywizji. Proste? Zależy dla kogo!

„Liga Narodów UEFA spowoduje rozgrywanie meczów o większym znaczeniu sportowym, a co za tym idzie, będzie generowała większe zainteresowanie kibiców, nadawców telewizyjnych oraz sponsorów. To przełoży się na większe i bardziej stabilne dochody dla każdej z 54 federacji wchodzących w skład UEFA”, skomentował na oficjalnej stronie PZPN sekretarz generalny Maciej Sawicki. Fakt – za sam udział w rozgrywkach Dywizji A federacja ma zagwarantowane 1,5 mln euro, drugie tyle dostanie zwycięzca grupy, a kolejne premie przygotowano w turnieju finałowym. Najlepszy zespół wzbogaci się o 4,5 mln, pokonany w finale – o 3,5 mln, brązowy medalista – 2,5 mln, a czwarty – 1,5 mln. Nie można oprzeć się wrażeniu, że sportowa rywalizacja rywalizacją, ale znów najważniejsza okazała się kasa!

Będzie ciężko?

Los przydzielił nam nie byle jakich rywali. Od razu na początek próba najcięższego kalibru. Jedziemy do Italii, której po raz pierwszy od 1958 r. nie było na mundialu. Zabrakło słów, co to oznaczało dla ekipy Squadra Azzurra oraz milionów Tifosich. W opiniotwórczej „L’Équipe” napisano: „Trzęsienie ziemi we Włoszech. Przyczyn tego kataklizmu jest wiele, a trener Giampiero Ventura – który jest jedną z nich – powinien zostać wyrzucony w ciągu najbliższych kilku godzin. Nie potrafił poradzić sobie ze swoimi piłkarzami. Nie był w stanie odpowiednio ich przygotować”. To futbolowe tsunami sprawiło, że od listopada do maja reprezentacja nie miała selekcjonera. Został nim były wybitny gracz Roberto Mancini. Jego kariera szkoleniowa trwa od 2001 r. Z Interem Mediolan trzy razy z rzędu sięgnął po tytuł mistrza Włoch (2006-2008). W 2012 r. świętował z Manchesterem City mistrzostwo Anglii. Ostatnio pracował w Zenicie Sankt Petersburg, skąd odszedł za porozumieniem stron. W nowej roli zadebiutował 28 maja, kiedy Włosi na stadionie w Sankt Gallen w towarzyskiej potyczce wygrali 2:1 z Arabią Saudyjską. Już 1 czerwca w Nicei – po znakomitym z obu stron spotkaniu – przegrali 1:3 z przyszłymi mistrzami świata, Francuzami. Trzy dni potem w Turynie zremisowali 1:1 z innym wielkim mundialowym nieobecnym – reprezentacją Holandii. Nasz bilans z najbliższym rywalem jest niekorzystny. Na 14 meczów tylko trzy wygrane, sześć remisów i pięć przegranych. Bramki: 9-19. Ostatni kontakt miał miejsce przed siedmioma laty – przegraliśmy 0:2 we Wrocławiu. Natomiast ostatni raz zwyciężyliśmy przed 15 laty – 3:1 w Warszawie. Co ciekawe, niemal dla wszystkich kadrowiczów jest to rywal „nieznany” – jedynie Błaszczykowski, Lewandowski i Szczęsny mają za sobą jeden występ przeciwko Włochom.

Oni z pewnością występ w Bolonii potraktują wyjątkowo. Jako pierwszą walkę, której korzystny wynik chociaż częściowo pozwoli poprawić nadszarpniętą reputację. Trafiło na biało-czerwonych. Nawet chyba nie ma sensu pytać, czy w Bolonii będzie ciężko. Będzie, i to bardzo.

Fot. Przemysław Szyszka/SE/East News

Wydanie: 36/2018

Kategorie: Sport