Triumf Virginii Woolf

Triumf Virginii Woolf

W kończącym się sezonie teatralnym rozgłos zyskały sztuki ciężkie i brutalne, ale za to z nagimi aktorami

W minionym sezonie teatralnym nie było nadzwyczajnych wydarzeń artystycznych ani wielu kreacji, które wryły się w pamięć. Parę efektownych fajerwerków, parę skandali, parę zapowiedzi premier, które się nie odbyły. Jednym słowem, bardzo przeciętny sezon.

Sadyści, narkomani, „psychole”

Najgłośniej było o sztukach brytyjskiej autorki Sarah Kane, określanej mianem przedstawicielki „nowego brutalizmu”. Dawno żaden autor nie wzbudził w Polsce tylu gorących dyskusji. Dotyczyły one głównie granic sztuki oraz cenzury obyczajowej, ograniczeń w pokazywaniu seksu i przemocy na scenie. Jej dramat „Oczyszczeni” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego był grany przy nadkompletach w warszawskim teatrze Rozmaitości, we wrocławskim Teatrze Współczesnym oraz w poznańskim Teatrze Polskim. Akcja sztuki rozgrywa się w szpitalu psychiatrycznym, kierowanym przez doktora sadystę. Bohaterami są narkomani, homoseksualiści, transseksualiści i „psychole” nieakceptowani przez społeczeństwo. Należy wspomnieć, że aż sześcioro spośród siedmiorga aktorów występuje zupełnie nago (co dla wielu bardzo młodych i bardzo starych widzów było głównym, jeśli nie jedynym powodem pójścia do teatru). Sukcesem frekwencyjnym stała się także ostatnia sztuka zmarłej samobójczą śmiercią Kane, „4.48 Psychosis”, którą wystawił Grzegorz Jarzyna na dwóch scenach, w Teatrze Polskim w Poznaniu i w warszawskich Rozmaitościach. Także bohaterka tego spektaklu wegetuje na marginesie społeczeństwa – jest lekomanką i narkomanką. Czeka na miłość, która nie nadchodzi, toteż desperacko zmierza w stronę samobójstwa. Nie brak tu scen szokujących i efektownych, jak np. ta, w której ociekająca krwią, półgoła Magdalena Cielecka próbuje roztrzaskać się o ścianę.
Również w skandalizującej atmosferze utrzymana jest sztuka mająca powodzeniem w szczecińskim Teatrze Współczesnym – „Polaroidy” Marka Ravenhilla, także brytyjskiego „brutalisty”, pomyślana jako satyra na zmakdonaldyzowane społeczeństwo konsumpcyjne. Bohaterowie spektaklu, wyreżyserowanego przez Annę Augustynowicz, to odbiorcy reklam, nastawieni wyłącznie na konsumpcję. Są bezrefleksyjni, pozbawieni emocji i ambicji. Nie chcą się angażować w głębsze związki, żeby nie stwarzać sobie problemów ani zobowiązań. Jeden z bohaterów jest byłą męską dziwką – dla pieniędzy świadczył usługi seksualne homoseksualistom, a teraz zamiast cieszyć się zarobionymi pieniędzmi, czuje gorycz. Inny mężczyzna zachłannie korzysta z życia, bo zostało mu mało czasu – jest chory na AIDS.
Kolejne przedstawienie cieszące się dużym powodzeniem u widzów też jest pesymistyczne. „Sytuacje rodzinne”, dramat Biliany Srbljanović w reżyserii Piotra Łazarkiewicza, znanego twórcy filmów fabularnych i dokumentalnych, opowiada o dziewczynkach, które przeżyły bliżej nieokreślony kataklizm. W swoich zabawach powielają zachowania dorosłych: odtwarzają scenki z telewizyjnych reklam, seriali, teleturniejów, nie potrafią używać własnej wyobraźni. Okaleczyła je nie tyle wojna, co konsumpcyjny styl życia spędzanego głównie przed telewizorem.

Sukcesy i porażki

Sukcesem okazały się dwa spektakle w krakowskim Starym Teatrze: „Trzeci akt wg Szewców” Jerzego Jarockiego oraz „Mistrz i Małgorzata” Krystiana Lupy. Także te przedstawienia wywołały silne emocje i stały się powodem dyskusji na temat autonomii tekstu literackiego i granic ingerencji reżysera.
Jarocki zmienił tekst dramatu Witkacego i pokazał go od końca: akcja rozpoczyna się w XXI w., już po rewolucji społecznej, o której tytułowi szewcy rozmawiali w pierwszym akcie. Jednak rewolucja, choć poprawiła sytuację materialną i społeczną bohaterów, nie przyniosła im oczekiwanego szczęścia i nie uwolniła od „bólu istnienia”. W rolach głównych wystąpili aktorzy, których nazwiska są od dawna znakiem firmowym, gwarancją kunsztu scenicznego: Jerzy Trela (jako Hiper-robociarz) oraz Krzysztof Globisz (jako Sajetan Tempe).
Także Krystian Lupa sporo zmienił w tekście Bułhakowa, co wywołało trochę protestów. Jednak udowodnił, że zmiany wynikają z jego koncepcji artystycznej, przemyślanej w każdym szczególe. Prawdziwe kreacje stworzyli dwaj mistrzowsko przez niego poprowadzeni aktorzy – Piotr Skiba jako Korowiow (niezapomniany także w „Wymazywaniu”) oraz Jan Frycz jako Piłat.
Rozczarowaniem okazała się natomiast „Pamięć wody” w Teatrze Dramatycznym, w reżyserii Agnieszki Glińskiej, zwłaszcza po jej poprzedniej, ciekawej adaptacji „Bambini di Praga” według Hrabala w Teatrze Współczesnym. Nie zachwycił też Rudolf Zioło, którego przedstawienie „Biesów” według Dostojewskiego okazało się tak nudne, jak długie (trwało ponad cztery godziny).
Zaskoczeniem był teatralny debiut Władysława Pasikowskiego, znanego dotychczas jako reżyser filmów akcji („Kroll”, „Psy”). Choć przed premierą sztuki „Kto się boi Virginii Woolf” w Teatrze Powszechnym w Warszawie mówiło się, że „to będzie chała”, Pasikowski zaskoczył in plus. Spektakl jest dynamiczny, pełen emocji, pozbawiony efekciarskich sztuczek. Możemy tylko domyślać się, w jak dużej mierze jest to zasługą doborowej obsady (wyróżniająca się rola Marka Kondrata).

Wielki niedoceniony

Sporo hałasu było wokół spektakli Jerzego Grzegorzewskiego, dyrektora warszawskiego Teatru Narodowego. Wydaje się, że ten artysta jest niedoceniany przez gazetowych recenzentów, z których wielu po prostu nie dorasta do jego formatu umysłowego. Cóż, Grzegorzewski nie pokazuje na scenie ponętnych golasów w orgiastycznych scenach i wymaga od widzów myślenia (rozumem, a nie genitaliami). Nie zyskał szerokiego uznania ani błyskotliwy „Sen nocy letniej” Szekspira, w wysmakowanej scenografii Grzegorzewskiego, z rewelacyjną rolą Beaty Fudalej (jako Puka), ani nowo odczytana, pesymistyczna w wymowie „Nie-Boska komedia” Krasińskiego. O Grzegorzewskim było głośno tylko wtedy, kiedy ogłosił, że chce zrezygnować z funkcji dyrektora artystycznego Narodowego. A szkoda.
Wśród premier, które były planowane, ale się nie odbyły, najbardziej żal „Ostatniej taśmy Krappa” Becketta, zapowiadanej przez Teatr Na Woli. Ta słynna jednoaktówka kojarzy się starszym teatromanom z wybitną kreacją Tadeusza Łomnickiego, którego podziwialiśmy w warszawskim Studio. Teraz z legendarną rolą „Łoma” miał się zmierzyć inny znakomity aktor, Andrzej Seweryn. Niestety, praca na planie „Zemsty” u Wajdy nie pozostawiła mu czasu na Becketta. Jest nadzieja, że zapowiadana premiera z Sewerynem zostanie zrealizowana w następnym sezonie.
Żal również „Morza i zwierciadła” Audena w warszawskim Narodowym, które miał wystawić Jerzy Grzegorzewski. Zamiast tego Zamachowski wespół z Malajkatem wyreżyserowali „Żaby”, komedię Arystofanesa, mającą – w zamierzeniu – przyciągnąć do tego teatru szeroką publiczność i zmienić nieco wizerunek Narodowego: z teatru trudnego, dla wyrafinowanych widzów, w teatr „dla ludzi”. Nie można jednak powiedzieć, żeby ten zamiar się powiódł.
Nasuwa się pytanie, co dzisiaj chcą oglądać tak zwani normalni ludzie. Dawniej mówiono, że szeroką publiczność przyciągają sztuki lekkie, łatwe i przyjemne. Teraz jednak obserwujemy, że największym powodzeniem cieszą się sztuki ciężkie, trudne i nieprzyjemne, za to obfitujące w wulgaryzmy, przemoc i gołych aktorów. I to nie gołych dyskretnie, w półcieniu, zza krzaka, lecz demonstrujących raz po raz swoją goliznę.
Cóż, może te rozbierane sztuki, które często wcale nie są głupie i o coś ważnego w nich chodzi, mogłyby stać się okazją do rozważań nad naszym dzisiejszym światem i kondycją duchową współczesnego człowieka? Niestety, zwykle są okazją do bardziej trywialnych roztrząsań.

 

 

Wydanie: 30/2002

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy