Tu też jest dom

Tu też jest dom

W hospicjum rodzą się przyjaźnie i buzują emocje

Budynek zatopiony w warszawskim osiedlu. Z przestronnym ogrodem, w którym wiosną zakwitają tysiące żonkili, a w ciepłe dni można delektować się słońcem. Wydaje się, że jest luksusowym hotelem. W pewnym sensie. Bo po łacinie hospitium to schronisko, gospoda, stancja. Tu mieści się Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa.

Dobry duch

W świetlicy wygodne kanapy i kominek buzujący ogniem z gazowej butli. W holu antyki: fotele, sofa, stolik. Na stoliku ogromny bukiet cudnych lilii. To znak, że niedawno ktoś odszedł. Zwykle, kiedy tak się dzieje, rodzina przynosi kwiaty, ciasto, słodycze, by podziękować za opiekę nad najbliższym. Za towarzyszenie aż do końca.

Od świtu czas pacjentów jest wypełniony: śniadanie, zabiegi higieniczne, ćwiczenia, spacery po korytarzu, po ogrodzie. Po obiedzie czas wolny, co nie oznacza, że każdy robi, co chce. Bo większość pensjonariuszy nie wstaje samodzielnie z łóżka. W hospicjum jest 38 miejsc i wszystkie przez cały rok są zajęte. Kiedy któreś się zwalnia, natychmiast zjawia się następna osoba z długiej kolejki oczekujących.

Katarzyna Lutkiewicz kończy jeść pomidorówkę, kiedy do pokoju wjeżdża wózek z fotelem. Kobieta robi zdziwione oczy, bo kiedy usłyszała hasło: fotel z Ikei, spodziewała się lekkiego mebla na nogach z giętego drewna. A tu pojawiła się landara. Katarzyna się zasępia, bo mebla w żaden sposób nie da się wcisnąć do niezbyt dużego pokoju. Córce pacjentki z sąsiedniego pokoju, która przywiozła ten prezent, też jest przykro. Liczyła, że spełni marzenie Katarzyny o fotelu, w którym mogłaby czytać książki albo w którym mógłby przysiąść gość, żeby czuł się jak u niej w domu. Za to narożna szafka jest w sam raz. Katarzyna schowa w niej część rzeczy zapełniających teraz torby na podłodze. Na przykład siedem choinek z szyszek, które zrobiła wspólnie z córką pacjentki z sąsiedniego pokoju. – Ma talent plastyczny – chwali ją Katarzyna. – Będziemy jeszcze robić choinki z piórek. Przed Bożym Narodzeniem podarujemy je znajomym. A jedną może zlicytujemy, żeby zasilić konto Fundacji Hospicjum Onkologiczne.

Kilka lat temu Katarzyna miała raka piesi, przeszła operację, wróciła do zdrowia, świetnie się czuła. Aż nagle w ubiegłym roku w domu straciła przytomność. Na szczęście w porę ją znaleziono i trafiła do szpitala. Lekarze stwierdzili, że była odwodniona, w bardzo złym stanie. Jedna nerka już nie pracowała. Na dodatek zaczęły się kłopoty z krążeniem limfy w prawej ręce, która spuchła i stała się dwa razy grubsza od lewej. Katarzyna marzyła, by jak najszybciej wyjść ze szpitala i znaleźć się w hospicjum. Znała je, bo jako PR-owiec współpracowała z Fundacją Hospicjum Onkologiczne. Jak się okazało, stała się dobrym duchem tego miejsca. Jest tak samo pogodna jak jej nieżyjący tata – znany aktor Gustaw Lutkiewicz. Nazywają ją „Lutkiem”. I dodają, że „Lutka” trzeba by przepisywać na receptę. Bo potrafi zarazić dobrym humorem i pozytywnym myśleniem.

– 8 listopada będzie pierwsza rocznica mojego pobytu w tym miejscu – mówi Katarzyna. – Jestem lekko szaloną osobą, więc wymyśliłam, że z tej okazji zaproszę znajomych na pampers party. Jednoroczek musi chodzić w pampersie. A że jest to jedna z najbardziej potrzebnych rzeczy w hospicjum, każdy gość będzie musiał przyjść z pampersami dla pensjonariuszy. Pani prezes się zgodziła na tę imprezę.

Pokój, w którym Katarzyna mieszka z drugą pacjentką, nie przypomina sali szpitalnej. Sąsiadka mówi, że lubi ten nieład. A profesor, który przychodzi do hospicjum, twierdzi, że po tym pokoju widać, że to drugi dom. Na parapecie doniczki z kwiatami, wszędzie książki, drobiazgi, rzeczy potrzebne i zbędne. Pod sufitem dziesiątki ptaszków z origami, bo origami to pasja Katarzyny. Gdy przychodzą znajomi, zabiera ich do świetlicy i tam, gawędząc, składają papier. Poprzednią sąsiadkę z pokoju – Magdę – też zaraziła tą pasją.

– Magda początkowo mieszkała w pokoju jednoosobowym – wspomina Katarzyna. – Nie chodziła, straciła chęć do życia, nie widziała światełka w tunelu. Kiedy moja towarzyszka z pokoju odeszła, Magdę przeniesiono do mnie. Była mało komunikatywna, na pytania odpowiadała tylko „tak” lub „nie”. Ale ja się nie zrażałam. Zaczęłam z nią gadać i namawiać, żeby chodziła. I zaczęła się poruszać. To jest mój największy sukces. Kilka dni temu, po ponad ośmiu miesiącach, Magda wyszła do domu. Jest teraz pod opieką hospicjum domowego. Codziennie dzwonimy do siebie.

Mąż Beaty, która odeszła w tym roku, do tej pory odwiedza Katarzynę. Mówi, że kiedy mieszkały razem, były to jej najszczęśliwsze miesiące w hospicjum. Rozgadała się, zaczęła się uśmiechać. On sam też zaczął inaczej patrzeć na świat, pozytywnie.

– Jestem taki pozytywny „Lutek” – śmieje się Katarzyna. – Dorota powiedziała mi, że potrafię ludziom przekazać wiele pozytywnego myślenia i ciepła. Aż się trochę wzruszyłam… Ale chyba nie miałabym w sobie tyle siły, gdyby nie moi znajomi i przyjaciele. Mnie samą zaskoczyło, że tylu ich za mną murem stoi. Odwiedzają mnie, a jak nie mają czasu, to chociaż dzwonią, wyślą SMS-a, zdjęcie znad morza. Nawet starzy znajomi się odzywają po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach. Ktoś stwierdził, że „Lutek” jest jak Nokia – connecting people, łączy ludzi.

Niepokorna noga

Hospicjum kojarzy się z ciszą i cierpieniem. A tu w pokojach śmiech, muzyka. Podwieszone pod sufitem telewizory pozwalają śledzić losy bohaterów ulubionych seriali czy rozgrywki piłkarskie. Marianna Badach mówi, że nie ogląda telewizji, bo zaczyna ją boleć głowa. Jak sąsiadka włączała telewizor, prosiła ją, by korzystała ze słuchawek. Ale jutro oczywiście wybierze się do świetlicy na koncert trzech Włochów. Są wolontariuszami hospicjum. Mają takie poczucie humoru, że kiedy się pojawiają, to jakby promień słońca wpadł przez okno.

Marianna nie jest pewna, kiedy znalazła się w hospicjum. – Teraz lepiej pamiętam, co zdarzyło się wiele lat temu, niż to, co przed tygodniem – mówi i uśmiecha się jakby przepraszająco. – Ale oczywiście pamiętam, co było dziś na obiad: zupa pomidorowa, ziemniaki, buraczki, mięso.

Jest tu od czerwca. Była z córką z wizytą u rodziny, kiedy nagle zasłabła. Córka pomyślała, że to zasłabnięcie może mieć jakiś związek z guzem w płucach, który wycięto mamie kilka lat wcześniej. Nie myliła się. Marianna dostała serię naświetleń. I z powodu radioterapii, jak sądzi, pojawiły się problemy z ręką i nogą. Przeniesiono ją do hospicjum, by pracowała z rehabilitantami. Robi się coraz sprawniejsza. Dziś pod okiem rehabilitanta spacerowała po korytarzu z chodzikiem. – Przeszłam aż do pokoju lekarzy i z powrotem – opowiada rozemocjonowana. – Ale przed drzwiami do mojego pokoju siły mnie opuściły, nie dałam rady dalej iść. Rehabilitantka przyniosła mi krzesło, żebym usiadła i odpoczęła. Tak bym chciała, żeby moja noga zaczęła normalnie chodzić. Jak ona chce, to idzie normalnie, a jak nie chce, to się trzęsie. Ja bym chciała, żeby wszystko jak najszybciej się wyprostowało, ale córka i pani rehabilitantka mówią, żebym się nie przemęczała.

Córka odwiedza ją każdego dnia. Marianna ma też dwóch synów, ale ci mieszkają poza Warszawą i nie mogą bywać codziennie. Ona to rozumie. – O, to właśnie jest mój syn! – wykrzykuje radośnie Marianna, widząc jak do łóżka zbliża się młody mężczyzna. Nie wiedziała, że dziś do niej przyjedzie. Zresztą przecież nigdzie stąd nie wychodzi, więc nikt nie musi zapowiadać wizyty.

Ona ma szczęście, że córka odwiedza ją codziennie, więc nie ma problemu choćby z manikiurem czy pedikiurem. Chwali się zadbanymi paznokciami. Ale wie, że o taką pomoc można poprosić wolontariuszki manikiurzystki, a wolontariuszki fryzjerki ostrzygą i uczeszą. Bo tutaj kobiety też chcą wyglądać pięknie.

Drobny prezent

Dorota Malik ma na sobie żółty fartuch. Żółty to kolor nadziei i wolontariuszy. Jest tu raz w tygodniu. Raz w tygodniu bywa też u swojej podopiecznej w hospicjum domowym. Tak postanowiła półtora roku temu.

– Mam wykształcenie medyczne, jestem rehabilitantką, w tej chwili nieaktywną zawodowo – tłumaczy. – Z racji wykonywanego wcześniej zawodu jest dla mnie oczywiste, że chorzy potrzebują pomocy w zwykłych sprawach, które dla nich są trudne, takich jak poprawienie poduszki, podrapanie się po plecach czy sięgnięcie po kubek z wodą. Taka prosta pomoc poprawia jakość ich życia. Oni nie mogą, ja mogę, mam dwie ręce. To taki drobny prezent ode mnie. Są wśród nas, wolontariuszy, osoby różnych zawodów, w różnym wieku, z różnymi doświadczeniami życiowymi.

Na początku wykonywała proste czynności. Ale z czasem to się zmieniło. – W tej chwili trochę inaczej patrzę na tę pomoc – mówi Dorota. – Jak się obcuje z ludźmi przez jakiś czas, dostrzega się ich emocje, potrzeby duchowe, radości, problemy, zainteresowania. Wówczas możemy im towarzyszyć w takiej przestrzeni, do której oni sami nas dopuszczą. To swego rodzaju przywilej. Teraz to jest nie tylko poprawienie poduszki, ale również rozmowa, wspólne czytanie książki, czasem ćwiczenia, spacery, wspólne robienie czegoś. Przestrzeń współżycia i współdziałania z pacjentami poszerza się.

Dorota nie narzuca się pacjentom z pomocą. Nie ma też przypisanych pacjentów, którymi się opiekuje. – Wchodzę do każdego pokoju i odpowiadam na potrzeby tych osób, które tego oczekują – wyjaśnia. – Przechodzę korytarzem, zaglądam przez półotwarte drzwi do sal. Kiedy widzę osobę, która nie śpi, wchodzę cichutko i po przywitaniu się, jeśli nawiążemy kontakt wzrokowy, podchodzę i poświęcam jej swój czas. Przy dobrej pogodzie mamy możliwość wyjść na patio.

Co jakiś czas Dorota przechodzi obok pokoju pożegnań. Nigdy nie weszła do środka. W jej odczuciu to miejsce jest zarezerwowane dla rodziny, która chce się pożegnać z osobą najbliższą. Ona jest pomocna w problemach życiowych i jeśli tak się zdarzy, towarzyszy pacjentom do końca.

– Myślę, że większość wolontariuszy nie wchodzi do pokoju pożegnań – uważa. – Zdarza się, że idą na pogrzeb osoby, z którą w jakiś szczególny sposób się zżyły. Ja nie chodzę na pogrzeby. Przeżyłam odejście kilku pacjentów. Byłam przy nich do ostatniego oddechu. Odchodzili cicho, bez słowa. Skąd wiedziałam, że odchodzą? Jak się obserwuje kogoś przez jakiś czas, zauważa się, że jego stan zdrowia znacząco się pogarsza, że ten ktoś słabnie, zmieniają się rysy twarzy, zmienia się oddech, funkcjonowanie, kontakt… W takich chwilach, kiedy ktoś odchodzi, ma się świadomość przemijania wszystkiego. Pojawia się takie uczucie, że nasza relacja została doprowadzona do końca. Że wypełniłam swoje zadanie i towarzyszyłam im w bardzo ważnych chwilach.

Ale życie w hospicjum ma wiele radosnych momentów. I Dorota woli mówić o tych chwilach. O tym, jak pacjenci wychodzą do domu. O tym, jak się rodzą przyjaźnie między pacjentami i między rodzinami pacjentów: – Tworzy się tu pewnego rodzaju wspólnota. Życie tutaj jest aktywne i interesujące. Jest dużo radości, wzajemnego wspierania się. Są tacy, którzy swoim sposobem postrzegania życia i świata umieją wyzwolić radość w innych mieszkańcach pokoju. To miejsce kojarzy mi się z życiem każdą chwilą.

Tylko 18,60 zł

W hospicjum stacjonarnym i domowym jest 120 pracowników i 150 wolontariuszy. Mają pod opieką rocznie 812 pacjentów w hospicjum stacjonarnym i 2350 w domowym. Rocznie na leki dla pacjentów hospicjum stacjonarnego trzeba wydać 385 tys. zł, na posiłki 155 tys. zł, na prąd 146 tys. zł, na gaz 22 tys. zł, na wodę 16 tys. zł, na pranie 90 tys. zł.

– Miesięcznie utrzymanie pacjenta w naszym hospicjum kosztuje ponad 13 tys. zł – mówi Dorota Jasińska, prezes zarządu Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa. – Chcemy, by standard opieki nad pacjentami był wysoki. Jedynie 60% tych kosztów pokrywają NFZ i Urząd m.st. Warszawy. Pozostałą kwotę musimy uzbierać od darczyńców.

Kiedy NFZ nie przekazywał w terminie pieniędzy, wolontariusze zbierali w sklepach dary rzeczowe dla hospicjum. Fundacja prosi o wsparcie finansowe. Na przykład z podatków za rok 2015 wpłynęło do niej 760 tys. zł.

– Zbieramy nie tylko 1% podatku, ale także sprzedajemy cegiełki: szklane ptaszki, mydełka, bransoletki wykonane przez pacjentów, a wiosną żonkile, które zakwitają w ogrodzie na Polach Nadziei – wylicza prezes fundacji.

– Wymyśliliśmy też akcję „18,60”. Nasi darczyńcy zobowiązują się, że co miesiąc wpłacą na nasze konto 18,60 zł. Tyle kosztuje paczka papierosów albo dwie kawy w kawiarni. Chcemy pokazać, że to nie jest wielka kwota w skali miesięcznego budżetu, ale jeśli regularnie będzie ją wpłacać 6 tys. osób, może być gigantycznym zastrzykiem dla organizacji, która rocznie musi utrzymać ponad 3 tys. pacjentów. Próbujemy naszym pacjentom stworzyć tu dom. Miejsce, gdzie pali się ogień w kominku, brzmi muzyka, śmieją się ludzie, pachnie domową kuchnią. Po prostu ciepło domowego ogniska.

Wydanie: 44/2017

Kategorie: Reportaż

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 31 października, 2017, 10:39

    Nic dodać, nic ująć. Pozytywne.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy