Uciekające panny młode

Uciekające panny młode

Każdego roku w ostatniej chwili odwołuje się prawie 10 tysięcy ślubów

– A tu, na samym szczycie, dałem jej pierścionek. Z czerwonym oczkiem – oglądamy album fotograficzny Pawła z ubiegłych wakacji. Wszystkie wspólne zdjęcia są przecięte na pół i… podklejone taśmą od spodu. 23-letni policjant nie poda nazwiska. Od pół roku smutki topi w kieliszku. A jest w czym topić, bo niewypitej wódki zostało prawie 300 butelek (akurat na 200 potwierdzonych zaproszeń). – Tort przywieziony z cukierni, zamówiony skrzypek na „Ave Maria”, przyleciała chrzestna z Toronto, a orkiestra miała grać „Złote obrączki”, gdy wnoszę ją do sali… – Pawłowi drży głos, choć udaje twardziela. Czekanie na Gosię przed ołtarzem ciągnęło się jak wieczność. 17.00, 17.05, 17.15… Wzdłuż szpaleru kwiatów rozłożony dywan, szepty gości, spocone dłonie, nerwy. On przekładał śnieżnobiałą chusteczkę z jednej ręki do drugiej, a ksiądz w tym czasie wystukiwał palcem jakiś rytm o blat ołtarza. – Po godzinie wysłała głuchy sygnał telefonem. Zrozumiałem – urywa.
– Sukienki w kolorze lilaróż, za którą płacił mój syn, nie oddała – wtrąca się pani Zofia.
– Oj, mamo, przecież i tak do niczego jej się nie przyda. Co innego garnitur – Paweł próbuje rozładować atmosferę. To pani Zofia zaczęła wysłać formularze do telewizyjnej „Randki w ciemno”. – Pomyślałam, niech zapomni, zobaczy, że na jednej Gosi świat się nie kończy. Pawełek tak się zamknął w sobie.
– Mamo, daj spokój – zakomunikował, kiedy wrócił z dwutygodniowej wycieczki do ciepłych krajów. – Gośka to była Gośka.
Czasem podjeżdża samochodem pod jej blok. Zaparkuje, zapali papierosa, popatrzy w okno. Ale ojciec Pawła wyraźnie powiedział: – Jak cię z nią zobaczę jeszcze raz…
Nie tylko w filmach zdarzają się takie sytuacje. Porzucone suknie, niespełnione toasty, goście wracający spod kościoła z ryżem w kieszeni. Ona nagle mówi „Nie” i rzuca welon w najciemniejsze miejsce w szafie, a on unosi się honorem i próbując zapomnieć, otwiera z kolegami jedną z setek półlitrówek kupionych po hurtowej cenie. W tym czasie niedoszłe teściowe łamiącym się głosem dzwonią po foto- i wideoserwisach, po cateringach i wynajętych już salach, żeby odwołać wszystkie zamówione folklory. On przecież nie ma siły dzwonić.

Serce nie sługa

Dokładnej statystyki odwoływanych ślubów w skali kraju nikt nie prowadzi. Pracownicy USC w miastach oceniają, że do skutku nie dochodzi około 5% planowanych uroczystości. Na wsi takich sytuacji jest mniej. Przyjmując, że w ubiegłym roku zawarto ok. 195 tys. małżeństw (zarówno cywilnych, jak i konkordatowych), można obliczyć, że w ostatniej chwili nie dochodzi do skutku kilka tysięcy ślubów. Rachunek zaskakujący, bo przecież minęły czasy z góry zaplanowanych mariaży, gdzie w grę wchodziły morgi lub pieniądze. Dziś nikt nikogo nie przymusza. A jednak…
– Przyszła, pochlipując – opowiada Elżbieta Nidzińska, właścicielka warszawskiego salonu Elizabeth ze ślubnym obuwiem. – „Nie chcę go już więcej widzieć. I tego też”, rzuciła na ladę śliczne perłowe szpilki z długim noskiem i rozbeczała się na amen. A jeszcze dwa miesiące temu przychodziła kilka razy z tym panem – wzdycha. – Ależ była z nich para! Ona przykładała skrawek materiału do bucików, czy na pewno ten sam odcień, a on patrzył na nią jak w obrazek. Aż któregoś dnia wyjął z portfela 850 zł. Włoski wyrób. Najmodniejszy w tym sezonie.
Choć handel ślubnym obuwiem zmarniał jak każdy, pani Elżbieta nie mogła przecież tych butów, tych gorzkich wspomnień, nie przyjąć. – Zaproponowałam, by weselny model zamieniła na taki sam karnawałowy bordo. A, niech tam, na otarcie łez dorzuciłam jeszcze cekinową torebkę. Oj, jaka ta miłość dzisiejszych młodych nietrwała – zamyśla się właścicielka. Najwięcej klientek z białymi bucikami do wymiany ma w czasie… mundialu i zimowych skoków Małysza. – One nawet o takie rzeczy potrafią być zazdrosne!
– Już kilka dziewczyn w tym roku zadzwoniło tuż przed odebraniem sukienki, że przestała być potrzebna – potwierdza Agnieszka Kujawska, kierowniczka salonu Cymbeline w Warszawie. A właściciel firmy jubilerskiej Diament dodaje, że zaręczynowych pierścionków też wraca coraz więcej: – Gdy przychodzi chłopak, widać, że chce się pozbyć wspomnień jak najszybciej. Nawet za pół ceny. Natomiast niedoszłe młode targują się długo, żeby na tych wspomnieniach trochę zarobić. Oddają też obrączki! Grawerowane od środka. Na złom.
Bohaterowie tych historii niechętnie o nich mówią. Anonimowi, porzucający lub porzuceni, z łatką „tej, co uciekła” lub z kompleksem niższości na całe życie, szukają pociechy w Internecie.
„Mój dziadek zwiał sprzed ołtarza. Pół roku później wziął ślub z inną. Do dziś każdy o tym opowiada. Dlatego gdybyś dała nogę, byłoby ci ciężko żyć w tym samym środowisku. Ludziska lubią robić ploty”, ktoś radzi na czacie niezdecydowanej Belli. „Zrób to teraz, jeśli serce ci mówi, że to nie ten”, dodaje odwagi inny. „Ja też tak odwlekałem i męczyłem się. Wierz mi, lepiej wcześniej niż później”, wtrąca Raffi. „Nie umiałam powiedzieć nie i skończyło się rozwodem po kilku miesiącach. A wiesz, ile później jest spraw do załatwienia?”, uświadamia Cler. „Boże, dwa tygodnie! Ja bym się nie wycofała! A może to taki okres, w którym podświadomie szukasz jego wad?”, ktoś użala się nad Bellą. Męskie grono internautów wyrzuca dziewczynom, że są gorsze niż szatan, bo nie sposób je zrozumieć, a one się skarżą, że facetom zawsze łatwiej, bo dla nich wszystko białe albo czarne. „A my, biedne kobietki, musimy rozpatrzyć całą masę aspektów”. Każda płeć do uczuciowych dylematów przykłada inną matrycę emocji. Za Bellą stoi solidarnie cały sztab dziewczyn, które trzymają już lekko pożółkłą suknię w szafie. Nigdy jej nie założyły. Ta biel ciąży najbardziej. Choć Paulina wpadła na pomysł i odcięła gorset. Teraz nosi go do dżinsów.

Z perspektywy ołtarza

– Oboje byli już dobrze po czterdziestce. Pamiętam jak dziś, ona miała na sobie taką ładną jasno-żółtą sukienkę, a on brązowy garnitur – opowiada Wiesław Pachecki, który od lat udziela ślubów w Urzędzie Stanu Cywilnego na warszawskiej Ochocie. – Ona przyjechała za nim aż ze Słupska. „Czy państwo są zdecydowani złożyć oświadczenie o wstąpieniu w związek małżeński?”, zapytałem. „Nie”, powiedział pan młody. Cisza. Kompletna konsternacja. Nie wiedziałem, co robić dalej. Przecież człowiek nigdy się nie spodziewa takich sytuacji! „Może wyjdę na chwilkę, a pan się zastanowi, naradzi jeszcze z narzeczoną”, próbowałem ratować ceremonię. „Nie ma nad czym się zastanawiać. Poproszę o zwrot dowodów osobistych”, on był najwyraźniej zdecydowany. Coś oboje poszeptali. Ona się odsunęła od niego na półtora metra. On wyszedł. Ona oddała bukiet świadkowi. Wybiegła odprowadzana wzrokiem osłupiałych gości.
Tak dramatyczne rozstania, o których potem szepcze się na ucho przez lata, nie zdarzają się często. – Częściej po prostu nie przychodzą. A my czekamy, bo nikt nas nie powiadomił, że oni już zdążyli się rozmyślić – tłumaczy Urszula Olszewska, kierownik USC Warszawa Śródmieście.
Do USC w Starogardzie Gdańskim zapłakane dziewczyny przychodzą czasem już w poniedziałek, tuż po sobotniej uroczystości, z pytaniem, czy jeszcze można ją unieważnić. – Traktują ślub tak, jakby miał trzymiesięczną gwarancję – dodaje Bożena Kamińska, kierownik tamtejszego urzędu.
I księżom zdarza się usłyszeć sakramentalne… „Nie”. – Znajomy kapłan przeżył takie rozstanie pod samym ołtarzem – opowiada ks. Krzysztof Ołdakowski, jezuita. Do dziś je wspomina. Wyszedł po młodych, żeby wprowadzić ich do kościoła. Czuł, że coś jest nie tak. Widział to w jej oczach. Coś jej poszeptał i te szepty zadziałały chyba jak wyzwalacz właściwej decyzji w ostatnim momencie. Po homilii zaczęły się pytania. Czy chcesz? Powiedziała „Nie chcę” i wybiegła z kościoła. Szok. Dla wszystkich.
Potem kapłan jeszcze spotkał tę dziewczynę. Jak przypuszczał, chodziło o subtelną presję rodziny: „Jesteś już za stara”, „Uważaj, rosną młodsze i ładniejsze”. Subtelną, bo grającą na jej ambicji. Uległa.
W kolegium jezuitów pod salą z napisem „Rozmównica” już czekają Joanna i Krzysztof. Przyszli do ks. Ołdakowskiego na dziesiątą przedmałżeńską naukę. Ona nieśmiało opowiada mi, że podczas tego spotkania chce uczciwie zapytać, czy rzeczywiście go kocha, skoro drażnią ją porozrzucane po całym domu skarpetki i wiecznie wyschnięta pasta do zębów, której on nigdy nie zakręca. Chce mieć pewność, czy to osoba aż po grób…
Co im powie kapłan? – Sens ma zamążpójście tylko z miłości, gdy człowiek budzi się z poczuciem pewności, że ten ktoś, kto budzi się obok, jest stworzony dla mnie – rozkłada ręce ks. Ołdakowski. – Inne powody są po prostu nie do przyjęcia. A lekkie drżenie serca? Jest chyba potrzebne, by nieustannie dosypywać do pieca. Bo niepielęgnowana miłość jak ogień gaśnie.

Odwaga czy desperacja?

„Powiem ci od serca – pisze na czacie dziewczyna po przejściach. – Zrywaj! Najedz się wstydu, wymówek, ponieś koszty! Ale nie bierz ślubu dlatego, że wypada. I ludźmi się nie przejmuj! Pogadają i przestaną. Ja tak nie umiałam. Żałuję, bo drogo mnie to teraz kosztuje. I emocjonalnie, i materialnie drożej niż ucieczka w welonie”.
Mamy, ciocie, menu, torty. Wszystko zapięte na ostatni guzik. Przygotowania zawędrowały zbyt daleko. Otoczenie to chyba najtrudniejsza bariera do przeskoczenia, gdy człowiek się waha, czy powstrzymać bieg wydarzeń. Najpierw poczciwe ciocie nalegają, żeby „po bożemu”. Dzwonią, płaczą, że wstyd, jak oni się tak „niby docierają” bez sakramentów już siódmy rok w tej kawalerce. W końcu oni pasują. Psychologowie te ciocie obwiniają też za to, że bardzo lubią wmawiać, zwłaszcza tym nie najmłodszym pannom młodym, nieśmiałym myszom w okularach, że to przecież nie one wybrały, tylko je wybrano. A myszy, przekonywane, że dostąpiły zaszczytu i powinny Bogu dziękować, po prostu nie powiedzą „Nie”.
Otoczenie potrafi wpłynąć także na mężczyzn. – Zawsze byłem synem swojej mamusi – opowiada ze złością niedoszły pan młody, Jurek z nowosądeckiego. – Rywalizowała o mnie ze wszystkimi. Najskuteczniej z Adą. Boże, to była niewola! Mieszkałem w domu, za który zapłaciła, prowadziłem z nią gabinet stomatologiczny. „My doktorostwo, a ona nie wiadomo skąd”, tak nękała i cedziła, że wycofałem się godzinę przed ceremonią, gdy Ada nie wytrzymała i kazała wybrać: „Ja albo ona”.
35-letni jedynak już nie pracuje z matką. Zresztą odszedł od zawodu, bo rozpił się na dobre.
Małgorzata Szwed, warszawska terapeutka, nieraz ratowała takich napiętnowanych, opuszczonych, z poczuciem wstydu przed całą parafią. – Wszelkie formy manipulacji ze strony mobilizującego do zamążpójścia otoczenia (gorliwie, a czasem i z szantażem) leczy się potem długo – tłumaczy. – Najgorzej jest w małych miasteczkach. Obyczajowość wyrosła na gruncie katolickim mówi wyraźnie, że życie w związku sakramentalnym i posiadanie dzieci jest lepsze niż życie samotne. A stereotypy dodają, że skoro on czy ona jeszcze nie mają pary, to sygnał, że są gorsi, już przebrani w tłumie. Więc dziewczyny dobijające do trzydziestki często pod wpływem natrętnych uwag mam w stylu: „A kiedy ty chcesz w ogóle rodzić?”, „Czas ucieka, a ty co?”, po prostu zaczynają bać się upływającego czasu.
Niejedna z tej przyczyny przyspieszyła decyzję, tłumacząc sobie w duchu: „To dobry materiał na ojca, uczciwy, bez nałogów”. – Tak mówi ich świadomość – wyjaśnia terapeutka. – A kiedy przychodzi czas, msza zamówiona, suknia w szafie, odzywa się instynkt samozachowawczy. Ona zaczyna widzieć, że mimo zdroworozsądkowych argumentów jej głos wewnętrzny stanowczo się sprzeciwia. Rzuca bukiet i ucieka.
To przeczucie Małgorzata Szwed nazywa busolą wewnętrzną. To się czuje, ale trudno zracjonalizować. Często też „rusza” tuż przed sakramentalnym „Tak” wspomnienie uczucia do osoby z przeszłości. Te wspomnienia zwykle wracają nagle, gdy emocje maksymalnie idą w górę.
– Po prostu spanikowałam przed ostatecznością – opowiada Kasia. Jest nauczycielką w małym miasteczku pod Giżyckiem. Dokładnie rok temu, na koniec czerwca, już ubrana w sukienkę rzuciła pod obraz Matki Boskiej herbaciane róże. – Tak się bałam tego sakramentu, tej widowiskowości, bieli, tego, że aż do śmierci, że w zdrowiu i chorobie, na dobre i złe. Jak mogę coś takiego przysięgać Bogu? A skąd ja wiem, co się stanie? Kto ma patent na uczucia?
Do dziś nie wie, czy to była odwaga, czy desperacja.
Nawet ks. Ołdakowskiego, choć pobłogosławił już ze 150 par, zawsze przechodzą ciarki po plecach, gdy małżonkowie powtarzają za nim słowa „I nie opuszczę cię aż do śmierci”. – A co dopiero ich – zamyśla się. – W przysiędze jest tak ogromny ciężar odpowiedzialności, że trudno sercu nie drżeć, nie zawahać się, czy własnymi siłami podołają ślubnemu wyzwaniu. Gorzej, jeśli lęk w obliczu przyrzeczenia paraliżuje. Wtedy zawsze radzę młodym, by kierowali się logiką zawierzenia. Nie sobie, tylko Bogu. Bo tak naprawdę nigdy nie dorastamy w pełni do naszych zadań. Do małżeństwa również. Zawsze nas coś przerasta.
– Tak rzadko umiemy rozpoznać własne uczucia i potrzeby, że w tej atmosferze ostateczności, obrosłej rytuałami przypominającymi na każdym kroku, że zamykają się za nami jakieś drzwi, że kończy się jakieś życie, zostajemy sami ze swoim wewnętrznym chaosem, płacząc w poduszkę, czy ten wybór jest słuszny – kwituje Małgorzata Szwed.

Małżeństwo tylko od święta

– Nie dziwią mnie tego rodzaju zachowania – komentuje ucieczki w welonie Tomasz Szlendak, socjolog płci z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Na Zachodzie, chociażby w Stanach Zjednoczonych, pary nie muszą tak intensywnie kalkulować: wiać czy nie, bo tam nie ma tego polskiego poczucia „do grobowej deski”, a procedura rozwodowa jest łatwiejsza zarówno w sferze ekonomiczno-prawnej, jak i kulturowej. A skoro ślub można unieważnić bez problemu, oni się nie boją tak jak my impulsywnych, romantycznych i często pochopnych decyzji. Rozbudowana u nas norma trwałości ponad wszystko tak obciąża młodych mentalnym i obyczajowym „do śmierci”, że dylematy rodzą się bezwiednie. Ponieważ nasza kultura reguluje komórkę, jaką jest rodzina, tylko poprzez ślub, nie dając rozbitym związkom legitymacji ani prawnej, ani moralnej, ani środowiskowej, patrząc na takie polskie nieszczęśliwe i potępione małżeństwa, czasem tylko ucieczka w ostatniej chwili przychodzi parom do głowy jako jedyne rozwiązanie. To trochę paskudne obciążenie – dodaje Szlendak – bo człowiek zaczyna zwyczajnie kalkulować, co będzie, gdy skończy się sielanka, skoro rozwód nie wchodzi w grę.
Do języka socjologicznego weszło w ostatnich latach nielubiane pojęcie „czysty związek”, czyli taki, który poświęcony jest przyjemności z bycia razem. A ponieważ przyjemności muszą być dwukierunkowe, cały w tym ambaras, żeby dwoje czuło naraz. Ten ambaras nasilił się, gdy po roku 1989 zaczęła przenikać do nas z Zachodu kultura konsumpcyjna. Od tego czasu w Polsce, przyznają socjologowie, przyszli małżonkowie zaczęli brać pod uwagę dwie sprzeczne wartości. Z jednej strony, kulturę katolicką (często respektowaną bardziej ze względu na tradycję niż religię), z drugiej, nastawienie konsumpcyjne. Tomasz Szlendak odnosi się sceptycznie do tego rodzaju partnerskich układów, bo nie jest dobrze, gdy ludzie zaczynają się traktować jako obiekty przyjemności. – Związek w trakcie jego trwania zaczyna przynosić coraz mniej rozkoszy – tłumaczy. – Więc młodzi, zwykle 25-latkowie, tuż przed pójściem przed ołtarz zaczynają myśleć „na szybko”: „OK. Ożenię się z nią (wyjdę za niego), ale co zrobię, gdy on czy ona zacznie dłubać w nosie albo puszczać bąki w łóżku?”. Okoliczności życiowe są przecież nieprzewidywalne. Chyba lepiej przeżyć ucieczkę, niż zapaprać sobie los na lata – dla socjologa sprawy są jaśniejsze niż dla cioci. – Bo życie jest jedno – puentuje Szlendak.
A co socjolog powie dziewczynie, która właśnie przekracza wiekową cezurę w naszej kulturze, czyli niepokojącą trzydziestkę? – Dziś – dodaje Szlendak – ma ona o wiele mniejsze znaczenie niż w XVIII w. Bo życie się wydłuża. Niech pociechą będzie fakt, że w krajach zachodnich decyzja o ożenku mocno się opóźnia (Holenderki 29 lat, Francuzki 28). My rozumiemy to jakby wolniej, nadal pobierając się bardzo wcześnie (standardowy wiek to 23 lata).

Pomącić w przeznaczeniu

Życie zaskakuje scenariuszami. – Może rzeczywiście tym pierścionkiem sobie go wykrakałam – zamyśla się Marta, patrząc na Dawida.
Dobrze pamięta moment, gdy zaręczyła się z Michałem. Granatowy szafir, który wyglądał zupełnie jak czarny, zdenerwował babcię. „Oj, dzieci, żeby on czegoś niedobrego nie wywróżył”, mówiła. Potem była suknia, zamówiona msza w radomskiej katedrze, kaucja zapłacona orkiestrze i Michał zakochany jak wariat. – Przecież byliśmy ze sobą od szczeniaka – wspomina Marta. Delikatnie, by tymi wspomnieniami nie urazić męża. – Po czterech latach zaręczyny, po ośmiu on kupił obrączki. A ja ciągle odkładałam datę kościelnego. Podświadomie. Listopad nie, bo smutny, styczeń nie, bo zmarznę w kościele, czerwiec nie, bo egzaminy na studia. Czułam, że coś w życiu jeszcze się wydarzy. Aż przed weselem złamałam nogę – śmieje się. – Michał dorabiał fotografowaniem na ślubach, więc wszyscy szli w sobotę się bawić, a ja jak ta Penelopa. No to kiedyś pokuśtykałam w gipsie do znajomych… – Ależ ona mnie urzekła! – wtrąca się Dawid, który do tych znajomych wpadł wtedy właśnie na chwilę. – Taka bez makijażu, zwyczajna. Zaiskrzyło! Pomyślałem, jaka ona piękna z tą kulą. Naturalna. Przynajmniej człowiek by wiedział rano, koło kogo się obudził, przemknęło mi przez myśl. Musiałem przystąpić do frontalnego ataku. Nie, koledze bym tego nie zrobił – poprawia się. – Ale przecież nie znałem faceta.
On zaczął niby przypadkiem wpadać do Radomia w weekendy, bo pracował już w Warszawie jako redaktor graficzny. A ona, też niby przypadkiem… Przegadywali sobotnie noce. Pierwszy pocałunek, wyrzuty sumienia i bukiet kwiatów na drugi dzień, którego ona przecież nie mogła przyjąć. Przecież Michał zapyta. – Dawid nabijał mi głowę, a czas leciał – Marta patrzy na męża. – Rodzice, oboje na rencie, ponosili kolejne wydatki związane ze ślubem. Czułam się okropnie. „Zobaczysz, powiesz „Nie”, jak przyjdę do kościoła z największym bukietem”, Dawid dzwonił późno w nocy. „Proszę nie mącić mojej córce w głowie. Ona za dwa dni wychodzi za mąż”, wyrywała słuchawkę jej mama. A jego babcia kiwała palcem: „Dawid, nie wtrącaj się między wódkę i zakąskę”.
Oddała pierścionek dzień przed ślubem. Michał nie chciał przyjąć. Dzwonił, prosił, walczył. Przecież kupili już nawet wspólnego psa do nowego domu. W końcu napisał list: „Może lepiej teraz. Wiesz, że zdrady bym nie zniósł”. Gdy zabierał od niej rzeczy, wymienił z Dawidem na klatce schodowej męski uścisk drżących rąk. Zdawkowe spojrzenie, wycedzone na siłę: „No to powodzenia”, skrzywiony uśmiech Marty. Ślub wzięli w innym radomskim kościele. Po trzech tygodniach…
Rozmowę przerywa dwuletni Piotruś. Ich zebrało na wspomnienia, a jemu chce się po prostu spać. Marta, dziś informatyk w dużej warszawskiej redakcji i od czterech lat żona Dawida, wie, że w przeznaczeniu można naprawdę dużo pomącić.


Dlaczego uciekają sprzed ołtarza?
Małgorzata Szwed, terapeutka
– Lęk przed utratą wolności. Zwłaszcza u mężczyzn. To wolność różnie rozumiana, na przykład strach przed wdrożeniem się w obowiązki rodzinne wobec żony i przyszłych dzieci lub przed brakiem możliwości wchodzenia w relacje erotyczne z innymi kobietami. Gdy on sobie szybko kalkuluje przed ołtarzem, że ona po ślubie będzie już jedyna na całe życie, taka świadomość przestaje smakować.
– Lęk przed bliskością. Często połączony ze strachem przed porzuceniem lub stratą, a więc narażaniem się na ból i cierpienie.
– Lęk przed samotnością. Dopada zwłaszcza kobiety. Ona mówi: „No, wreszcie ktoś mnie pokochał, kogoś mam”. Dopiero w ostatniej chwili zdaje sobie sprawę, że ślub byłby tylko pseudozaspokojeniem, bo nie ma prawdziwej potrzeby bycia razem.
– Lęk przed odpowiedzialnością. Jest dobrze, dopóki oboje karmią się przyjemnościami (kino, spacer, seks), ale boją się małżeńskiego ograniczenia, bo ono wiąże się z kompromisami i partnerskim negocjowaniem.
– Lęk przed oddaniem się drugiej osobie zupełnie. Dotyczący częściej kobiet. Z jednej strony, pragną bliskości, z drugiej, chcą jakąś część pozostawić dla siebie. Te rozterki tak płytko wiążą ją emocjonalnie z partnerem, że byle głupstwo przed ślubem może zerwać związek. Do tego dochodzą też różne obciążenia rodzinne, np. opieka nad kimś bliskim (polska specyfika) może spowodować decyzję o wycofaniu się ze ślubnych przyrzeczeń. Ona przed ołtarzem dochodzi do wniosku, że nie ma czasu na swoje szczęście.
– Lęk partnera przed byciem podporą do grobowej deski dla drugiej osoby. Lęk buduje pytanie, czy spełnię oczekiwania i czy tego chcę. W przypadku ucieczki dla tej porzuconej strony to chyba największa katastrofa.
– Lęk przed przyrzeczeniami, deklaracjami i dokumentami. Pokutuje słynne „nic nie podpisywać, nie legalizować, żeby nie zapeszyć”, będące skutkiem przekonania, że wolni jesteśmy bezpieczniejsi. Zwykle i ona, i on napatrzyli się na katolicką fasadowość domów, w których wyrośli, gdzie cała ta filozofia „po bożemu” często jest po prostu hipokryzją.


– W USC Warszawa Śródmieście w roku 2002 udzielono 3173 ślubów cywilnych. Odwołano 182 (co stanowi 5,7%.).
– We wrocławskim USC w 2001 roku odbyło się 2681 ślubów, odwołano 141. W 2002 roku zarejestrowano 2593 śluby, odwołano 109.
– W krakowskim USC na 4048 sporządzonych w 2002 roku aktów małżeństwa nie odebrano 46, bo pary po prostu nie przyszły (odwołanych uroczystości było dużo więcej).
– W USC w Starogardzie Gdańskim rocznie odwołuje się ok. 5% łożonych zapewnień o ślubie.
– 70% Niemców, Francuzów i Holendrów między 25. a 35. rokiem życia nie legalizuje związków. Podczas gdy w Polsce jest tylko 300 tys. tzw. kohabitantów, którzy żyją na trwałe z wyboru.

 

Wydanie: 28/2003

Kategorie: Obserwacje
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy