Uwięzieni w kabinie

Uwięzieni w kabinie

Mam wrażenie, że z naszą rakietą dzieje się coś niedobrego, chyba pochyla się do tyłu, pada. Wspomnienia Mirosława Hermaszewskiego

W kabinie oświetlenie jest przyciemnione. Na tablicy przyrządów błyskają lampki kontrolne. Strzałki wskaźników pulsują. Słyszę wysoki ton wentylatorów skafandra. W słuchawkach spokojny głos naszego kontrolera lotu Suworowa jest stopniowo zagłuszany przez wzmagający się jazgot silników Wszystko zaczyna drgać, rakieta, nasze ciała i maskotki zawieszone na nitkach. Mięśnie i nerwy mamy napięte.
Przed oczyma pojawia się obraz startującej rakiety z Kowalonkiem i Iwanczenkowem, którą obserwowałem dwa tygodnie wcześniej. Gejzer ognia, przerażający i rozdzierający huk silników oraz gigantyczna chmura dymu i pyłu, która przesłoniła unoszącą się rakietę. Sprawiało to wrażenie, że rakieta tylko na moment wzniosła się, po czym opadła w czeluść wyrzutni, która przypominała eksplodujący wulkan.
Mam wrażenie, że z naszą rakietą dzieje się coś niedobrego, chyba pochyla się do tyłu, pada. Spinam się jeszcze bardziej. Oczekuję brutalnego włączenia rakiety ratunkowej. „Ja 16-3 – 10 sekund, palot normalnyj” – informuje Suworow. Ta informacja uspokaja mnie. Złudzenie znika. Uświadamiam sobie, że w rakiecie zajmuję pozycję leżącą i na plecach czuję pojawiające się przeciążenie inaczej niż w samolocie. Włącza się Klimuk: „Ja Kaukaz – rabota dwigatelej na słuch ustocziwaja” (praca silników stabilna). Dorzucam przez radio: „Ja Kaukaz 2 – rakieta idzie płynnie, pojawiają się przeciążenia”. Oburącz ściskam drążek sterowy, na którym zamontowano tylko przyciski radiostacji. Pod lewą ręką trzymam plansze ze schematem poszczególnych etapów trajektorii wyjścia na orbitę, choć znam go na pamięć w najdrobniejszych szczegółach. Opisano tam także nasze czynności na wypadek wystąpienia awarii. W pamięci widzę: jeśli awaria wystąpi teraz, to do 288 sekundy wylądujemy na nizinnych terenach; od 282 do 512 sekundy – lądowanie nastąpi w terenie górzystym, chwilę potem już tylko w bezkresach Pacyfiku; do 494 i od 510 do 512 sekundy – lądowanie nastąpiłoby na terytorium ZSRR. Największy niepokój budził zakres pomiędzy 494 a 510 sekundą, który podkreśliłem żółtym kolorem – to lądowanie na terytorium Chin, którego z oczywistych powodów chcieliśmy uniknąć.
Przez pierwszych osiem sekund rakieta majestatycznie wznosi się pionowo, po czym, powoli pochylając się, kieruje się na wschód.

Drgania wzmagają się,

wzrastające stopniowo przeciążenie zaczyna dokuczać. Stale utrzymujemy łączność z kosmodromem. Ziemia co chwilę informuje o pracy silników i przebiegu lotu. Rewanżujemy się kolejno meldunkami o samopoczuciu, spostrzeżeniach i o stanie technicznym statku kosmicznego. „Ja 16-3 – 26 sekund, lot poprawny” – a więc jesteśmy na wysokości półtora kilometra – nieźle. Kolejna informacja: „60 sekund – ciśnienie w komorach spalania w normie, stabilizacja poprawna” – osiągnęliśmy stratosferę, wysokość 12,5 kilometra. Przekraczamy barierę dźwięku. Szum opływającego statek powietrza cichnie. Wzrastające przeciążenie coraz mocniej wciska w fotel i utrudnia oddychanie, łapię powietrze haustami. Napinam mocniej mięśnie brzucha. Maskotki pod działaniem przeciążenia wyprostowały swoje smycze i podrygują w takt wibracji i gwałtownych szarpnięć, które stają się niepokojące. Obawiam się, czy aby nie odrywa się jeden z bocznych stopni. Przeciążenie ok. 5 g. Na piersiach i krtani czuję potworny nacisk. Wszystko wokół wibruje, głos też. Nie mogę odczytać wskazań. Chyba jest źle. O Boże!!! 118. sekunda lotu – słyszę suchy trzask. Znika przeciążenie, gwałtownie rzuca nas do przodu, pasy mocujące wpijają się w ciało. Koniec jazdy – myślę. Szkoda. Patrzę na planszet – sygnalizator AWARIA nie zaświecił się. Klimuk spokojnie melduje o oddzieleniu I stopnia. Nie wierzę. Cisza. Jednak plecami czuję, jak bardzo powoli niewidzialna siła ponownie wciska mnie w fotel, a przez plecy przepływają wibracje – teraz nieduże, ale o znacznej częstotliwości. A więc wszystko w porządku. Spoglądam na Klimuka. Uśmiecha się. Gestem pokazuje: OK! i melduje o stabilnej pracy silników II stopnia. Z pamięci przywołuję dane: wysokość 46 kilometrów – przebyty dystans 44 kilometry, prędkość 1700 metrów na sekundę.
Obserwujący z kosmodromu nasz lot w tym momencie widzieli wysoko w błękicie nieba

świetlny krzyż,

rozchodzące się na boki bloki pierwszego stopnia. Technicy i inżynierowie odpowiedzialni za pierwszy stopień już wznosili toast piołunówką (spirytus techniczny z piołunem stepowym). Obsługa wyrzutni, wykonawszy swoje zadanie, już od dwóch minut delektuje się jej smakiem. Biedacy, myślę o obsłudze trzeciego stopnia, muszą czekać na swój czas, jeszcze prawie siedem minut. Prawdziwa „tortura”.
Śledzę sekundomierz. Zbliża się 157. sekunda. Nagle słychać głuchy, ale potężny ryk. To znak, że pozbyliśmy się niepotrzebnej już rakietowej wieży ratowniczej. Cztery sekundy później słychać wybuchy, wstrząs i jakby zgrzyt rozdzieranej blachy. W takiej to scenerii odeszła 3,5-tonowa osłona balistyczna, która chroniła nasz delikatny statek przed naporem dynamicznym. Wnętrze rozjaśnia się, słońce pada na tablicę przyrządów. Rzucam przez radio: „Wpadł zajączek słońca”, Klimuk potwierdza oficjalnie: „Jest zrzut osłony, iluminator odsłonięty”. To już 84 kilometry, tak wysoko jeszcze nie byłem. Usiłuję podnieść głowę, by już teraz zerknąć na Ziemię. Daremnie, przeciążenie skutecznie „przymurowało” głowę do fotela. Widzę tylko czarny Kosmos, bowiem wskutek zakrzywienia trajektorii lotu do horyzontu znajdowaliśmy się w nietypowej pozycji – nogi mieliśmy w górze, natomiast głowę w dole, zwróconą w kierunku Ziemi.
Lot jest stabilny Przeciążenie niewielkie – ok. 2,5 g, ale systematycznie narasta, nareszcie komfort. Samopoczucie mamy dobre. Okresowo składamy obowiązkowe meldunki – głównie po to, by wypełnić nam czas. Czasami żartujemy. Klimuk zdecydowanie gasi mój optymizm. Zajączek słońca pozostaje na poprzednim miejscu, czyli lot jest stabilny „Jeszcze wiele może się zdarzyć. Bądź czujny” – ostrzega Klimuk. Zapewne ma na myśli 288 sekundę lotu, czyli moment oddzielenia się drugiego stopnia naszej rakiety.
W 1975 roku kosmonauci Łazariew i Makarow w statku kosmicznym Sojuz-18A kontynuowali wznoszenie podobnie jak my… Drugi stopień oddzielił się. Lecz trzeci stopień nie podjął pracy. Statek z prędkością ponad dwudziestu pięciu tysięcy kilometrów na godzinę skierował się ku Ziemi. Kapsuła przeszła na tor lotu balistyczny, bardzo stromy. Telemetria przekazała informację, że obydwaj zginęli. Zanotowano przeciążenie ponad 21 g. Tymczasem oni przeżyli. Oj, mieli co opowiadać. Łazariew zyskał żartobliwe miano kosmonauty, który

latał rakietą do domu.

Pochodził bowiem z Kraju Ałtajskiego, gdzie wylądował po 20 minutach od startu z Bajkonuru. Przyczynę awarii wkrótce ustalono – to niedopuszczalna obecność „baby” – jednej z pracownic centrum z Gwiezdnego Miasteczka – na wyrzutni. Inżynierowie kosmiczni to naród zabobonny, kosmonauci zresztą też.
Suchy trzask, wahnięcie, spadek przeciążenia, zawisanie na pasach oznajmiają o odłączeniu się drugiego stopnia, który wyniósł nas na wysokość 167 kilometrów, obdarzył prędkością 3700 m/s i oddalił od kosmodromu o 440 kilometrów. Klimuk melduje na Ziemię, która nie odpowiada. Mamy kłopoty z łącznością. „To normalne na trzecim stopniu” – objaśnia Klimuk. Czuję wielką ulgę. Silników prawie nie słychać, odczuwam delikatną wibrację, nieznaczne kołysanie rakiety w kanale pochylenia i wyraźnie mocniejszy przyrost przeciążenia niż na drugim stopniu. Jazda trwa.
Rakieta wyniesie nas jeszcze o 35 kilometrów wyżej i rozpędzi statek do prędkości 7800 metrów na sekundę. Uczyni to na dystansie aż 1200 kilometrów w czasie czterech minut.
Mija ósma minuta lotu. Pokazuję Klimukowi grafik wznoszenia i dodaję: „Przechodzimy ťżółtą strefꍔ. Macha ręką i uśmiecha się – „Powiedz lepiej, kiedy będzie strefa Tahiti. W razie czego zabawimy tam trochę”. Rakieta lekko się kołysze. Mimo że lot jest stabilny, czuję zmęczenie tą szaleńczą jazdą. Przyspieszenie ciągle wzrasta. Oceniam, że osiągnęliśmy czwórkę (4 g). Znów dławi w krtani. Zdaje mi się, że lecimy w czerń Kosmosu już na zawsze. Na moją uwagę, że zaraz osiągniemy orbitę, Piotr replikuje: „Ty się nie ciesz. Jeszcze przyciśnie, bądź przygotowany”. „To będzie później, póki co trzeba się cieszyć tym, co mamy na pokładzie” – odparowuję. Odliczam ostatnie sekundy Niespodziewany trzask odpalonych pironabojów, uderzenie w plecy i gwałtowny zanik przeciążenia – statek uwolniony od rakiety wiruje. Pojawia się uczucie spadania w otchłań, ciemność, gaśnie oświetlenie, rusza zegar pokładowy – wszystko to dzieje się jednocześnie i na moment paraliżuje mnie. Wstrzymuję oddech. Tablica informacyjna rozbłyska kolorami sygnalizatorów Przeraźliwy jęk syreny alarmowej pobudza mnie do działania. Wyłączam to piekielne urządzenie. Piotr domaga się usprawnienia łączności UKF. Włączam radiostację i anteny Piotr informuje „Zorzę” – CUP, czyli Centrum Kierowania Lotami pod Moskwą – o oddzieleniu statku, o tłumieniu prędkości kątowych, o ustabilizowaniu statku. Jest godzina 18:35’5″.
Doznaję niezwykłego i dziwnego uczucia lekkości. Czuję i widzę zawieszenie w przestrzeni. Na tle czerni Kosmosu, która budzi respekt, obserwuję błękitną Ziemię. Doznaję uczucia, że znajduję się w środku gigantycznej bańki mydlanej. Moja pozycja w fotelu w statku przypomina położenie embriona w łonie matki. Nagle przychodzi mi do głowy to porównanie. Jestem embrionem – jestem dzieckiem Matki Ziemi. Czuję jej bliskość i opiekuńczość. Jestem spokojny i jest mi dobrze.
Z zadumy wytrąca mnie głos Klimuka: „Mirosław. Odczytaj parametry”. Włączam telewizyjny monitor kontrolny i odczytuję, podając bezpośrednio na Ziemię: „SIO (silniki orientacji i dokowania) – zasadnicza 235/15 atm., rezerwowa – 281/110; SKDU (silnik korekcyjny) – zasadnicza 260/4,5, rezerwowa – 280/4,5; ciśnienie w SA (w kapsule) – 820, w BO (przedział mieszkalny) – 800”. Kątem oka dostrzegam, jak maskotki w łowickich strojach przepływają obok mojej twarzy, i tuż obok

pojawia się metalowy wiórek.

Łapię go i skrzętnie chowam do kieszeni skafandra. Był dla mnie w tych warunkach NIEZNANEGO czymś ogromnie ludzkim, swojskim, zwyczajnym, ustanawiającym racjonalne ramy dla mojego postrzegania rzeczywistości. Po powrocie na Ziemię opowiedziałem jako ciekawostkę historię o metalowym wiórku generalnemu konstruktorowi. Jemu nie było do śmiechu, sprawę potraktował całkiem serio. Zażądał wydania opiłka. Zrozumiałem, że ktoś może mieć kłopoty Na wszelki wypadek skłamałem, że „sprawca” zaginął, chociaż zdawałem sobie sprawę, że taka rzecz na orbicie nie była czymś zwyczajnym i mogła być powodem poważnych kłopotów. Piotr mocuje się z pokrywą kontenera. Wyjmuje w końcu przyrząd nawigacyjny. Przez radio przyjmuje dla nas gratulacje. Dokumentacja wymyka mu się z rąk i płynie szybko w kierunku wentylatora, płynąc, wiruje i jakoś dziwnie poszczególne strony rozchodzą się promieniście jak ogromny jeż. Dociera do wentylatora, odbija się i zasłania lewy iluminator Piotra. Piotr bezskutecznie usiłuje ją złapać. Odpina się z pasów wiążących i… odpływa w przeciwną stronę. Próbuje chwycić się czegokolwiek – bezskutecznie. Łapię go za nogę i ściągam do miski fotela. Piotr chwyta pasy, nieruchomieje, ciężko oddycha, a zguba sama pojawia się przed jego twarzą. Słyszymy przytłumione szczękanie zegara pokładowego. Wraca rzeczywistość. Doznaję wrażenia, że statek zaczyna powoli przechylać się do tyłu. Jestem przekonany, że zajmujemy pozycję, w której głowa jest coraz bardziej odchylona do tyłu. Puls mam miarowy. Każde uderzenie serca to wrażenie potęguje. Serce czuję w skroniach i oczach, jakby ono przemieściło się do głowy, bo tu czuję coraz silniejsze pulsowanie i wzrastający ucisk, który staje się dokuczliwy. Po kilku minutach wydaje mi się, że jestem jedną wielką głową, która wypełnia całą kabinę. Nie czuję rąk, korpusu ani nóg. Jestem jakby sam i do tego zawieszony w przestrzeni w pozycji nietoperza. Samopoczucie mam nieco dziwne. Pomny przestróg kolegów, poruszam głową ostrożnie i płynnie, by nie drażnić błędnika. Kontroluję samopoczucie, spodziewam się nudności, a może i torsji. Boję się tego stanu, lecz niebezpieczeństwo jeszcze się nie pojawiło. Kiedy będzie niedobrze? Już czy dopiero za godzinę? A może przejdę okres adaptacji niezauważalnie, tak jak opowiadał mi Walery Bykowski. Na razie jest dobrze, ale bądź ostrożny – mówię sam do siebie. Jakaś siła kieruje mój wzrok w prawo. Spoglądam przez iluminator i nie mogę zrozumieć – nie jestem obrócony głową w dół, a mimo to znajduję się jakby z boku naszej planety. Lekko z tyłu za prawym ramieniem spostrzegam krzywiznę Ziemi w amarantowo-błękitnej poświacie, a pod nią rozpalone Słońce, które wyraźnie zmierza ku horyzontowi. Pod nami na Ziemi panuje już noc, a my – oślepieni światłem – płynąc, wirujemy majestatycznie, chyba wokół trzech osi jednocześnie. Jestem w jakimś fantastycznym, jakby nierealnym świecie. Czy to aby nie kolejny sen? – pytam sam siebie. Wtem odzywa się Piotr:

„No, Mirosław, jesteś już kosmonautą”.

Ściska mi po przyjacielsku rękę i dodaje: „Zasłoń iluminator, jeszcze zdążysz się napatrzeć”. Zerkam jeszcze raz w prawo. Słońce chowa się za obrysem Ziemi, rozlewając szerokim łukiem gasnącą czerwień. I oto pochłania nas bezkresna ciemność. Zapalam wewnętrzne oświetlenie. Zegar pokładowy, szczękając, odmierza sekundy. Jest godzina 18:35. Ziemia wywołuje nas, pyta o samopoczucie i podaje dane do ewentualnego lądowania awaryjnego. Od paru minut trzymam w ręku instrukcję „Sytuacje awaryjne”, otwartą na stronie „Lądowanie awaryjne”. Notuję dane i powtarzam podane wartości. Klimuk prowadzi korespondencję. Ziemia przesyła kolejne gratulacje, ale w pół słowa łączność zanika. W słuchawkach pojawia się jednostajny szum – skryliśmy się za horyzontem. Wyłączam odbiornik i zapisuję czas: 18.39.
Sięgam do schowka po celownik gwiazdowy i montuję go na obudowie iluminatora. Urządzenie to jest adaptacją prostego lotniczego celownika kolimotorowego. Głęboko w przestrzeni obserwuję rzucaną przezeń żółtą siatkę świetlną. Chwytam podaną mi przez Piotra okrągłą mapkę z fragmentem nieba gwiezdnego, który powinienem ujrzeć w iluminatorze. Próbuję odnaleźć gwiazdozbiór Perseusza. Jedna z jego gwiazd określa położenie bieguna orbity naszego statku. Ten parametr jest ostatnią deską ratunku w przypadku uszkodzenia innych urządzeń orientacji i konieczności natychmiastowego opuszczenia orbity. Widzę gwiazdy, dużo gwiazd. Nie potrafię zlokalizować żadnego z gwiazdozbiorów, poznałem je świetnie w planetarium. Zaczynam się niepokoić – na treningach rozpoznawałem je przecież bezbłędnie. Spoglądam pod statek i spostrzegam Kasjopeję, do Perseusza już blisko. Zaczynam rozpoznawać kolejne gwiazdozbiory, lecz wiedziony ciekawością kieruję wzrok powtórnie powyżej – na tę część nieba, której nie rozpoznawałem. I dopiero wtedy doznaję olśnienia – ależ to nie gwiazdozbiory, a rozświetlone miasta Japonii. Dzielę się tą wiadomością z Klimukiem, na co on spokojnie: „Niejedno jeszcze cię zadziwi” odpowiada i dodaje: „Chyba dobrze wyszliśmy na orbitę. Obiekt jest hermetyczny”. W końcu namierzam Perseusza i zapisuję odpowiednie dane balistyczne. Otwieramy przezroczyste przyłbice hełmofonów Do wnętrza wdziera się głośne, miarowe szczękanie zegara pokładowego, w którym zawsze podziwiałem jego niepotrzebną mechaniczną złożoność. Rękawice na wszelki wypadek pozostawiamy zapięte.
W naszym mieszkaniu w Gwiezdnym Miasteczku napięcie było nie mniejsze niż w kabinie Sojuza. Emilia [żona Mirosława Hermaszewskiego – przyp. red.] i Lila Klimuk od dwóch tygodni spędzały większość czasu razem. Wieczorami starały się być jak najbliżej telefonu. Dzwonek budził nadzieję na kontakt z Bajkonurem. Rozmowy nie były szczere: „W porządku”, „Już niedługo”, „Jak dzieciaki, czy są zdrowe?”. Po głosie domyślałem się, że Emilii jest bardzo ciężko, chociaż zapewniała, że czuje się świetnie. Z chwilą naszego wylotu na kosmodrom wyraźnie zmienił się status Emilii. Ludzie stali się jeszcze bardziej uprzejmi, życzliwi, zagadywali, ofiarowali pomoc. Największą podporą była Lila, która miała za sobą doświadczenie żony kosmonauty. Starała się uspokajać Emilię, choć nie potrafiła ukryć własnych emocji. Często Emilię odwiedzała żona Leonowa Swietłana i sąsiedzi z dwunastego piętra Lida i Tola Bieriezawoj.
27 czerwca po południu Emilia i Lila, wpatrzone w ekran telewizora, oczekiwały z dziećmi w milczeniu na bezpośrednią transmisję z Bajkonuru. Synek i Misza też byli skupieni, córeczka wyczuwała powagę chwili, bo zadawała pytania szeptem.

„Start był przerażająco piękny –

powiedziała mi później małżonka – ręce miałam zaciśnięte do bólu”. Zanim osiągnęliśmy orbitę, rozdzwoniły się telefony, wkrótce do drzwi pukali pierwsi goście i pracownicy poczty z telegramami. Lila pospiesznie poszła do swojego mieszkania, bo już było słychać gwar gości podążających na pierwsze piętro. Emilia nie była w stanie zająć się przybyłymi, telefon dzwonił bez przerwy, wyręczyły ją przybyłe panie. Odwiedzający byli życzliwi i rozentuzjazmowani, wnieśli ze sobą nie tylko radość, ale i wyroby własnej kuchni, prezenty i inne „zaopatrzenie”. Ci, którzy złożyli gratulacje, przenosili się do Lili, niektórzy krążyli pomiędzy obydwoma mieszkaniami. Inni pod pretekstem przekazania nowych wiadomości z orbity wracali kilkakrotnie. Wznoszono toasty, śpiewano, było radośnie i podniośle. Dodzwonił się Leonow. Dokładnie zrelacjonował ostatnie minuty z orbity, porozmawiał też z moimi dziećmi. Przybywali kosmonauci z żonami, wykładowcy, inżynierowie, lekarze, nieznani pracownicy Centrum i kandydaci z nowej międzynarodowej grupy Interkosmos. Małżonka wcześniej przygotowała album, w którym odwiedzający nasz dom opisywali swoje wrażenia, życzenia, zostawili miłe słowa, a czasem dowcipne rysunki. Wołodia Dżanibiekow, który parę miesięcy wcześniej powrócił z inspekcji stacji Salut, napisał: „Nie ma granicy Wszechświata, nie ma też granic dla marzeń. Gratuluję wyjścia na orbitę. Życzę Tobie i Twojej wspaniałej rodzinie szczęścia i spełnienia kolejnych marzeń”.
Wizyty w domach kosmonautów stały się tradycją. Zwykle mają one trzy etapy. Pierwszy w dniu startu, drugi po pomyślnym połączeniu ze stacją orbitalną i trzeci po powrocie na Ziemię.
Następnego dnia od rana Emilię odwiedzali spóźnialscy, a wieczorem po ogłoszeniu komunikatu o dokowaniu u drzwi mieszkania zebrała się rozentuzjazmowana grupka i znów do późnych godzin świętowano. W albumie pojawiły się nowe wpisy „Mirek, dziś obserwowałem w UKP (ćwiczebny punkt dowodzenia) i słuchałem, jak Wy pracowaliście podczas „Stykowki”. Robiliście to wspaniale. Myślami byłem z Wami, ale nie potrafię zaprzeczyć, zazdrościłem Wam. Czekamy na Was w Gwiezdnym. Wracajcie w dobrym zdrowiu. Anatoli (Bieriezowoj)”. (…)

„Zegary wskazywały dokładnie godzinę 16:27’21” czasu moskiewskiego 27 czerwca 1978 roku. Ruszyliśmy w nieznane z największą przygodę życia”, pisze gen. Mirosław Hermaszewski, pierwszy i w dotychczasowej historii jedyny Polak w kosmosie. Misję statku Sojuz 30, który wystartował z kosmodromu Bajkonur, poprzedziła drobiazgowa selekcja kandydatów spośród grona kilkuset polskich pilotów, a następnie wielomiesięczne przygotowania do lotu w ramach międzynarodowego programu Interkosmos. Partnerem Mirosława Hermaszewskiego był doświadczony pilot kosmonauta Piotr Klimuk, który w kosmos poleciał po raz trzeci. Po dwóch dniach Sojuz dołączył do stacji orbitalnej Salut 6, gdzie kosmonauci prowadzili przewidziany misją program badawczy. Lądowanie załogi Sojuza odbyło się 5 lipca 1978 r. o godz. 16.30 na terenie Kazachstanu. Wspomnienia z lotu, a także wydarzeń, które do niego doprowadziły, zilustrowane wieloma często nieznanymi fotografiami, znalazły się w książce Mirosława Hermaszewskiego „Ciężar nieważkości. Opowieść pilota-kosmonauty”, opublikowanej nakładem wydawnictwa Universitas.

Wydanie: 32/2009

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy