Uzasadniona utrata poparcia dla lewicy

Zapiski polityczne

Wyniki wyborów, jeszcze nie do końca – w chwili gdy to piszę – znane ostatecznie, pozwalają jednak na kilka niezbyt wesołych refleksji. Lewicowa koalicja – mimo ogólnej wygranej ilościowo – nie może bez szukania jeszcze dodatkowych sojuszników podjąć się rządzenia w tych 13 województwach, gdzie niby to zwyciężyła. Najgorzej wygląda to w samej stolicy, w której, jak np. w mojej dzielnicy Wawer lewicowa koalicja zdobyła jeden mandat. Unia Pracy, będąca ciągle partią na dorobku odrabiająca dość powoli Bugajowe błędy polegające na zdecydowanym dzieleniu ludzi lewicy na lepszych, tych co byli w „Solidarności”, i na tych gorszych rodem z PZPR, nie mogła się zbyt wiele spodziewać. Natomiast drugi koalicjant, czyli PSL – też po prawdzie z rodu komuszego – jest partnerem niepewnym, szukającym nerwowo oparcia przeciw narastającej konkurencji Samoobrony, co sprawia, że ta chłopska partia jest tak bardzo chwiejna, iż trudno przewidywać, jak się zachowa i z kim szuka naprawdę sojuszu.
Rzeczywista porażka SLD-UP ubrana w pozory wielkiego sukcesu bierze się – jak sądzę ja sam, dosyć być może w moich poglądach osamotniony – z rozczarowania wywołanego kilkoma poważnymi błędami w działaniu. Wygraliśmy wybory parlamentarne za sprawą nadziei społeczeństwa na szybką poprawę losu tych najbiedniejszych, najbardziej poszkodowanych przez liberalne zasady transformacji ustrojowej. Znaczna część naszego elektoratu doznała wielkiego zawodu, gdy zaczęliśmy rządzić, ponieważ w poszukiwaniu dochodów mających załatać posolidarnościowo-unijną gigantyczną dziurę budżetową – co samo w sobie zasługiwało na pochwałę – sięgnęliśmy nieopatrznie do kieszeni ludzi i tak już mocno ograbionych. Te wszystkie cięcia uprawnień do zniżek kolejowych młodzieży oraz inwalidów i niepełnosprawnych, różne dodatkowe podatki rozdmuchane przez opozycję do gigantycznych rozmiarów i jeszcze wiele innych podobnych pociągnięć, jak np. ostatnio pomysł z likwidacją dopłat do barów mlecznych, złożyły się na ogólnonarodowe rozczarowanie. Niemałą rolę odegrała także łapczywość na stanowiska wielu ludzi z SLD, okazywana nawet wobec koalicjantów z Unii Pracy, spychanych gdzie się tylko dało na boczne tory albo w ogóle poza główną drogę. Do tego dochodzi jeszcze nagminne powoływanie „swoich” zamiast prawdziwych fachowców, których przecież nie brakuje. To ostatnie skrzywienie jest zresztą zjawiskiem ponadpartyjnym. Wszystkie siły polityczne dochodzące w ciągu ostatnich kilkunastu lat do władzy dopuszczały się tej samej przewiny, wysuwały na czoło władzy nie ludzi rzeczywiście przygotowanych do jej sprawowania, lecz zawsze i wszędzie „samych swoich”. Skutki były zawsze opłakane. Tak to widziała większość społeczeństwa.
Walcząc z tzw. komuną, krzyczeliśmy głośno, że trzeba usunąć z życia publicznego prymat partyjności. Jednak gdy tylko po roku 1989 zaczęliśmy kształtować we wszystkich dziedzinach nowe układy personalne, pobiliśmy komunę na głowę w tym wysuwaniu „samych swoich”, zupełnie nie oglądając się na ich kwalifikacje zawodowe i co gorsza moralne. Wypromowaliśmy nie tylko wielu głupców, ale i pospolitych drani – co w sumie sprawiło, że ogół społeczeństwa ponownie utracił zaufanie do wszelkiej władzy i tak zaczęła się kariera demagogicznych oskarżycieli każdej kolejnej rządzącej ekipy.
Domniemani rzecznicy ludu, jego interesów i praw, żywili się politycznie przede wszystkim miotaniem obelg i fałszywych oskarżeń przeciwko kolejnym ekipom rządzącym i przeciw samej transformacji ustrojowej, która spychała coraz szersze kręgi społeczeństwa na dno biedy i rozpaczy. Zrodziło się wtedy hasło głoszące, że „Nie o taką Polskę walczyliśmy”. I to była czysta prawda. Totalitarny ustrój, zwany bezpodstawnie lewicowym – gdyż posługiwał się lewicową frazeologią polityczną, ale z ideałami prawdziwej lewicy miał mało wspólnego – zaczął się milionom ludzi pozbawionych pracy i bezpieczeństwa socjalnego wydawać rajem w porównaniu z piekłem bytowania, jakie stworzyły zastosowane w karykaturalnej praktyce zasady ekonomii liberalnej.
Doszła do tego wspomniana już niedawno w tym miejscu depolonizacja gospodarki narodowej i takie oczywiste zbrodnie polityczne jak masowe wyrzucanie ludzi pozbawionych przez transformację wszelkich dochodów na bruk, jakże często z chorymi starcami i z małymi dziećmi.
Koalicja lewicowa, której – przyznaję się – jestem współtwórcą, nie potrafiła szybko i zdecydowanie dokonać choćby częściowej zmiany losów milionów ludzi, którzy tego po nas z tęsknotą oczekiwali. Nie pomogliśmy im i teraz płacimy za to nie tylko spadkiem poparcia, ale także – co jest być może gorsze – otwarciem szerokiej bramy dla wszelkiego rodzaju szarlatanów politycznych, którzy, jak np. Samoobrona, nie mają żadnego konkretnego pomysłu na odrodzenie polskiej gospodarki, a zdobywają poklask – coraz to powszechniejszy – za pomocą różnych surrealistycznych bredni, obelg i obietnic sprowadzenia do domów ludzi poniżonych i skrzywdzonych łatwego szczęścia i dobrobytu. Inny rodzaj matactwa politycznego uprawiają liderzy Prawa i Sprawiedliwości, lansując hasła jawnie neototalitarne jak to wzywanie do przywrócenia kary śmierci czy surowych wyroków na przestępców, co jest łatwe w kraju, gdzie blisko 80% otumanionych nienawiścią ludzi wierzy w konieczność zemsty, czyli powrotu do kary śmierci. Przy tych nastrojach, jakie panują, gdyby ta kara była na wzór średniowieczny wykonywana publicznie, gromadziłaby przy egzekucjach tłumy rządnych krwi widzów.
Katalog grzechów rządzącej Polską koalicji lewicowej jest o wiele dłuższy niż to, co napisałem. Będę do tego wracał.

8 listopada 2002 r.

 

Wydanie: 46/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy