V Rzeczpospolita (garść uwag i przemyśleń)

W PRZEGLĄDZIE nr 30/2017 z dn. 24-30.07.2017 Redaktor Naczelny Jerzy Domański w swoim cotygodniowym felietonie (pt. „Politycy specjalnej troski”) wyraził dobitnie po raz kolejny, co można myśleć o rządzącym Polską od ponad dekady (formalnie, a w sferze tzw. rządu dusz od ponad dwóch dekad) POPiS-ie i politykach tego konglomeratu konserwatyzmu, klerykalizmu, neoliberalizmu, polskiego zaścianka mentalnego i nadwiślańskiej wsobności. Równolegle z taką, coraz częściej przebijającą się, racjonalną i logiczną oceną polskiej sytuacji A.D. 2017, spod pancerza postsolidarnościowej papki intelektualno-mitologicznej narracji rozbrzmiewa idea zakreślona symbolem V RP, propagowana m.in. przez „Porozumienie dla V RP”. Zaangażowało się aktualnie w nią wielu publicystów, dziennikarzy, polityków (najczęściej progresywnej – liberalnej w formie klasycznej i lewicowej – proweniencji): Anna Grodzka, Adam Cioch, Monika Płatek, Przemysław Wielgosz, Marcin Bogusławski, Jacek Żakowski. Admiratorami tej idei – jak śledzi się media niemainstreamowe – wydają się być też Kuba Wątły, Roman Kurkiewicz, Michał Syska czy Bojan Stojanowski. Odbieram felieton Jerzego Domańskiego jako głos w dyskusji nad zupełnie nowym rozdaniem politycznym oraz wykorzystaniem potencjału obywatelskiego protestu (choć muszę przyznać, że jest to potencjał chybotliwy, z racji swego emocjonalnego, afektywnego i okazjonalno-przygodnego fundamentu) do budowy Polski według nowoczesnych, cywilizowanych wzorów i pomysłów. Bez irracjonalnego zapatrzenia w przeszłość bliższą i dalszą, bez odwołań do mitologii, legend czy symboliki klęski oraz kultu Polski jako wiecznej ofiary. Bez zalatującego mocno naftaliną klerykalizmu, megalomanii i ukrytych w szafach nadwiślańskiej świadomości fantazmatów. Na miarę wyzwań XXI wieku i członkostwa w Unii Europejskiej.

Zadrwiono sobie z nich ogłaszając, że
są wolni: wolni bo wolno im zdychać z głodu,
czego sobie nie odmawiają. Człowiek nie
naje się tym, że ma prawo wybrać posła, który
potem opływa we wszystko i tyle się troszczy
o wyborców co o zeszłoroczny śnieg.
Emil Zola

V RP – traktowana jako symbol i istota tych zmian – winna mieć inny ustrój niż mijające wraz z POPiS-em: III, IV czy aktualna, „IV i pół”, Rzeczpospolita. Doświadczenia 28 lat suwerennej Polski dają w tym względzie wiele do myślenia i wyciągnięcia konkretnych wniosków. Oto ich garść:

1/ Urząd Prezydenta RP: w obecnej formie jest to zbędne i kosztowne przedsięwzięcie (rozbudowanie kancelarii prezydenckiej; nierozstrzygnięte niektóre procedury na linii rząd – prezydent, co było w przeszłości przyczyną wielu tarć i skandali, nawet na międzynarodowej arenie). Prezydenta winno wybierać zgromadzenie narodowe, a jego prerogatywy ograniczyć winno się do funkcji czysto reprezentacyjnych (coś na kształt roli, jaką pełni prezydent Niemiec czy brytyjska królowa), przyjmowania listów uwierzytelniających od ambasadorów, wręczania delegacji kandydatowi na premiera (szefowi zwycięskiego w wyborach ugrupowania), wręczania nominacji profesorskich etc. Zaś kancelaria skumulowana zostaje wtedy do ok. 100 (góra) osób obsługi i doradców.

2/ Senat RP: instytucja do likwidacji w obecnym kształcie. Wielokrotnie postulowano, z różnych stron (m.in. Aleksander Małachowski był tego rozwiązania gorącym zwolennikiem), aby zamiast Senatu w obecnej formie funkcjonowała Izba Samorządowa kształtowana po wyborach samorządowych. Na pewno wzmocniłaby taka propozycja polską samorządność, aktywność obywateli i decentralizację kraju.

3/ Kolejną instytucją, absolutnie utożsamianą z POPiS-em (za nią głosowali ramię w ramię zarówno posłowie Platformy, jak i partii Jarosława Kaczyńskiego), winną podlegać rozwiązaniu jest Instytut Pamięci Narodowej. Nad oczywistymi oszczędnościami budżetowymi nie ma co dyskutować, tak jak nad osadzeniem tej instytucji w porządku prawno-administracyjnym współczesnego państwa polskiego. Jest ona bowiem w czasach rządów PiS-u – choć te ciągoty przejawiane były od samego początku istnienia IPN-u – czymś na kształt Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa w III Rzeszy, wystawiającego „certyfikaty na prawdę, życie bądź śmierć” wedle partyjnego zapotrzebowania. Pion prokuratorski – do wymiaru sprawiedliwości, historycy – na uczelnie, archiwalia zgromadzone w IPN-ie – do odpowiednich zbiorów archiwalnych RP.

4/ Zmiany konstytucyjno-ustrojowe i polityczno-organizacyjne to także:
– absolutny nakaz formowania i kierowania rządem RP przez szefa partii politycznej, która wygrała wybory. Mamy po raz trzeci w dziejach III RP sytuację, gdy polityk i zwykły poseł (szef zwycięskiego ugrupowania) kieruje z „tylnego siedzenia” pracami rządu nie ponosząc za to jakiejkolwiek politycznej i konstytucyjnej odpowiedzialności (raz Marian Krzaklewski sterujący rządem Jerzego Buzka, dwa razy Jarosław Kaczyński – w latach 2005-06 kierujący rządem Kazimierza Marcinkiewicza i obecnie rządem Beaty Szydło);

– prawnie uniemożliwić posłom zajmowanie stanowisk ministerialnych (w jakiejkolwiek formie). Kłóci się to bowiem jawnie z rozdziałem władzy ustawodawczej i wykonawczej. Poseł uzyskujący mandat wyborczy, a potem „dobrany” przez premiera do rządu, obligatoryjnie w takim systemie traci mandat, a jego miejsce zajmuje kolejna osoba na liście danej partii politycznej (w wyborach). Apanaże i splendor pracy w rządzie „dla kraju” muszą równoważyć ryzyko takiego nominata, bo gdy traci on posadę rządową wraca do poprzedniej, wykonywanej poza polityką profesji. Karykaturą demokratycznego i pluralistycznego porządku państwa prawa w tej materii jest liczba funkcji „na koncie” Zbigniewa Ziobry w chwili obecnej (oprócz tego, iż jest ministrem sprawiedliwości);

– oczywisty jest rozdział stanowiska prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. Prokurator generalny w takim systemie uczestniczy w pracach rządu, ale na zasadzie obserwatora i doradcy, nie podlegając premierowi. Aby skrócić naciski i zależności polityczne proponować należy 7- lub 9-letnią kadencję prokuratora generalnego;

– oczywiście wszelkie zakusy i niecywilizowane pseudorozwiązania w wymiarze sprawiedliwości autorstwa PiS-u muszą być absolutnie unieważnione;

– w dziedzinie spraw wewnętrznych (najszerzej pojętych) Centralne Biuro Antykorupcyjne winno być ograniczone do wąskiego instytutu (bez możliwości operacyjno-rozpoznawczych) studyjno-logistycznego przy ministrze spraw wewnętrznych (albo przy premierze). Te same zagadnienia interesują Centralne Biuro Śledcze i Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Dublowanie się merytoryczne specsłużb nie jest celowym i korzystnym rozwiązaniem (zazwyczaj), prowadzi do animozji, rywalizacji (niezdrowej i groźnej w przestrzeni życia publicznego), często do wpadek i kompromitacji organów państwa;

– zupełnym nieporozumieniem jest, iż w Polsce istnieje ponad 10 formacji zmilitaryzowanych mających prawną dostępność do stosowania technik operacyjnych. Ta niesłychanie wrażliwa sfera działań specsłużb i policji przy takim jej rozroście jest siłą rzeczy nadużywana, a na pewno – nie jest wystarczająco kontrolowana. Kontrolowana przez organ niezależny od służb i… polityków. To łatwy i nęcący łup dla polityków marzących o manipulacjach i wykorzystywaniu tych prerogatyw w walce z konkurencją polityczną. Nadzór niezależnego sądownictwa nad tą dziedziną praktyki policyjnej i służb specjalnych winien być niezwykle drobiazgowy i rzetelny. M.in. dlatego tak ważna jest jakość i niezależność wymiaru sprawiedliwości;

– i na koniec – likwidacja skandalu, jaki ciągnie się przynajmniej od 1,5-2 dekad w polskiej przestrzeni publicznego życia: tzw. areszty wydobywcze. To jest po prostu hańba, potwarz dla „państwa prawa”. Areszt tymczasowy winien być orzekany dwa-trzy razy po trzy miesiące. W tym czasie prokuratura powinna uporać się bezwzględnie z przygotowaniem materiału dowodowego i skierować go do sądu odpowiedniej instancji. W naprawdę wyjątkowych sytuacjach możliwe byłoby przedłużenie aresztu tymczasowego po raz czwarty (ale o tym musiałby już zadecydować Sąd Najwyższy). Niedopuszczalną sytuacją jest bowiem trzymanie podsądnych latami w aresztach, bez zarzutów i przy zmienności kwalifikowania zarzucanych im czynów (sprawy Dochnala z przeszłości czy Piskorskiego obecnie są tego jawnymi przykładami). Najsmutniejszym jest fakt, iż aktualnie o tej skandalicznej praktyce polskiego wymiaru sprawiedliwości nikt nawet nie wspomina.

Zapis w Konstytucji o rozdziale Kościoła (i innych związków wyznaniowych) od państwa jest, jak wszyscy widzimy, fikcją. Dzieje się tak w wielu sferach życia, ale szczególnie wrażliwą jest sfera edukacji i umocowania w systemie oświaty nauczania religii, prowadzonego przez świeckich i duchownych funkcjonariuszy Kościoła katolickiego. Jest to w zasadzie katechizacja (na ten temat obszernie wypowiadali się profesorowie Bartoś i Obirek), niekompatybilna w swym wymiarze i esencji (z racji historii, tradycji oraz mentalności polskiego kleru) z wyzwaniami dzisiejszej epoki oraz potrzebami kształcenia dzieci i młodzieży. Ten aspekt także należy – choć jest to „długi marsz”, przewidywany na lata i dekady (bo w takich perspektywach osiąga się w tej dziedzinie pożądane efekty) – brać pod uwagę w kontekście V RP. Bez zmian w edukacji, sposobie jej prowadzenia oraz zmiany relacji na linii państwo – Kościół katolicki niewiele się zmieni.

Na zakończenie warto poruszyć jeszcze jeden aspekt zabezpieczenia państwa polskiego przed nieodpowiedzialnymi „rządami szaleńców”, marzących o demolowaniu organów i porządku prawnego państwa. Chodzi o Konstytucję: należałoby wmontować w system takie kotwice i zabezpieczenia, aby przynajmniej zminimalizować ryzyko sytuacji, z jakimi mamy dziś do czynienia. Otóż jakakolwiek zmiana w tekście Konstytucji wymagałaby referendum (ważnego, gdy weźmie udział co najmniej 50% uprawnionych do głosowania). Potem nad owymi zmianami głosuje Sejm, wedle (lub wbrew) wyników referendum. Jeśli zmiany zostają przegłosowane, następnym ruchem Sejmu jest jego samorozwiązanie, gdyż mamy do czynienia z nową jakością w przestrzeni politycznej, administracyjnej etc. Posłowie polscy, tak przywiązani do posłowania (niczym Mości Panowie Bracia herbowi w I RP), muszą mieć prawno-konstytucyjny miecz Damoklesa nad swoimi emocjami, wizjami i owym „posłowaniem”. Takie rozwiązanie jest zarazem uczciwym, zgodnym z logiką i prawną hierarchią oraz istnieniem państwa jako najwyższego dobra wspólnego, zapisanym w kilku konstytucjach cywilizowanych, demokratycznych krajów Zachodu (do którego tak usilnie staramy się „od zawsze” zapisać).

Oto kilka refleksji i propozycji do idei pod nazwą V RP.

Wydanie:

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy