W cztery oczy z Bushem

W cztery oczy z Bushem

Spojrzenie na sprawy polskie z perspektywy Waszyngtonu mogło podnieść na duchu nawet największych malkontentów. Atmosfera wizyty i sposób, w jaki prezydent George W. Bush i amerykańskie elity polityczne przyjmowały Aleksandra Kwaśniewskiego i polską delegację, jest bezprecedensowy w naszej historii. Nie tylko z powodu szczególnie uroczystej oprawy i wielu osobistych gestów George’a i Laury Bushów pod adresem naszej pary prezydenckiej. Swoją wagę mają przede wszystkim deklaracje i oceny zaprezentowane w czasie wizyty. Padły bowiem słowa, które daleko wychodzą poza protokolarne standardy: „Jeszcze nigdy nie łączyło nas tak wiele”, „stosunki dwustronne są wzorowe”, „partnerstwo, przyjaźń, sojusz wojskowy”. Takie sformułowania mają swoją wagę. Są też wzajemnym zobowiązaniem. Wzajemnym, bo Amerykanie, czego dowodzi historia, zwykli traktować swoich sojuszników poważnie. A Polska doznała już zbyt wielu rozczarowań, by przeżywać kolejne.
Obserwatorowi tej wizyty trudno było się oprzeć refleksji nad drogą, którą trzeba było przejść, by na szczeblu państwowym mogła się zrealizować wielowiekowa fascynacja Polaków krajem za Wielką Wodą, do którego wyjeżdżali za chlebem i po pracę, a który stał się dla wielu milionów naszych rodaków prawdziwą ojczyzną, wymarzonym eldorado. Tę drogę przeszedł też nasz lider. Jest tym, który nadał szybkie tempo w dochodzeniu do tych nowych stosunków międzypaństwowych. Ma on też główny udział w budowaniu ich strategii. Skąd tak silne poczucie wspólnoty między Polakami i Amerykanami? Rację mają chyba ci, którzy podkreślają rolę wolności w historii naszych narodów. Nasze narody mają przecież piękne karty w walce o wolność, obydwa też traktują wolność z ogromną powagą i respektem. Polacy i Amerykanie o wolności nie tylko często mówią, ale są gotowi wiele dla niej poświęcić. Taka postawa bardzo nas łączy i zbliża do siebie. Ma też oczywisty wpływ na temperaturę stosunków polsko-amerykańskich.
Prezydent Kwaśniewski mówiąc o tym, że jesteśmy postrzegani jako najbardziej proamerykański kraj w Europie, zażartował, że tylko w jednym miejscu nie robią nam z tego powodu wyrzutów. Właśnie w USA. Czy będziemy potrafili zdyskontować dobry klimat, jaki mamy dziś w Stanach? Czy pozytywne emocje i wzajemna życzliwość liderów przełożą się na dobre stosunki gospodarcze? Na duże inwestycje, handel, współpracę wojskową i naukową? Czy Polacy częściej i bez wizowych przeszkód będą mogli jeździć do USA? Szanse na to są duże. Deklaracje intencji płyną przecież z Waszyngtonu, miasta, które jest dziś najważniejszym punktem na mapie politycznej świata. Przełom wieku to czas Ameryki. A skoro tak, to czas też na większą obecność Polski w USA. Formuła dojrzałego partnerstwa otwiera przed nami nowe możliwości. W niczym nie zagraża ono jednak naszym innym partnerom i sąsiadom. Kwaśniewski, niekwestionowany lider regionu Europy Wschodniej i Środkowej, obszaru, który, jak sam mówi, od paru lat jest eksporterem stabilizacji, wyjeżdża z Waszyngtonu z poparciem Amerykanów dla nowych inicjatyw regionalnych. W bagażu ma też wnioski z wielu godzin, które spędził na rozmowach w cztery oczy z prezydentem Bushem. Do Polski przywozi dobre wiadomości.
Waszyngton, 19 lipca 2002 r.

Wydanie: 29/2002

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy