W kolejce po życie

W kolejce po życie

William, 22-letni Duńczyk, którego praca w Hummusie zakończyła kilkumiesięczną podróż po Europie, dopowiada: – Nie możemy też ściśle stosować do nich normalnych zasad. Sytuacja, w jakiej żyją, nie jest normalna.

W rządowych planach

W obozowych alejkach kwitnie przedsiębiorczość. Handluje się papierosami, które najtaniej można kupić w Macedonii. Szczęśliwcy, którym towar dostarczył zaprzyjaźniony posiadacz unijnego paszportu, mogą je później korzystnie sprzedać w obozie. Ktoś inny oferuje żywność zakupioną hurtowo w supermarkecie. Dalej rozłożył się fryzjer, który pośród mijających go przechodniów starannie strzyże mężczyzn. W innym miejscu stoisko, na którym przyrządzane są falafele – smażone kotlety z ciecierzycy owinięte syryjskim pieczywem razem z pomidorami, bakłażanami i frytkami. Za 2 euro przedsiębiorczy Syryjczycy sprzedają je pracownikom organizacji, wolontariuszom, dziennikarzom lub innym uchodźcom.

Zgodnie z planami greckiego rządu, z końcem maja ten nieoficjalny obóz ma przestać istnieć, a jego mieszkańcy mają zostać przeniesieni do innych miejsc, kontrolowanych przez służby mundurowe. Uchodźców informuje o tym sporządzony przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych dokument, który policja rozdawała w obozie: „Niezależnie od rządu Grecji granica jest i pozostanie zamknięta. Miejsce, w którym się osiedliliście, nie zaspokaja podstawowych, codziennych potrzeb. Z tego względu zostanie ono zamknięte. Należy przenieść się do obozów prowadzonych przez grecki rząd w szybki i skoordynowany sposób”. Próżno w tym piśmie szukać informacji, dokąd mają się przenieść uchodźcy. Najbliższe obozy, Nea Kavala i Cherso, już dawno są przeludnione.
Wręczane przez policjantów pouczenia przydały się syryjskim dzieciom, które robiły z nich później samolociki, i prowadzącym stoisko z falafelami – do zawijania porcji. Mężczyzna, który jako jednoosobowa cicha pikieta codziennie stoi w najbardziej uczęszczanym punkcie obozu, gdzie droga prowadząca do namiotów organizacji pozarządowych krzyżuje się z drogą wyjazdową, nakleił kartkę z pouczeniem na karton. Obok napisał dużymi literami swój manifest: „Inny kraj, nie inny obóz”. Stoi tak od godziny naprzeciwko opancerzonych wozów policji i liczy, że jego głos zostanie wysłuchany przez polityków z Europy.

– Nie mogą zmusić ludzi do przeniesienia się do innego obozu. Żadne prawo im na to nie zezwala. Jesteśmy uchodźcami, chroni nas prawo międzynarodowe! – przekonuje Mustafa. Raphael, wolontariusz ze Szwajcarii, który zaangażował się w pomoc przy dystrybucji jedzenia, wzdycha: – Oni nie wiedzą tego, co my wiemy – że granica nie zostanie pewnego dnia tak po prostu otwarta.

Mustafa się mylił. 24 maja, gdy tylko zaczęło świtać, policja rozpoczęła ewakuację nielegalnego obozowiska. Operacja była zaplanowana, lecz wolontariusze od kilku dni pozostawali w napięciu ze względu na docierające do nich sprzeczne informacje. Dopiero o północy, kilka godzin przed ewakuacją, wiadomość o niej pojawiła się na stronie internetowej służącej do koordynacji. Większość bezpośrednio zainteresowanych o swojej dalszej drodze dowiedziała się, dopiero gdy zobaczyła setki umundurowanych funkcjonariuszy. Tego dnia na teren obozu wpuszczano najwyżej pięciu pracowników kilku większych organizacji, pozostałym pod groźbą aresztowań zakazano wstępu. Uchodźcy z pakunkami, a często również wózkami inwalidzkimi i spacerówkami szli do przygotowanych autobusów. Mają trafić w okolice Salonik. W ciągu dziesięciu dni powinni opuścić to miejsce, w którym wszystko wywróciło się do góry nogami, gdzie hotel stał się centrum logistycznym, piaszczysta ścieżka centrum handlowym, a poliestrowy namiot kempingowy domem.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 22/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy