W przedpokoju

W przedpokoju

Jeśli w grudniu Rada Piętnastki nie ukaże perspektywy przyśpieszenia akcesu do UE, gorycz naszych polityków może się wydobyć na wierzch

Oddala się przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Nie jesteśmy zresztą wyjątkiem wśród kandydatów, bo w Unii, zwłaszcza w decydujących o niej krajach, Francji i Niemczech, jest coraz mniej ochoty do rozszerzania. Przy tym Polska ma, zdaje się, najmniej orędowników w stolicach Zjednoczonej Europy, to zaś wcale nie dlatego głównie, że nas nie lubią, ale dlatego, że jesteśmy największym z kandydatów i najbardziej kłopotliwym. Wystarczy przykład. Francja, która ma na drugim w świecie (po USA) rolnictwo wielkotowarowe, podtrzymuje je kosztem 73 mld franków, tj. ok. 11 mld dolarów dopłat rocznie. Ale 63 z tych 73 mld pochodzi z Brukseli. Łatwo pojąć, że Francuzi nie godzą się na objęcie dopłatami rolników polskich, bo brukselska

beczka ze złotem

nie jest bez dna, a teraz akurat dno już widać. Stąd m.in. potrzeba reform wewnętrznych w Unii przed rozszerzeniem…
Nie jest to nic nowego, politycy w Warszawie dobrze znają ten stopniowo narastający opór unijnej materii politycznej przed akcesami ze Wschodu. Ale udają przed opinią, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje. To, powiadają, rzecz normalna przy tak złożonych rokowaniach i problemach. Kiedy zaś zmęczony biciem głową w mur nasz główny negocjator, minister Kułakowski, daje do zrozumienia dziennikarzowi z niemieckiego wydania “Financial Times”, że Polska “odpuści” w końcu termin 1 stycznia 2003 r. jako datę przyjęcia do Unii, żeby tylko nie zmuszano nas do długich “okresów przejściowych” bez dopłat rolnych czy bez swobodnej cyrkulacji siły roboczej – to wszyscy święci w Warszawie natychmiast odżegnują się od tej pomyłki (nieporozumienia, przejęzyczenia itp.) ministra, który po prostu wypowiedział to, co nieuchronne.
Zachowania polityków nie są bynajmniej irracjonalne.
Polska od 11 lat przystosowuje się nie tylko do nowej wewnętrznej sytuacji ustrojowej, gospodarczej i społecznej, ale nadto do wszystkich rygorów światowego rynku i jego instytucji, owych światowych banków, funduszy i organizacji, które wspólnie dbają, żeby nikt nie ośmielał się zakłócać wolnego przepływu kapitałów: podobno 1300 miliardów dolarów dziennie, a inni liczą już, że 2000 miliardów. Nie tylko więc budujemy kapitalizm – czy raczej kapitalizm się u nas buduje – ale budujemy kapitalizm globalny. Nie kłóćmy się teraz, czy jest to nieuchronne, konieczne, czy wręcz pożądane; nawet jednak najgorętsi apostołowie tej globalnej wiary przyznają przecież, że nasze wchodzenie w globalny kapitalizm jest procesem bardzo bolesnym. W tej obróbce skrawaniem na śmietnik z niepotrzebnymi wyrzuca się coraz więcej ludzi, coraz to nowsze roczniki i coraz nowsze kwalifikacje.
“Za chwilę trzeba będzie mieć średnie wykształcenie, żeby zostać śmieciarzem – konstatuje z aprobatą pani Henryka Bochniarz, której rekini uśmiech zdobi tekst wywiadu w “Gazecie Wyborczej”. – Przeglądam listy od kandydatów do pracy – każdy z nich jest towarem, który musi się sprzedać. Jak chce się sprzedać, to niech napisze tak, żeby ktoś, kto u mnie rozpatruje te listy, zwrócił na niego uwagę (…). I niech się pogodzi z tym, że studia nie dają mu nawet 50% pewności, że zdobędzie dobrą pracę…”.
Teraz, gdy wzrost bezrobocia staje się “zjawiskiem naturalnym” i gdy dodaje się do niego na rynku pracy fala wyżu demograficznego z lat 80., bolesność procesu kapitalistycznej globalizacji może się wkrótce stać nie do zniesienia. Już w tej chwili dwie trzecie respondentów ankiet uważa, że “za Gierka było lepiej”.
Otóż rychłe, jak obiecywano, wejście do Unii Europejskiej miało polskiemu społeczeństwu ułatwić adaptację do lepszego, globalnego świata. Przede wszystkim – dzięki znacznemu wspomożeniu finansowemu dla restrukturalizacji, która się i tak odbywa, a także z racji pomocy dla regionów najuboższych (przyjmując, że korupcja nie zżarłaby tych efektów, jak to się działo np. we Włoszech południowych i w Grecji, żeby nie sięgać do przykładów z Trzeciego Świata). Następnie przyjęcie do Unii miałoby nobilitować niejako nasz kraj na światowym rynku i dzięki temu radykalnie

polepszyć samopoczucie Polaków,

zwłaszcza tych z młodszych i najmłodszych roczników: to efekt socjopsychologiczny, bezcenny również w polityce wewnętrznej. Wreszcie – i ten argument trafia nawet do sceptyków – Unia Europejska, przy odpowiedniej polityce, mogłaby stanowić dla swych członków potężną ochronę przed negatywnymi skutkami globalizacji, aczkolwiek “sfery rządowe” w Warszawie zapatrzone w Stany Zjednoczone i ich przewodnictwo wzdrygają się jeszcze nadal przed taką perspektywą. Chociaż są też sygnały, że powoli się z nią oswajają.
W rezultacie przystąpienie do Unii Europejskiej stało się po uzyskaniu członkostwa w NATO bezwzględnym priorytetem dla prawie całej polskiej klasy politycznej. Ta niemal jednomyślność nie wynikła więc z żadnego przymusu taktycznego, ale z przekonania wspólnego wszystkim naszym politykom niemarginesowym: kto sprzyja umacnianiu się kapitalizmu w Polsce, ten pragnie jak najszybszego akcesu do Unii. Stąd wspomniane, zgodne udawanie, że wszystko idzie dobrze: w tej sprawie żadne stronnictwo nie mogłoby skorzystać z niepowodzenia, nikt się więc nie cieszy i wszyscy mają wspólną politykę “zgodną z racją stanu”. Ale oczekiwanie w przedpokoju brukselskim się przedłuża. I rozgoryczenie wzrasta. Jeśli w grudniu w Nicei Rada Piętnastki nie ukaże żadnej perspektywy przyśpieszenia akcesu, gorycz naszych polityków może się wydobyć na wierzch. Już teraz nasi delegaci w komisji parlamentarnej Polska-Unia Europejska, nie uzyskawszy żadnego poparcia od unijnych parlamentarzystów w sprawie daty przyjęcia Polski, wyrazili 21 listopada rozczarowanie i rozżalenie: senator Glapiński z AWS i poseł Oleksy z SLD byli tu jednej myśli…
Formalnie ciągle jeszcze chodzi tylko o to, że Unia odmawia podania terminu naszego akcesu, gdy zostaną spełnione postawione nam warunki. W istocie nasi politycy wiedzą, oczywiście, o wspomnianym na wstępie “oporze materii” unijnej. Ale ciągle brak dowodów, by zrozumieli, że po 11 latach od powstania gabinetu Mazowieckiego proporcje “ducha” i “materii” w kalkulacjach unijnych przywódców uległy stopniowemu przesunięciu. Jeśli przez “ducha” rozumieć wielkie względy geopolityczne, dalekie i bardzo dalekie perspektywy, to trzeba powiedzieć, że “duch” coraz częściej przysypia. To, co mogło się istotnego zdarzyć w geopolityce po rozpadzie ZSRR, już się stało, żadne dalsze osłabianie Rosji nie interesuje Europy, zwłaszcza ze względu

na ekspansję islamu.

Możliwe są raczej doraźne zagrożenia lokalne, zwłaszcza na południowej flance Europy, a do tego polski akces do Unii nijak się nie ma. Również stosunki Unii z USA mają charakter “stabilnej gry”, a w każdym razie dodanie do rachunku Kościuszki, Pułaskiego, Buzka i Millera nic w niej Europejczykom nie daje. Wraz z duchem geopolityki blakną ważne motywy, by przyjmować Polskę do Unii – i to jeszcze jak najszybciej. Pozostaje “materia”: twarde i w gruncie rzeczy krótkoterminowe kalkulacje interesów. A w tej dziedzinie strona unijna uzyskała wraz z układem o stowarzyszeniu prawie wszystko, co może uzyskać z polskiego zbliżenia i akcesu.
Wniosek z tego wszystkiego jest taki, że dopiero po szczycie unijnym w Nicei, kiedy już stanie się faktem nieokreślanie terminu akcesu, zaczną się prawdziwe twarde i trudne rokowania warunków. Wszyscy będą w nich musieli sprawnie liczyć, czyli tak, jak to się dzieje w przetargach wewnątrz samej Unii. Dla polskiej myśli i woli politycznej będzie to jednak ogromne obciążenie, bo nas, jak już wiemy, pcha do Unii “duch”, wielki interes ustrojowy. W tej fazie rokowań skończy się też zapewne aktualna aprioryczna zgoda pospólna polskich polityków.

Wydanie: 48/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy