W ślepym zaułku

W ślepym zaułku

A jednak na rosyjskie współczucie Polacy odpowiedzieli obelgami. Czy trzeba cytować słowa o „ruskiej trumnie”? Albo wracać do kampanii nienawiści i kolejnych „hipotez” na temat sztucznej mgły, trotylu na pokładzie tupolewa, spisku Tuska z Putinem? W wersji najłagodniejszej usiłowaliśmy odpowiedzialnością za katastrofę podzielić się z Rosjanami, a to było może najbardziej przykre, najbardziej niesprawiedliwe. Bo przecież można się było domyślać (a z nagrań też o tym coś wiemy), w jak potężnym stresie podejmowano decyzje na smoleńskim lotnisku. Ale tego w Polsce nie chciano przyjąć do wiadomości. Rząd Tuska, odrzucając z oburzeniem raport MAK, zagrał na nucie antyrosyjskiej.

Czyli zmienił swoją dotychczasową politykę. Zaczął rywalizować z PiS na gruncie patriotyzmu – a co jest lepszym sprawdzianem patriotyzmu niż twardość wobec Rosji? Ale antyrosyjskie lęki polskiego społeczeństwa, emocjonalnie zrozumiałe, są racjonalnie trudne do obrony. Jeżeli historia uczyniła nas czujnymi i nadwrażliwymi wobec Rosji, to ta sama historia dostarcza innych przykładów, i nawet te same fakty mogą być odmiennie interpretowane. A skoro już naprawdę pęta nas historia, to może najlepszy powód, by do polityki zagranicznej nie mieszać polityki historycznej, by to dziwaczne pojęcie, które od lat korumpuje nauki historyczne, nie korumpowało dodatkowo działań władz, nie narażało na szwank bezpieczeństwa i stabilności państwa, nie godziło w jego rację stanu.

Gdy jednak Platforma i PiS zaczęły licytację na antyrosyjskość, rusofobia – jak zauważył prof. Bronisław Łagowski – stała się składnikiem polskiej polityki państwowej. Trafiła na podatny grunt, bowiem historia, ponoć magistra vitae, nie została u nas, jak zwykle, przemyślana. Nie doceniono pokojowego charakteru (generalnie rzecz biorąc) rozpadu ZSRR, a symbolem rozpadu uczyniono sprawę Czeczenii. Zgoda, metody, jakimi Rosja Putina tłumiła rebelię Czeczenów, były okrutne i obrzydliwe. Czy jednak potępiając terroryzm rosyjski, nie byliśmy gotowi usprawiedliwiać terroryzmu czeczeńskiego? Sympatia, jaką darzyliśmy czeczeńskich uchodźców, była zrozumiała. Ale czy nie brała się stąd, że uchodźcy byli antyrosyjscy? Tamci uchodźcy, których wtedy tylu się widziało na ulicach, byli chyba bardziej niebezpieczni niż obecni. Których zresztą nie ma. Co znaczy, że miernikiem akceptowalności Innego jest u nas antyrosyjskość. Choć – oczywiście – także czasy są różne.

Jednostronność

O ile w roku 2010 kampania antyrosyjska ogarnęła polską prawicę, to cztery lata później, po interwencji Rosji na wschodzie Ukrainy, a zwłaszcza po dokonanej wtedy aneksji Krymu, zawładnęła już całym bez mała polskim społeczeństwem. Po zakończeniu II wojny światowej żadne z mocarstw nie przesunęło granic swojego państwa. Również Rosja, interweniując w Gruzji, nie włączyła w swój skład Abchazji i południowej Osetii – zainstalowała tam tylko posłuszne sobie reżimy (skądinąd jednak cieszące się poparciem ludności). Ale aneksja to była nowość, zwłaszcza że w porozumieniu budapeszteńskim z 1994 r. Rosja zagwarantowała integralność terytorialną Ukrainy. Przywoływanie w tym kontekście Anschlussu Austrii przez Hitlera doprawdy nie jest publicystyczną przesadą.
A jednak… W polskich mediach, ekscytujących się Ukrainą, uderzała ta sama jednostronność, co niegdyś w przypadku Gruzji. Jak tam niewinny był Saakaszwili, tak tu niewinny był Majdan, Prawy Sektor i wszystko, co antyrosyjskie. A jeżeli nawet znajdowano po tej stronie uchybienia, to natychmiast je usprawiedliwiano. Uderzało pomijanie argumentów wysuwanych przez ludzi o takim międzynarodowym autorytecie, jak Roman Herzog czy Michaił Gorbaczow. I panowała kompletna głuchota na sprawiedliwy przecież postulat federalizacji czy choćby decentralizacji Ukrainy. Nie chcieliśmy nawet przyznać, że przewrót na Ukrainie obalił to, co wcześniej wynegocjował m.in. nasz minister Radosław Sikorski. Istotnie, polską racją stanu stało się dokuczanie Rosji.

A przecież żaden Rosjanin nie byłby w stanie pogodzić się z sytuacją, w której Ukraina – część historycznej Rusi – wchodziłaby w skład innego niż Rosja układu geopolitycznego, zwłaszcza innego układu militarnego. Nie byłby w stanie z tym się pogodzić także ze względu na rozliczne rosyjsko-ukraińskie więzy gospodarcze. Takie nastawienie Rosjan ma prawo nam się nie podobać, bo niewątpliwie ogranicza suwerenność Ukrainy. Ale sama nazwa państwa – Rosja, czyli Ruś – świadczy o istocie rosyjskiej idei państwowej. W myśl tej idei Ukraina może być odrębna, ale zawsze należąca do tak czy inaczej pojętej rosyjskiej strefy wpływów. Cyniczne? Zapewne. Możliwe do zmiany? W tej chwili nie – zwłaszcza po owej „największej katastrofie geopolitycznej”, jak rozpad ZSRR nazwał Władimir Putin. Skoro więc wschodnia część Ukrainy jest rosyjskojęzyczna lub wręcz rosyjska, to jedyną drogą – powtórzę – było spokojne i stopniowe przyciąganie państwa ukraińskiego na Zachód. Dokonywane jednak z Rosją, nie przeciw Rosji.

Samotność

Tej świadomości polityce polskiej zabrakło. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (1 maja 2015) na pytanie: „Czy Polska powinna się obawiać rosyjskiej agresji” ówczesny prezydent, Bronisław Komorowski, odpowiadał: „Mamy prawo obawiać się trwającej agresji na Ukrainę. To pogwałcenie prawa międzynarodowego, naruszenie granic etc.”. I gdyby na tym prezydent poprzestał… Niestety, w dalszych partiach wywiadu wyłożył, że „wspieramy zmiany systemu obronnego Ukrainy, by wzmocnić jej zdolności obronne i by lepiej współdziałała z armiami NATO”. Innymi słowy: poinformował świat, że Polska stała się stroną konfliktu ukraińskiego. Konfliktu wewnętrznego, bo przecież ukraiński wschód nie był entuzjastą NATO (jak również Unii Europejskiej). Oraz konfliktu zewnętrznego, bo programującego ten właśnie proces, do którego Rosja – ze wspomnianej definicji własnej państwowości – nie mogła dopuścić. No i stało się jasne, przed kim ma bronić Ukrainy ten nowy „system obronny”. Czy taki wywiad polskiego prezydenta – co z tego, że umiarkowany w tonie – nie mógł wzbudzić niepokoju Rosji?

W dodatku Komorowski mówił: „W czasach opozycji antykomunistycznej wydawałem pismo „ABC – Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne”, do którego pisali też Ukraińcy. Pismo to było naszym marzeniem o wspólnej wolności. Gdy zostałem prezydentem, kwestia ukraińska stała się dla mnie szczególnie ważna”. Wszak dokonanie tego rodzaju iunctim między sytuacją ówczesną a dzisiejszą, wraz z wcześniejszymi wynurzeniami o Ukrainie wobec NATO, pozwalały domniemywać, że Polska dołoży wszelkich starań, by rozerwać wytworzone przez stulecia ukraińsko-rosyjskie więzy polityczne, by w miejsce tych więzów powstały więzy inne, natowskie, najchętniej z polskim udziałem. Po raz kolejny więc – po pomarańczowej rewolucji i po sprawie Gruzji – Polska zdecydowała się na rolę państwa, które jest przeciwko Rosji.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 33/2016

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. vandermerwe
    vandermerwe 20 sierpnia, 2016, 10:22

    Dobry artykul wart jednak pewnej uwagi. Autor powtarza zupelnie nieprawdziwe twierdzenie, iz Rosja dokonala agresji wobec Gruzji. Niestety ciala miedzynarodowe zbadaly te sprawe i niestety to Gruzja rozpoczela owa bijatyke. Mozliwe, ze dala sie sprowokowac, mozliwe, ze owczesny prezydent Gruzji liczyl na pomoc Zachodu, mozliwe, ze Rosja skwapliwie wykorzystala sytuacje ale to nie zmienia pewnego faktu, ktory bedac skrupulatnie przemilczanym oddaje miejsce nieprawdzie.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy