Iść czy nie iść ku chadecji?

Iść czy nie iść ku chadecji?

PSL nie powinno być partią chrześcijańsko-demokratyczną

Bieg spraw publicznych i państwowych w dużej mierze zależy od oblicza i jakości partii politycznych. Dlatego nie może być nam obojętne, co się w nich dzieje, jak toczą się poszukiwania programowe.

Wyjście poza wieś

W Polskim Stronnictwie Ludowym nie od dziś trwają rozważania, jak poszerzyć wpływy na nowe środowiska i grupy społeczne, jak sprawić, aby w powszechnym odbiorze formacja nie kojarzyła się tylko czy głównie ze środowiskiem rolniczym i wiejskim, ale z ogólnonarodowym. Poważnie rozważa się więc koncepcję przekształcenia i stopniowej transformacji PSL w partię ludowo-chadecką, a nawet chadecką. W takiej ewolucji, a nawet zmianie nazwy (nie ludowe, ale demokratyczne) widzi się szansę na znaczny wzrost poparcia wyborców i zdobycie większej liczby mandatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego, a także do samorządów oraz Sejmu i Senatu. Ostatnio na łamach „Zielonego Sztandaru” w tym duchu wypowiedzieli się m.in.: Jan Bury, Adam Jarubas, Alfred Domagalski i Józef Szczepańczyk. Dowodzili, że należy utworzyć ludowo-chadeckie centrum oraz osiągnąć w Brukseli spójność z grupą Europejskiej Partii Ludowej, w której większość stanowią chrześcijańscy demokraci. Jedynie prof. Jan Jachymek, powołując się na doświadczenia i tradycje działania w Polsce ludowców i chrześcijańskich demokratów, opowiedział się zdecydowanie przeciw takim zamiarom. Jego wypowiedź nosiła jednoznaczny tytuł: „Chrześcijańskiej demokracji – nie!”. W pełni podzielam ten pogląd.

Nieudany flirt z ZChN

PSL w deklaracjach ideowych, w programach i w praktycznym działaniu po dzień dzisiejszy odwołuje się do etyki chrześcijańskiej i nauki społecznej Kościoła katolickiego. I słusznie! Jednak co do planów przekształcenia się w partię chadecką trzeba zachować daleko idącą ostrożność.
Chrześcijańska demokracja ma silne wpływy w Niemczech, we Włoszech, w Austrii oraz w niektórych innych państwach. Jej przedstawiciele dużo znaczą w Brukseli i w Europejskiej Partii Ludowej. Jednak w EPL nie mniej silni są liberałowie, centryści i wyznawcy innych opcji politycznych. Należy z chadekami współpracować, ale nie od razu przechodzić pod ich sztandary. W Polsce bowiem chadecja nie cieszyła się wielką popularnością. Wyjątkiem są pewne okresy II RP i II wojny światowej. Można tu przywołać takie nazwiska jak: Ignacy Jan Paderewski, gen. Władysław Sikorski, gen. Józef Haller, Karol Popiel, Cyryl Ratajski i Jan Stanisław Jankowski. Po wojnie chrześcijańskie opozycyjne Stronnictwo Pracy nie odgrywało takiej roli jak PSL Stanisława Mikołajczyka i w 1950 r. zdecydowało o samorozwiązaniu. Po 1989 r. Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe nie zyskało wielkiego poparcia i praktycznie rozmyło się na naszej scenie politycznej, a jego działacze przeszli do innych partii.
Wincenty Witos współpracował z chadekami, miał ich w swoich rządach, ale różnice programowe były wyraźne. Flirt z ZChN i pokrewnymi środowiskami prowadził przed dziesięcioma laty były prezes PSL Janusz Wojciechowski, który zmierzał do połączenia sił wyborczych i zjednoczenia. Była gotowa nawet nazwa – Zgoda. Pomysł ten jednak został w Stronnictwie odrzucony. Z opresji PSL musiał ratować Waldemar Pawlak. Czyżby liderzy PSL o tym zapomnieli? Po co wracać do idei i nazwy chadecja, która na polskim gruncie się nie sprawdza?
Polskie społeczeństwo, także wiejskie, nie lubi, gdy politykę łączy się z Kościołem i wiarą. Wyczuwa to dobrze Jarosław Kaczyński, który o PiS, blisko związanym z Kościołem i Radiem Maryja, nigdy nie mówi, że jest katolickie, tylko narodowe, patriotyczne itp. Ruch ludowy nie walczył i nie walczy z Kościołem. Jednak bywał w nim silny nurt antyklerykalny, np. w ZMW RP „Wici”, bo liczni biskupi i księża zarzucali ludow­com różne – rzekomo niecne – zamiary, zabraniali prenumeraty i czytania ich pism, grozili klątwą itd.

Warto słuchać Witosa

Dlatego, jak zalecał Wincenty Witos, w sprawach wiary należy słuchać proboszcza, ale w polityce kierować się własnym rozumem i iść swoją drogą. Teraz i w przyszłości. Ruch ludowy w Polsce przez prawie 120 lat utrzymał  swoją suwerenność, tożsamość i wierność ideową. Od lat 30. XX w. kieruje się zasadami agraryzmu sformułowanymi przez Stanisława Miłkowskiego i Jerzego Kuncewicza. Agraryzm odrzuca zarówno marksistowski kolektywizm, jak i drapieżny kapitalizm. Opowiada się natomiast za pośrednią drogą rozwoju, nazwaną umownie trzecią drogą. Współcześnie wyraża się ona w koncepcji neoagraryzmu i ekohumanizmu.
Ekohumanizm stanowi oryginalną, polską teorię programu polityczno-gospodarczego i zestaw wartości etyczno-wychowawczych – i dla Polski, i dla świata. Oparte są one na przesłankach demokratycznych, narodowych i chrześcijańskich. Ogłosili tę koncepcję w 2000 r. uczeni i politycy z Ludowego Towarzystwa Naukowo-Kulturalnego. Jest ona zbieżna z poszukiwaniami myślicieli i mężów stanu z całego globu, którzy głowią się nad remedium na problemy biedy, nierówności i zagrożeń współczesnego świata. Dziwię się, że przywódcy PSL tak mało mówią o tych rdzennie polskich, ludowych założeniach i nie walczą skutecznie o ich urzeczywistnienie, tylko spoglądają ku chadecji. Jest to, moim zdaniem, niepotrzebne zamieszanie.

Autor jest byłym redaktorem naczelnym „Zielonego Sztandaru”, konsulem RP w Moskwie i Kijowie. Obecnie tygodnik dwukrotnie uchylił się od prezentacji powyższych poglądów

Wydanie: 51-52/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy