Wakacje w kabinie

Wakacje w kabinie

Choć samolotem jest szybciej, to nie brakuje amatorów morskich podróży

Niejeden chłopiec marzy o karierze marynarza, niejedna dziewczyna widziała siebie w romantycznej podróży luksusowym transatlantykiem lub jachtem, gdzie co wieczór tańczy na balu kapitańskim. Dziś można za pieniądze realizować te wizje, choć w nieco ograniczonym zakresie, za to z udziałem polskich firm sektora morskiego.
Przewodnik Pascala podpowiada potencjalnym amatorom morskich podróży, że można popłynąć polskim statkiem np. do USA. Jeśli ktoś boi się lotów samolotem, to zamiast kilkunastu godzin w powietrzu może przeżyć ciekawie kilkanaście dni na morzu w dobrych warunkach i wysiąść np. w Chicago.

Przez Atlantyk

„Istnieje możliwość dopłynięcia do Stanów Zjednoczonych statkiem handlowym – czytamy. – Nie są to rejsy regularne, a ponadto mogą się przedłużyć np. ze względu na opóźniony załadunek. Potencjalni pasażerowie powinni więc uzbroić się w cierpliwość, ponieważ oczekiwanie na podróż może trwać kilka tygodni. Tańsze i pewniejsze są bezpośrednie rejsy z Holandii do portów wokół Wielkich Jezior (w tym do Chicago; IV-XI). Stawki wahają się od 50 do 100 dol. za dzień pobytu na statku. W sprzedaży biletów pośredniczy Polska Żegluga Morska w Szczecinie (…). O miejsca należy pytać z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Podobne usługi świadczą także armatorzy niemieccy i holenderscy”.
Zasięgnęliśmy informacji w szczecińskim biurze PŻM. Oferta jest jak najbardziej aktualna, choć mało precyzyjna, bo nie można z dnia na dzień podać terminu rozpoczęcia podróży ani też zagwarantować, że pasażer wejdzie na pokład w którymś z polskich portów.
– Te czasy już minęły, że nasze statki zabierały ładunki z Polski – mówi nam pracowniczka biura.
– Nie wozimy już polskiego węgla do Irlandii, także zakłady chemiczne Police pod Szczecinem nie istnieją i nawozy sztuczne też przestały być ważnym towarem eksportowym. Statki PŻM wożą obce ładunki między obcymi portami, ale jeśli ktoś zechce dojechać własnym sumptem do Rotterdamu lub Ijmuiden w Holandii, możemy coś zaproponować, i to nie tylko trasę do USA, lecz także w wielu innych kierunkach – Afryka, Ameryka Południowa. Nawet rejs na Spitsbergen z ładunkiem dla norweskiej kopalni odkrywkowej.
Pasażer PŻM musi więc uzbroić się w cierpliwość i być w stałym kontakcie z biurem pasażerskim. Trzeba pamiętać, że statek nie czeka na pasażera, bo termin dostarczenia ładunku jest dla firmy dużo ważniejszy. Może czasem trafić się okazja, że na statku następuje wymiana załogi i firma wysyła ze Szczecina bus z marynarzami. Jeśli znajdzie się wolne miejsce, to pasażer za odpowiednią dopłatą też się zmieści i ma wtedy gwarancję, że zdąży.
Dosyć często odbywają się rejsy na Wielkie Jeziora amerykańskie. Sama podróż jest wyjątkową atrakcją. Oglądanie jezior z pokładu olbrzymiego panamaksa – a możliwe jest także zorganizowanie wycieczki do wodospadu Niagara – to niezapomniane przeżycie.
Na statkach typu Panamax pasażer ma do dyspozycji kabinę z węzłem sanitarnym, może też korzystać z sali gimnastycznej, biblioteki czy sali wideo. Kuchnia jest tradycyjnie znakomita. PŻM ma aż siedem nowoczesnych statków typu Panamax, które są dostosowane wielkością do wymiarów śluz na Wielkich Jeziorach. Wszystkie noszą nazwy bardzo patriotyczne, np. „Polska Walcząca”, „Armia Krajowa”, „Solidarność”, ale żaden nie pływa pod banderą polską, tylko maleńkiego państewka Vanuatu. To wynik niekorzystnych dla polskiego armatora przepisów podatkowych. Ale obca bandera nie zmienia faktu, że pasażer będzie się czuł swojsko na polskim statku.

Pod żaglami

W podobny sposób jak z PŻM można też nawiązać kontakt z kierownictwem Akademii Morskiej w Gdyni, która eksploatuje żaglowiec „Dar Młodzieży”, czy z Centrum Wychowania Morskiego ZHP, które czarteruje „Zawiszę Czarnego”. Nie trzeba być studentem ani osobą uczącą się. Wystarczy przesłać zgłoszenie, mieć ubezpieczenie i zaświadczenie od lekarza o braku przeciwwskazań do przebywania na morzu. A następnie czekać na przydzielenie kabiny.
Na „Darze Młodzieży” ceny uzależnione są od standardu kabiny: za zwykłe miejsce w kubryku, z węzłem sanitarnym na korytarzu, płaci się 35 euro za dzień w porcie i 90 euro na morzu. Dwuosobowa kabina z węzłem sanitarnym kosztuje odpowiednio 70 i 150 euro za dobę. „Zawisza Czarny” jest tańszy, ale też mniej luksusowy, koszt waha się w granicach 180 zł za dobę. Co do kierunku podróży – trzeba się pogodzić z faktem, że nasze żaglowce rzadko wypuszczają się poza wody Bałtyku. Najczęściej odwiedzają porty w Szwecji i Finlandii.
A co ze wspaniałymi balami kapitańskimi?
Niestety nie pływają już po wodach mórz i oceanów polskie transatlantyki „Batory” i „Stefan Batory”, które przez dziesięciolecia oferowały takie atrakcje. Amatorów trzeba odesłać do przewoźników zagranicznych. Propozycji jest sporo, ale wszystkie są droższe od już wymienionych. Kierunki podróży dowolne, do wyboru, do koloru: Europa Północna, fiordy norweskie, Karaiby i Wyspy Bahama, Morze Śródziemne, Ameryka Południowa i Północna, Bliski Wschód, nawet Morze Czarne. Biura podróży organizują przejazd autokarem lub przelot samolotem do miejsca zaokrętowania.

Luksus z królową w herbie

Na pasażerów z trochę większymi pieniędzmi czekają statki wycieczkowe angielskie, włoskie, norweskie. Są to m.in. MSC Cruises, Costa Crociere, Norwegian Cruise Line, Royal Caribbean Cruise Line i legendarna, najstarsza, najelegantsza Cunard Line, będąca od wielu lat synonimem luksusu podróży morskich. Firma powstała w 1840 r., kiedy Samuel Cunard otrzymał kontrakt od rządu brytyjskiego na przewożenie poczty z Wielkiej Brytanii do Ameryki Północnej. Cunard eksploatuje statek „Queen Mary 2” – największy, najdłuższy, najwyższy i najdroższy, jaki kiedykolwiek zbudowano. Przejął on transatlantycką trasę pomiędzy Southampton i Nowym Jorkiem, obsługiwaną dotychczas przez „Queen Elizabeth 2”, i stał się flagowym statkiem Cunarda. Do eksploatacji wszedł też kolejny statek linii, „Queen Victoria”. Każda pasażerska firma żeglugowa dysponuje kilkoma luksusowymi statkami, które przeznaczone są wyłącznie do przewozu turystów lub wczasowiczów i zaspokojenia ich najróżniejszych wymagań.
W cenie rejsu zawarte są zwykle trzy posiłki dziennie, przekąski w ciągu dnia i bufet lub przekąski o północy. Śniadanie i lunch można zjeść w bufecie (stoły szwedzkie) lub restauracji. Kolacje serwowane są wyłącznie w restauracji – na większości statków w dwóch turach – godziny ustala dyrekcja statku w zależności od godziny wypłynięcia z danego portu.
W programie każdego rejsu zaplanowano też przynajmniej dwie uroczyste kolacje, zwane balami kapitańskimi. Jedna dwa lub trzy dni po rozpoczęciu rejsu (kolacja kapitańska) i druga dwa lub trzy dni przed końcem rejsu (kolacja pożegnalna). Linie żeglugowe proszą z reguły o elegancki strój podczas tych uroczystych wieczorów – u panów: koszula, krawat, garnitur (smoking według uznania gości), a u pań: elegancki kostium, wieczorowa suknia. Załoga statku stawia się wtedy w odświętnych mundurach. Taki strój jest właściwie konieczny, aby wejść na uroczystą kolację. Jeśli goście nie mają w co się ubrać lub nie mają ochoty na tego typu kolację, mogą udać się na bezpłatny posiłek do innej restauracji.
Jak to wszystko się ma do możliwości polskich kieszeni? Emerytów raczej takie atrakcje nie zainteresują, bo np. zwykły 10-dniowy rejs po południowych Karaibach kosztuje 769 euro od osoby, nie licząc oczywiście kosztu dostania się samolotem na drugą półkulę i powrotu do domu. 10-dniowy rejs w cenie promocyjnej na „Queen Mary 2” to koszt przewyższający 2 tys. euro.
Mniej wymagającym pozostają rejsy na polskich lub szwedzkich promach, które trwają maksymalnie półtorej doby. Ceny są zróżnicowane, w zależności od tego, czy podróżujemy w kabinie, czy w fotelu, od 300 do 700 zł.

Wydanie: 35/2010

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy