Laboratorium niepewnej przyszłości

Laboratorium niepewnej przyszłości

Ameryka Łacińska chwieje się to w lewo, to w prawo. I coraz bardziej oddala się od demokracji

Kiedy w drugiej połowie pierwszej dekady XXI w. cały kontynent stawał się zdobyczą lewicy, świat reagował na te zmiany z ostrożnym entuzjazmem. Tamta fala, nazwana „różowym prądem”, bardzo zmieniła oblicze Ameryki Łacińskiej. Po latach rządów brutalnych dyktatur wojskowych, obecnych praktycznie wszędzie (z wyjątkiem, co dziś paradoksalne, Wenezueli) po II wojnie światowej na kontynencie doszły do głosu formacje z liderami, których najogólniej można nazwać równościowymi demokratami. Często więcej ich dzieliło, niż łączyło – jak prorynkową chilijską socjalistkę Michelle Bachelet z marksistowsko-nacjonalistycznym prezydentem Boliwii Evo Moralesem, ale wspólnym mianownikiem było, przynajmniej deklaratywnie, zmniejszenie nierówności społecznych i politycznych. Każdy z przedstawicieli różowego prądu – także brazylijski heros ruchu robotniczego Luiz Inácio Lula da Silva, stabilizujący argentyńską gospodarkę Nestor Kirchner czy urugwajski rolnik prezydent José „Pepe” Mujica – walczył o to, by demokracja była nie tylko ustrojem, ale też procesem, w którym realnie uczestniczą wszyscy obywatele.

Prądy mają jednak to do siebie, że są nietrwałe. Nie inaczej było z falą latynoamerykańskiego socjalizmu, z której nieco ponad dekadę później zostały tylko ciepłe wspomnienia niektórych liderów. Miejsce Bachelet zajął wolnorynkowy fundamentalista Sebastian Piñera, skazany za korupcję Lula oddał kraj w ręce prawicowego radykała Jaira Bolsonara. Morales pogubił się zupełnie, zmieniając konstytucję i ordynację wyborczą, tak by nigdy nie musiał rozstać się z władzą, co skończyło się puczem przeciwko niemu. Nestor Kirchner zmarł na zawał w 2010 r., a schedę po nim przejęła jego żona Cristina – dziś również kojarzona z międzynarodową korupcją (wewnątrz, notabene, tego samego skandalu co Lula) i niespecjalnym przywiązaniem do idei demokratycznej zmiany władzy w Argentynie. Po kilku latach swobodnego dryfowania w lewo nastąpił radykalny zwrot w prawą stronę.

Brazylijski barometr

Dziś, na początku 2022 r., widać już, że i ta tendencja wygasa. Prawicy, która wojskowe mundury zamieniła na garnitury, nie udało się zbudować na tyle stabilnej bazy w elektoracie, żeby utrzymać władzę. Zmiana nastąpiła też na lewicy. Bardzo osłabły stare, instytucjonalnie silne partie socjalistyczne, związane z nurtem lewicy materialnej, wywodzące się jeszcze z ruchów robotniczych i teologii wyzwolenia. Ich kosztem wzmocniła się lewica nowa, tożsamościowa, pragnąca często rewolucyjnych zmian ustrojowych. Na kontynencie latynoamerykańskim trwa właśnie gigantyczna wymiana elit politycznych. Wybory z ubiegłego roku już tę tezę potwierdziły, a te nadchodzące w 2022 r. zapewne jeszcze ją wzmocnią. Problem w tym, że tak rozkołysana Ameryka Łacińska ryzykuje odpłynięcie od stabilności, a tak naprawdę od demokracji.

Najbardziej zagrożona jest ona w tej chwili w największym kraju regionu, co dla znawców kontynentu jest powodem do zmartwień. Brazylia, jak pisał brytyjski historyk Leslie Bethell, jest politycznym barometrem Ameryki Łacińskiej i często wysyła sygnały, które potem odbijają się echem w sąsiednich państwach. W 2022 r. prezydenturę obronić będzie tam próbował Jair Bolsonaro. Szanse ma na to iluzoryczne i – paradoksalnie – jest to w tej chwili największy problem Brazylii.

Bolsonaro, pandemiczny negacjonista, otwarcie gardzący ideami demokracji liberalnej, kilkukrotnie dał już do zrozumienia, że o pozostanie przy władzy będzie walczył wszystkimi możliwymi metodami, nie wyłączając zbrojnego powstania. Z politycznego punktu widzenia uderza już w dno od spodu. Od czerwca 2021 r. odsetek wyborców oceniających jego rządy jako „fatalne” nie spada poniżej 50%. Pozytywne oceny ostatni raz stanowiły większość w grudniu 2020 r., nigdy jednak w czteroletniej prezydenturze nie przekroczyły bariery 50%. Rząd federalny, na którego czele stoi Bolsonaro, ma jeszcze gorsze notowania, oscylujące wokół 20-procentowej satysfakcji wyborców. Brazylijczycy obwiniają go o 640 tys. śmiertelnych ofiar pandemii, której istnieniu prezydent długo zaprzeczał. Normy reżimu sanitarnego wyśmiewał nawet, gdy sam zachorował na covid. Odmawiał też wprowadzenia lockdownu, nawet w najlżejszej formie, uważając go za zamach na wolność gospodarczą Brazylijczyków. Na Twitterze szerzył dezinformację na temat wirusa, za co amerykański portal zablokował mu konto. Kiedy jednak pandemiczne statystyki zmieniły Brazylię w największe ognisko choroby na świecie, a światowe serwisy informacyjne długimi tygodniami pokazywały migawki z cmentarzy zaimprowizowanych na plażach, bo zmarłych nie było już gdzie chować, musiał zareagować. Ściągnął do kraju szczepionki z Indii, przy okazji ignorując przetargową korupcję w ministerstwie zdrowia.

Już za same zbrodnie czasów zarazy obywatele pozbawiliby go stanowiska, a lista jego wykroczeń jest przecież znacznie dłuższa: nepotyzm, defraudacja państwowych pieniędzy, próby tłamszenia prokuratorskich śledztw na temat członków jego rodziny. I wreszcie – namawianie swoich zwolenników do buntu w obronie jego prezydentury.

Kiedy na początku września Sąd Najwyższy rozpatrywał sprawę dezinformacji szerzonej przez Bolsonara, co mogło dla prezydenta skończyć się nawet karą pozbawienia wolności, ten w odwecie zwołał wiec przed budynkiem sądu w stolicy kraju, Brasilii. Przyszło 125 tys. jego najbardziej zagorzałych zwolenników, do których Bolsonaro krzyczał, że „nie podporządkuje się żadnym decyzjom tych kanalii”, mając na myśli obradujących kilkaset metrów dalej sędziów. Na jego wezwanie do rebelii szczególnie tłumnie odpowiedzieli kierowcy ciężarówek, blokując 15 największych węzłów drogowych w kraju. Lojalni wobec niego gubernatorzy niektórych stanów wysyłali groźby śmierci pod adresem Alexandra de Moraesa, przewodniczącego składu w Sądzie Najwyższym.

Wymiar sprawiedliwości jednak się nie ugiął, więc Bolsonaro retorykę zaostrzył. Najpierw zagroził, że tegoroczne wybory w ogóle odwoła, jeśli parlament nie zgodzi się na proponowaną przez niego reformę konstytucji, wprowadzającą papierowe potwierdzenia oddania głosu. Głosowanie przegrał z kretesem, zabrakło mu aż 80 głosów poparcia, co stało się przyczynkiem do oskarżeń lewicy o planowanie sfałszowania elekcji. Sędziom Sądu Najwyższego powiedział, że być może „będzie musiał zabawić się bronią palną” w odpowiedzi na ich działania, a politycznych przeciwników, tradycyjnie już, zaczął wyzywać od marksistów i zdrajców narodu.

Powrót Luli

Bolsonaro chwyta się dyktatorskiej retoryki, bo nic innego mu nie zostało. Przekraczająca już 10% inflacja dewastuje klasę średnią, która w dużej mierze w 2018 r. wyniosła słabnącego dziś prezydenta do władzy. Nie działa już polityka „prawa i porządku”, twarda ręka wobec zorganizowanej przestępczości. Ma też z kim przegrać, bo z więziennego niebytu wrócił Lula, uniewinniony przez Sąd Najwyższy w listopadzie 2019 r. po 580 dniach odsiadki. I to właśnie ikona różowego prądu będzie głównym rywalem Bolsonara w zaplanowanych na 2 października wyborach. Gdyby odbyły się dzisiaj, Lula mógłby wygrać w pierwszej turze. Sondaż Datafolha, największej brazylijskiej grupy badawczej, z 17 grudnia daje mu 49% poparcia, o 22 pkt proc. więcej niż Bolsonaro.

Obecny prezydent wciąż rzuca w eter mniej lub bardziej jednoznaczne groźby zamachu stanu. Ma po swojej stronie wojsko, którego byłych i obecnych liderów włączył do rządu i którego sympatię zaskarbił sobie apologetyzmem wobec dyktatury militarnej z lat 70. minionego wieku. Czy rzeczywiście byłby zdolny do zbrojnego przewrotu? Opinie są podzielone. Esther Solano, politolożka z Uniwersytetu São Paulo, na łamach „Financial Times” twierdzi, że jest na to zbyt słaby instytucjonalnie, nie poprą go inni funkcyjni politycy. Jednak doniesienia prasowe, jak reportaż magazynu „Piauí” z sierpnia ubiegłego roku ujawniający, że Bolsonaro poważnie rozważał wysłanie wojska do pacyfikacji Sądu Najwyższego, każą choć trochę wierzyć w tezę o zamachu. Najbardziej prawdopodobna wydaje się interpretacja o puczu jako zasłonie dymnej maskującej pozostałe wpadki prezydenta. Jak pisze w „World Politics Review” prof. Eraldo Souza z Uniwersytetu Poczdamskiego, Bolsonaro chce, żeby Brazylijczycy wierzyli w możliwość przewrotu, nawet jeśli on sam nie bierze jej poważnie pod uwagę.

Nawiasem mówiąc, jeśli Lula za 10 miesięcy wygra, a Bolsonaro posłusznie usunie się w cień, lewicy będzie bardzo trudno o powtórkę sprzed 15 lat. Wtedy jej sukces opierał się na bogatym i skutecznym pakiecie socjalnym, na czele z programem transferów bezpośrednich Fome Zero (Zero Głodu), rocznie pomagającym 15 mln najuboższych i niedożywionych rodzin. Szczodre państwo opiekuńcze było z kolei możliwe dzięki hossie na rynkach surowcowych, których eksport napędza do teraz brazylijską gospodarkę. Jednak dzisiaj taka kroplówka jak wtedy jest marzeniem, baryłka ropy kosztuje 82 dol., a za pierwszej kadencji Luli przebijała nawet 146 dol. Bez tych pieniędzy Lula może być prezydentem znacznie mniej efektywnym, a przez to mniej popularnym, niż wielu dziś ma nadzieję.

Chile od nowa

Ten sam problem czeka Gabriela Borica, który w marcu, jako zaledwie 36-latek, stanie się najmłodszym prezydentem obejmującym władzę w Chile. Jego sukces jest wręcz podręcznikowym przykładem tezy o wymianie elit. W grudniowej, drugiej turze wygrał zdecydowanie z ultraprawicowym apologetą Augusta Pinocheta José Antonio Kastem stosunkiem głosów 56% do 44%. Trudno nawet wyobrazić sobie dwóch bardziej różnych kandydatów, ale łączy ich kluczowy aspekt tożsamości politycznej – obaj pochodzą spoza zamkniętego kręgu elit, które zaprojektowały transformacyjny kompromis po upadku dyktatury w 1988 r., a potem dzieliły się władzą w Chile nieprzerwanie przez trzy dekady.

Boric, kandydat nowej lewicy z aktywistycznym rodowodem, chce chilijską umowę społeczną napisać od nowa. Do wyborów szedł z tyleż buńczucznym, co reprezentatywnym dla jego poglądów hasłem mówiącym, że „jeśli Chile było kolebką neoliberalizmu, stanie się też jego grobem”. Wśród postulatów ma likwidację niemal całkowicie prywatnego systemu emerytalnego, stworzenie państwowego ubezpieczyciela, ale też znaczący wzrost nakładów publicznych na edukację, opiekę zdrowotną i infrastrukturę. Jednocześnie zapowiada większe zaangażowanie w walkę z katastrofą klimatyczną i próbę odejścia od eksportu miedzi jako głównego źródła przychodów budżetu. Jednym słowem, Boric chce sporo państwa wszędzie tam, gdzie do tej pory w Chile nie było go w ogóle. Nie do końca precyzuje jednak, skąd chce na to wszystko wziąć pieniądze, a wspomniana miedź, nawet gdyby się z nią przeprosił, też niespecjalnie mu pomoże, bo jej ceny na globalnych rynkach mocno się wahają i dotychczas tylko dwukrotnie wróciły do poziomów z ostatniej lewicowej prezydentury, drugiej kadencji Michelle Bachelet (2014-2018).

Jeśli dodać do tego nową konstytucję, którą pisze w tej chwili zgromadzenie zdominowane przez pozapartyjnych lewicowych aktywistów, widać, że Chile wejdzie w tym roku w całkowicie nową rzeczywistość. Boricowi nie można odmówić ambicji, ale, jak zauważa Paula Schmidt, profesor politologii z Universidad de los Andes w Bogocie, samą ambicją nie rozwiąże problemów, takich jak chociażby bieda aż 80% chilijskich emerytów żyjących dziś poniżej granicy ubóstwa.

Niepewna przyszłość

Reformować swój kraj zamierza też Pedro Castillo, który 28 lipca rozpoczął urzędowanie jako prezydent Peru. On z kolei jest modelowym populistą. Rozpoznawalność przyniosła mu działalność w nauczycielskich związkach zawodowych, jako lider ogólnokrajowego strajku wyważył drzwi do polityki najwyższego szczebla. W wyborach pokonał prawicową kandydatkę, córkę eksprezydenta Keika Fujimoriego, obiecując walkę z ubóstwem i wykluczeniem. Tu też hasło wyborcze doskonale podsumowywało program: „Koniec z biedą w bogatym państwie”. Oprócz szumnych zapowiedzi reformy szkolnictwa i dofinansowania transportu publicznego Castillo bez ogródek obiecywał, że „wyłączy” rozmaite państwowe instytucje, jak urząd rzecznika praw obywatelskich czy trybunał konstytucyjny. Jako klasyczny populista nie widzi sensu ich utrzymywania, bo są tylko przeszkodami na drodze do realizacji jego planów. Nieustannie odwołuje się do „woli ludu”, choć w swoim ludowym rodowodzie jest mało wiarygodny. Po zaledwie sześciu miesiącach na stanowisku już jest zamieszany w dwa skandale korupcyjne, co w kraju, w którym sześciu z ośmiu ostatnich prezydentów miało zarzuty o korupcję, trudno utożsamiać z jakąkolwiek polityczną zmianą.

Bardzo niestabilna przed majowymi wyborami jest też scena polityczna w Kolumbii. Tam największe szanse na prezydenturę ma Gustavo Petro, były burmistrz Bogoty i eksczłonek lewicowej bojówki M-19. Jeśli wygra, będzie musiał zmierzyć się z najniższym w Ameryce Łacińskiej poziomem zaufania obywateli do państwa, dodatkowo osłabionym falą brutalnie zdławionych przez policję protestów z kwietnia 2021 r. Kolumbijczycy wyszli na ulice przeciwko podwyżkom podatków i polityce oszczędności Ivána Duqua, odchodzącego jako najmniej popularny polityk w historii kraju.

U progu finansowej katastrofy po raz kolejny stoi też Argentyna, której po latach prowadzonej na kredyt polityki prawicowego rządu Mauricia Macriego zaglądają w oczy drapieżni wierzyciele z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W 2022 r. rząd w Buenos Aires będzie próbował renegocjować warunki pożyczki, czego MFW wciąż odmawia. Co więcej, po raz pierwszy od lat kontrolę nad Kongresem stracili peroniści, co pcha Argentynę również w destabilizację polityczną.

Jeśli dodać do tego powrót do władzy w iście dyktatorskim stylu Daniela Ortegi w Nikaragui, podejrzany eksperyment Nayiba Bukele z przekształceniem bitcoina w narodową walutę Salwadoru i kolejny rok zamrożonego konfliktu w Wenezueli, widać, że rok 2022 może być tu czasem wstrząsów. Ryszard Kapuściński napisał kiedyś, że Ameryka Łacińska to laboratorium przyszłości. Jeśli trzymać się tej zasady, przyszłość ta będzie bardzo niepewna.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. East News

Wydanie: 4/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy