Warszawa do remontu

Warszawa do remontu

Centrum to najbogatsza gmina. Zapach jej pieniędzy czują młode wilczki, ciągnące tu z całej Polski. Czują biznesmeni, hochsztaplerzy, ambitne kujony. A także politycy i gangsterzy

Najbardziej przekorny, transplantowany z Krakowa felietonista Warszawy, Jerzy Pilch, twierdzi, że miasto jest twoje, gdy go nie zauważasz. Chodzisz na pamięć swoimi szlakami, a pozostałe zupełnie cię nie ciekawią. Gdyby tak patrzeć na Gminę Centrum w Warszawie, zamkniętą granicami przedwojennej stolicy, trzeba by ją określić jako obszar niczyj.
Z dnia na dzień zmienia się jej wygląd. Przez kilka miesięcy człowiek przechodzi koło jakiegoś wysokiego parkanu, który zawłaszcza część chodnika i nagle któregoś dnia zaskoczenie: rusztowania zniknęły, pod butami lśnią wyszlifowane płyty z lastriko, a na człowieka napiera niebotycznie wysoka bryła biurowca. Strzegący jej portierzy, obce flagi dają do zrozumienia, że oto do stolicy zawitał kolejny kapitał zagraniczny.
Gmina Centrum zmienia się żywiołowo, często w sposób karykaturalny, na zasadzie wolnoamerykanki inwestorów. Polscy architekci narzekają na brak sensownego planowania przestrzennego, kpią z projektów przywiezionych zza granicy: wieżowiec Reform Plaza już nazwali “phallusem”, budynek Telekomunikacji Polskiej przy ul. Moniuszki “Filipem z konopi” (bo tak głupio wyskakuje swymi gabarytami ponad sąsiadujące z nim budynki), a Business Park na Ochocie prezentacją stylu sarkofagowego. Ale żaden z nich nie chciałby powrotu do siermiężnych w architekturze lat 70.
Wybrzydzają esteci, wściekają się kierowcy stojący w korkach. “Dżakarta!” – elegancko pomstują bogaci panowie za kierownicą swych mercedesów, gdy ocierają się o ciężarówki z hukiem przetaczające się przez samo centrum. A w Warszawie nie jest takich obywateli mało. Centrum to najbogatsza gmina w Polsce.
Czują zapach pieniędzy młode wilczki, ciągnące tu z całego kraju. Czują biznesmeni, hochsztaplerzy, ambitne kujony. A także politycy i gangsterzy. Wiedzą o tym – często od własnych wnuków – coraz bardziej starzejący się mieszkańcy tej liczącej już ponad 400 lat części Warszawy.
A ci, którzy gminą rządzą? Lub, jak teraz, na kilka dni przed wyborami sprężają się na starcie?
Rozdygotane, żyjące w stałym stresie, że trzeba się spieszyć, centrum Warszawy, zabija w człowieku wszelkie instynkty z gatunku: kupię gazetkę, usiądę sobie na ławeczce i odpocznę. Ale młodzi ludzie świetnie się w tym czują. W pogoni do wyznaczonego celu, wsłuchiwaniu się w oddech depczącej im po piętach równie młodej konkurencji, jeszcze nie widzą anonimowego tłumu zasiedziałych warszawiaków. Dostrzegą ich obecność, gdy się okopią.
Trudno takim miejscem rządzić. To wiedzą wszyscy kandydaci na radnych, jeśli mają trochę wyobraźni. Ale chętnych nie brakuje. Na jeden mandat – 7 kandydatów. Ambitnych pociąga nie tylko możliwość sporego dorobienia do pensji, ale i zmierzenie się z wyzwaniami, jakie niesie wizytówka stolicy.

W środku obwarzanka

Obecnie Warszawą zawiaduje aż 13 ośrodków samorządowej władzy: urząd starosty, osobny urząd prezydenta miasta oraz 11 urzędów gminnych. Mimo że upłynęło 10 lat eksperymentowania z ustrojem stolicy, wielu jej mieszkańców nie rozumie tej bizantyjskiej struktury. Nie interesuje ich, póki nie wpadną w jej sidła, usiłując coś załatwić.
Zwykłemy obywatelowi najtrudniej rozwikłać labirynty kompetencyjne. Na przykład: w Warszawie drogami zarządzają: miasto, województwo, powiat i gminy. Ale potrzebne instrumenty ma tylko miasto, czyli Zarząd Dróg Miejskich. Żąda pieniędzy od wszystkich dysponentów; województwo i powiat nie chcą dać. A dlaczego kuleje budowa parkingów podziemnych? Bo są lokalizacje, które równocześnie leżą pod trzema drogami: wojewódzką, powiatową i gminną. Pojawia się więc spór, kto ma ogłosić przetarg i potem czerpać zyski. Podobnie z opłatami za parkowanie. Dwie rady: miasta i gminy muszą osobno podejmować uchwały w tej sprawie. A dlaczego nie można zlikwidować mafii taksówkowej przed lotniskiem? Bo porty lotnicze kłócą się z wojewodą, kto ma zakazać akwizycji tych usług w hali przylotów.
Inny przykład: zarządzanie instytucjami kulturalnymi w mieście. Biblioteka m. st. Warszawy, Muzeum Historyczne, nie są własnością stolicy; utrzymuje je sejmik wojewódzki. Teatr “Kwadrat” należy do powiatu, a “Żydowski” do województwa. Nie wiadomo, dlaczego Gmina Centrum, choć najbogatsza w Polsce, nie ma na utrzymaniu ani jednego teatru.
To są wstydliwe tajemnice tubylców. Przyjezdni o bałaganie kompetencyjnym dowiadują się w sytuacjach nadzwyczajnych, np. w czasie urządzania w stolicy demonstracji. Dochodzi wówczas do takich absurdów, że starosta wydaje zezwolenie na zajmowanie jezdni, a prezydent chodnika.
Czy można się dziwić, że niejeden spośród 750 radnych nie wie, jakie są jego uprawnienia?
Są próby naprawy tego bałaganu. Sejmowa speckomisja zakłada, że Warszawa, tak jak inne duże miasta, uzyska status gminy (dziś jest podzielona na 11 autonomicznych gmin) i zarazem powiatu grodzkiego (dziś jest powiatem ziemskim). Czyli, że na jedną gminę złoży się 17 dzielnic. Miastem będzie rządziła rada i wybrany przez nią zarząd z prezydentem. Liczba radnych Warszawy zmniejszy się do 100 lub 45.
Nowy, uproszczony ustrój Warszawy zacznie obowiązywać prawdopodobnie dopiero od nowej kadencji, czyli od połowy 2002 r. Obecne, przyspieszone wybory do Rady Gminy Centrum odbędą się według aktualnych przepisów.

Nie mówmy
o pieniądzach

Kandydaci na radnych kuszą wyborców żarliwymi deklaracjami poprawienia ich doli. Niektórzy, jak Jarosław Szostakowski z UW, Tomasz Oleksiak, czy Marek Krawczyk z AWS zapowiadają, że za swą pracę nie wezmą ani grosza. Trudno uwierzyć w aż taką skromność. Jak dotąd apanażowe apetyty stołecznych samorządowców – zarówno tych z Gminy Centrum, jak i z “wianuszka” – były nie do poskromienia. Gdy pazerność nabrała wymiaru skandalu, rząd wydał na mocy ustawy, obowiązujące od 1 sierpnia, rozporządzenie, które ogranicza zachłanność samorządowców. Ustalono, że podstawą naliczania diet będzie w tym roku 1490 zł brutto. Najwyższa dieta nie może przekraczać półtorej stawki – maksymalnie jest to 2235 zł brutto. W stołecznej Gminie Centrum 85 radnych – na 476 ogółem – zarabiało średnio po 4 tys. zł. Ale jeśli dochodziło do tego wynagrodzenie za komisje, kominy rosły do 9 tys. zł.
Stawki w radach dzielnicowych Centrum to około 3 tys. zł. Obniżono też apanaże w Radzie Warszawy. Słowem, uda się trochę zaoszczędzić z pieniędzy podatników, choć na obecne wybory w Gminie Centrum trzeba było odłożyć około miliona zł.

Stolica,
jakiej pragniesz

Wybory są polityczne. Taka jest ordynacja, tak też, pod sztandarem swej partii, chcą się prezentować kandydaci. Lider SLD, Leszek Miller, na otwarciu kampanii do Rady Gminy Centrum (hasło: “Warszawa, jakiej pragniesz”) nie ukrywał, że to początek maratonu wyborczego. O prezydenturę RP, miejsca w parlamencie i w samorządach w całym kraju. Przewodniczący liczy, że w każdej z tych kampanii jego ugrupowanie będzie zdecydowanym liderem. Ma ku temu pewne powody. SLD z UW rządził w Warszawie już w latach 1994-98 i sporo w tym czasie zrobiono (np. rozpoczęto budowę mostu Świętokrzyskiego, basenu, zakupiono nowe autobusy).
34-letni kandydat na radnego z ramienia SLD, Marek Rojszyk, chciałby spełnić pragnienia młodych. Jest przekonany, że oczekują oni tolerancji bez nakazów, akcji typu “Małolat”. – Nam takie pomysły – zapewnia – nie tylko nie przyjdą do głowy, ale – w razie czego – będziemy z nimi walczyć.
Wyobraża sobie, że spełnienie pragnień stołecznej młodzieży, a także przyjezdnych, bo do Warszawy wielu ciągnie na studia, to wysoki poziom edukacji. Żeby potem znaleźć się na topie drabiny płacowej. – To może zapowiadać zmagania z opornymi urzędnikami – przeczuwa Rojszyk, który ma już za sobą karierę posła. Pamięta zapowiedzi reformatorów oświaty, że w każdej szkole będzie komputer. Tymczasem nawet w Warszawie przez ponad rok czekały na ten sprzęt klasy informatyczne. I nie była to sprawa braku pieniędzy. To Gmina Centrum nie mogła przygotować przetargu.
Kandydujący były wiceprezydent Warszawy, Ryszard Mikliński, partyjnie wiceszef warszawskiej SLD, patrzy przede wszystkim na swoje miasto jako docelowy adres tych, którzy wiedzą, że tu się najlepiej w Polsce zarabia (średnia około 2600 zł), prawie nie ma bezrobocia (zaledwie 2%). I prą do niego, choć jak gąbka wsysa ludzką energię.
Również Michał Tober (SLD) nie ma wątpliwości: – Gmina Centrum w tym stanie ustrojowym to lokomotywa rozwoju całego miasta. Będzie wchłaniała coraz więcej młodych ludzi. Również tych, którzy napływają z innych miast. Trzeba przed nimi otworzyć rogatki; to dobry sposób na udrożnienie kanału awansu cywilizacyjnego. Jesteśmy w stanie sprawić – deklaruje – że centrum Warszawy stanie się miejscem życia dla najlepszych. Na początku trzeba im w tym pomóc, tworząc taką infrastrukturę, aby nie myśleli o ucieczce w rodzinne strony. To m.in. dla nich powinno być tanie budownictwo komunalne, z którego potem odskoczą pod piękniejsze adresy.
A wszystkim, słyszę w SLD, również 4 mln rocznie turystów, dla których Gmina Centrum jest wizytówką warszawskiej metropolii, potrzebna jest realizacja programu o niewyszukanej nazwie: czystość. – Rozumiem przez to – mówi Mikliński – uporządkowane miejsca publiczne, czyste przystanki komunikacji miejskiej, segregację i utylizację odpadów, a także wolne od narkotyków osiedla, parkingi, parki, szkoły i place.
To także niedopuszczanie do degradacji mieszkań komunalnych – w Gminie Centrum dotyczy to blisko 400 tys. mieszkańców. Wszyscy startujący z rekomendacji Sojuszu mówią o potrzebie remontów sypiących się śródmiejskich kamienic. Michał Tober obliczył, że w Gminie Centrum suma pieniędzy na remonty mieszkań komunalnych zmniejszyła się w ostatnim roku trzykrotnie. Ludzie boją się, że spadnie im sufit na głowę, a gospodarze gminy będą bezradni. On wie, skąd wziąć na to pieniądze: z usprawnienia systemu zarządzania mieniem komunalnym. Firmy, które stają do przetargu, są lepsze i tańsze niż stare ZBM-y.
Wojciech Szymborski, w poprzedniej kadencji dyrektor zarządu na Żoliborzu i zastępca prezydenta Warszawy w Gminie Centrum, powołuje się w swych kampanijnych obietnicach na naczelną zasadę lewicy tworzenia ludziom równych szans. Na swój prywatny użytek nazywa to dążeniem do niedziedziczenia biedy. Ładnie brzmi, ale w realizacji trzeba przewidzieć cały kompleks spraw: nowoczesna oświata, wolna od patologii szkoła i jej otoczenie, program budownictwa komunalnego. Rozumianego nie tylko jako mieszkania na wynajem.
Na drugim biegunie, przypomina, są starzy mieszkańcy. Ci, którzy wchodzili do śródmieścia zaraz po wyzwoleniu. Na Żoliborzu co czwarty mieszkaniec to już emeryt. W programie wyborczym warszawskiej SLD to trzeci priorytet – po komunikacji i bezpieczeństwie.
Przedwyborcze spotkania z mieszkańcami, ulotki, wypowiedzi w mediach, mają dodatkowe, poza kampanijnym, znaczenie: pokazują warszawiakom, ile im się należy z racji mieszkania w metropolii. Michał Tober niespodziewanie dostał oklaski za projekt centrum zarządzania kryzysowego: taki ośrodek, którego się nie docenia, póki nie przyjdzie jakiś losowy kataklizm.
Wszyscy kandydaci spotykają się z pytaniem: skąd pieniądze na szlachetne pomysły. W takich sytuacjach SLD przypomina: do kasy stolicy wraca z podatków mieszkańców zaledwie co ósma wypracowana w gminie złotówka. To się musi zmienić. Pieniędzy na inwestycje trzeba szukać nie tylko w budżecie miasta, ale i na zewnątrz, w skarbcu państwa. Budowanie np. niezbędnej w stolicy infrastruktury drogowej (obwodnice) nie jest wyłącznie sprawą samorządu.
Stołeczność Warszawy – mówi Jan Wieteska, b. burmistrz w Gminie Centrum – to nie są tylko zadania na lokalną miarę. Stołeczność wymaga porządnego portu lotniczego, dworca kolejowego, obszaru wystawienniczego, prawdziwego stadionu piłkarskiego, itd. Bo tam się wyrabia opinie o Polsce.

Bez czystej karty

Czterech byłych radnych UW z Ochoty stanie lada dzień przed sądem. Pozwał ich komitet wyborczy AWS w Gminie Centrum. Poszło o jedno zdanie z ulotki podsumowującej dwa lata pracy radnych Unii w samorządzie Ochoty. Napisano tam, że “ostatnia kadencja samorządu w naszej gminie i dzielnicy została przerwana z powodu nieodpowiedzialnych zachowań części radnych AWS”. Radny Karski z AWS twierdzi coś odwrotnego: “Bezpośrednim powodem rozwiązania samorządu i wyznaczenia przedterminowych wyborów były bezprawne poczynania radnych UW i SLD w Radzie Gminy Centrum. (…) Radni AWS nie brali w tym udziału”. Łukasz Abgarowicz, szef komitetu wyborczego UW, ma do tego tylko jedno zdanie komentarza: – Jeśli władza źle działa, musi ją zweryfikować społeczeństwo.
Godnie sformułowane, oby nie uderzyło w obie skłócone partie rykoszetem. Długa jest lista skandali wywołanych ostatnio przez radnych AWS, a także – choć w mniejszym zakresie – samorządowców rekomendowanych przez Unię Wolności. Ludzie pamiętają, bo nie dało się tego ukryć za zamkniętymi drzwiami.
Radny Andrzej Smirnow (AWS) był w 1998 r. najmocniejszym kandydatem swej partii na prezydenta Warszawy. Zaraz po wprowadzeniu do gminy komisarza powiedział publicznie, że w Warszawie jest korupcja, tylko układ trzyma ją pod kloszem. I tym się skompromitował do końca. Szefując komisji zajmującej się przydziałem lokali komunalnych, załatwił mieszkanie swojej żonie, którą popierał jako nie znaną mu bezdomną repatriantkę z Ukrainy. Julia Pitera, radna Rady Warszawy, przewodnicząca komisji rewizyjnej, która na znak protestu wyszła z AWS i wraz z 8 kolegami utworzyła klub Zgoda Warszawska, nagłośniła, w czyje ręce szła 3-procentowa pula mieszkań, oddana do dyspozycji prezydenta Warszawy, Marcina Święcickiego. Okazało się, że ekskluzywne mieszkanie w pięknej kamienicy w centrum Warszawy, 83 m kw., gdzie cena za 1 metr sięga 8 tysięcy zł, otrzymał prawie za darmo wiceszef warszawskiej prokuratury, Zbigniew Goszczyński. Petent twierdził, że jego dotychczasowe mieszkanie jest za małe dla niego i rodziny. Potem okazało się, że na 83 metrach zamieszkał sam.
Jerzy Zass, były radny UW, otrzymał 128-metrowe mieszkanie komunalne na Mokotowie w zamian za 42-metrową własnościową kawalerkę. Choć po ujawnieniu skandalu decyzję przydziału unieważniono, eks-radny nie zamierza oddać mieszkania. Trwa proces o eksmisję.
Ubiega się o mandat Henryk Skrobek z AWS, znany z tego, że “zachorował” w dniu, gdy koalicja UW-SLD zamierzała pozbawić go prawa przewodniczenia obradom gminy. Również startuje ponownie Anna Wysocka, dyrektorka dzielnicy Śródmieście z Ruchu Stu, popierana przez AWS. To ta, która dała mieszkanie radnemu ze swego ugrupowania, Andrzejowi Smirnowowi. O mandat stara się Paweł Poncyliusz z Ruchu Stu. Jego żona zamierzała bezprawnie przekształcić trzy wynajmowane garaże (180 m kw.) na pawilon handlowy u zbiegu ulic Świętokrzyskiej i Mariańskiej. Przeszkodziła im w tym Teresa Wyszyńska, unijna zastępczyni Wysockiej, bo oszacowała straty gminy na 1mln zł.
NIK obliczył, że w Warszawie takich przypadków było 159. Na sprzedaży po symbolicznych cenach mieszkań politykom i urzędnikom skarb państwa stracił 9 mln złotych.
AWS zapowiadał, że w obecnych wyborach zweryfikuje kandydatów. Nie będzie więc na liście Bogdana Tyszkiewicza, b. radnego Gminy Centrum, który w maju tego roku pijany wymachiwał pod blokami na Saskiej Kępie bronią. Ani Andrzeja Smirnowa z AWS. Ale przeczołgali się inni bohaterowie przerwanej dekady. Między innymi b. radny, Andrzej Szklarski z AWS, wiceprezydent Warszawy, który z rzekomym zwolnieniem chorobowym wyjechał za granicę do Turcji. Nie pojawiał się w pracy, bo od miesiąca czekało na niego wypowiedzenie. Startuje też b. radny ZChN, Ryszard Makowski, w zeszłej kadencji wiceprzewodniczący Rady Gminy Centrum, który w trosce o własny interes, bo chcieli go odwołać, wsławił się zerwaniem słynnej sesji radnych Centrum 30 marca br. W efekcie wybuchł największy kryzys samorządowy w stolicy, co doprowadziło do, kosztujących milion złotych, przedterminowych wyborów. Makowski, działacz ZChN, też nie był zwolennikiem umartwiania się. Gdy znalazł się u władzy, załatwił sobie atrakcyjną, za psie pieniądze, zamianę mieszkania.
Te wszystkie fakty są już mniej lub więcej znane warszawiakom. Jest mało prawdopodobne, że stracą pamięć o tym, co działo się w Ratuszu za ich, podatników, pieniądze. Dlatego, choć program radnych Sojuszu jest w dużej mierze podobny do głoszonego przez partie prawicy, (koń jaki jest, każdy widzi), to jest pewna różnica między kandydatami różnych opcji na starcie.

Kalendarium walk o władzę
– LUTY-Wrzesień 2000
Koniec lutego – Rządząca w koalicji AWS nie popiera Pawła Piskorskiego z UW w wyborach prezydenta Warszawy. Unia znajduje poparcie opozycyjnego SLD. Radni AWS bojkotują obrady.
30.03 – Wiceszef Rady Gminy Centrum, Łukasz Abgarowicz (UW), przejmuje prowadzenie sesji Rady, łamiąc statut Gminy.
6.04 – Na posiedzeniu zwołanym przez Abgarowicza radni Centrum z SLD i UW wybierają Zarząd Gminy z burmistrzem, Janem Wieteską – szefem warszawskiego SLD – na czele.
5.05 – Wojewoda mazowiecki, Pietkiewicz, unieważnia wybór Zarządu Gminy Centrum.
9.05 – Radni SLD i UW zaskarżają decyzję wojewody do NSA.
16.05 – Wojewoda występuje do premiera o powołanie komisarza w Gminie Centrum.
17.05 – Premier wyznacza na komisarza mec. Andrzeja Hermana, byłego likwidatora majątku po PZPR.
1.06 – NSA stwierdza, że decyzja premiera o powołaniu komisarza jest nieprawomocna. Premier przyjął dymisję Hermana.
3.03 – Burmistrz Wieteska wraca ze swą ekipą.
7.07 – Sprawa unieważnienia wyborów do Zarządu Gminy trafia do NSA.
9.07 – NSA nie podziela większości argumentów wojewody. Uznaje, iż Rada Gminy Centrum działała w sposób prawidłowy i wobec obstrukcji polityków AWS miała prawo powierzyć prowadzenie obrad prezydentowi m. st. Warszawy, Pawłowi Piskorskiemu. Decyzja NSA ostatecznie przecina zamiary wprowadzenia zarządu komisarycznego na 2 lata. SLD podtrzymuje stanowisko, że decyzja premiera o wprowadzeniu zarządu komisarycznego była polityczna, a jej jedynym celem było zachowanie władzy przez ludzi AWS w Gminie Warszawa Centrum wobec powstania nowego układu politycznego. Nie mieli też pełnej racji politycy SLD i UW. Ich sesja była wprawdzie legalna, ale zarząd z burmistrzem wybrano w sposób nieprawidłowy. Premier wyznacza nowego komisarza – Józefa Płoskonkę – i ogłasza przedterminowe wybory na 24 września.

Gminne rekordy:
– Największą inwestycją w Gminie Centrum będzie kompleks handlowo-usługowo-rekreacyjny Złota Center. Ma kosztować 400 mln dolarów. Planowana powierzchnia: 165 tys. m kw., podziemny parking na 1,6 tys. samochodów, wielopoziomowe centrum handlowe, biura, kina, kawiarnie i restauracje. Będzie nawet ślizgawka.
-Do tej pory największą powierzchniowo i najwyższą budowlą jest Warszawskie Centrum Finansowe przy zbiegu ulic: Świętokrzyskiej i Emilii Plater. Budynek ma 150 m wysokości i 70 tys. m kw. powierzchni. Na 37 piętrach są biura, centrum odnowy biologicznej, kawiarnie i restauracja z widokiem na miasto. Koszt tej inwestycji to: 120 mln dolarów. Cena jednego metra powierzchni biurowej: około 3 tys. dolarów.
– Obecny rok jest rekordowy, jeśli chodzi o inwestycje drogowe. Do Alei Prymasa Tysiąclecia Gmina Centrum dołożyła 30 mln zł. 50 mln zł otrzymała z kasy rządowej.

 

Wydanie:

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy