Ważny dekret prymasa Polski

Zapiski polityczne

Dekret księdza kardynała Glempa, ograniczający na terenie archidiecezji warszawskiej działalność biur Radia Maryja, wydał mi się dobrym sygnałem w tej smutnej sprawie powstania i działania swoistej sekty religijno-politycznej utworzonej przez dyrektora Rydzyka, siejącego jak Polska długa i szeroka nienawiść. Tak trzeba to nazwać, szczególnie wtedy, gdy obserwuje się – jak mnie to przychodzi czynić – polityczną stronę tego religijnego schorzenia.
Wydawało się, że w ślad za kardynałem, który już nie po raz pierwszy próbował poskromić Rydzykową sektę, pójdą inni biskupi i zbiorowym wysiłkiem uwolnią nasze życie od siewców wrogości Polaka do Polaka. Niestety. Wśród hierarchów Kościoła panuje swoisty lęk przed stanowczymi decyzjami odnośnie działalności fanatycznego przywódcy owej sekty. Przypuszczam, a jest to zagrożenie realne, że istnieje wśród hierarchów poważna obawa, iż surowe i jedynie racjonalne decyzje, kładące kres jawnie sprzecznej z ewangelicznymi ideałami działalności toruńskiego despoty, mogą doprowadzić do powstania jakiejś maryjnej, może nie aż herezji, lecz niewygodnej dla kościelnej władzy niesubordynacji dyrektora Rydzyka i jego sfanatyzowanych wyznawców.
Młyny Boże mielą powoli, ale na ogół skutecznie, więc można założyć, iż któregoś szczęśliwego dnia cierpliwość hierarchów się wyczerpie, a także ogień fanatyzmu wypali się z biegiem czasu i wtedy zostaną podjęte decyzje kładące kres tej jawnej bezbożności ustrojonej w modlitewną szatę. Podziwiam bezbrzeżną cierpliwość księdza prymasa kardynała. Ładnych kilka lat temu znana stała się sprawa jego listu do przełożonego zakonnego dyrektora Rydzyka, zawierającego skierowane właśnie na ręce owego przełożonego łagodne upomnienie toruńskiego despoty. Odpowiedź była zaskakująco niegrzeczna, świadcząca o wyraźnym braku posłuszeństwa wobec Prymasa Rzeczypospolitej. Gdyby coś takiego spotkało kardynała Wyszyńskiego, dalsze losy obu mnichów, tego z Torunia i jego zakonnego przełożonego, zostałyby natychmiast przesądzone i byłyby nie do pozazdroszczenia. Obecny nasz prymas jest człowiekiem łagodnym i mądrze wyrozumiałym, zresztą kieruje Kościołem w całkiem już innej epoce, niż to przypadło w udziale kardynałowi Wyszyńskiemu.
Niepokoją w tej sprawie płynące z innych kurii biskupich deklaracje, że – jak na razie – podobne antyrydzykowe dekrety nie będą wydawane. Szkoda tym większa, iż dla oświeconej, coraz liczniejszej części Polaków rydzykowa wersja katolicyzmu szukająca poparcia wśród ludzi niewykształconych, prymitywizm i łatwo popadających w różne odmiany nienawiści do wszystkich i do wszystkiego, co jest trudne do zrozumienia, odchodzi wraz z tym rodzajem wiernych szybko w przeszłość. Nadzieją Kościoła katolickiego w Polsce nie są tacy wierni, jakich skupia w szeregach radiomaryjnej sekty dyrektor Rydzyk, ale są nimi raczej uczniowie księdza Tischnera.
Dla coraz liczniejszej oświeconej części polskiego społeczeństwa bardzo niepokojące stają się jawne i silne związki – ciemnego i łaknącego krwi wrogów – polskiego nacjonalizmu z rydzykolubnym katolicyzmem. To nie jest przypadek, lecz prawidłowość, że właśnie w przykościelnych kioskach księgarskich sprzedawana, czyli upowszechniana, jest literatura wszelkiej nienawiści. Owe wypociny carskiej policji znane pod nazwą „Protokołów mędrców Syjonu” i wszelka inna nacjonalistyczna tandeta intelektualna świadcząca, to nie jest żart, ale tragiczna prawda, o rozpaczliwie niskim poziomie moralnym oraz intelektualnym nabywców tych dzieł.
Ciemny i groźny nacjonalizm polski ma mocne wsparcie w szerokich kręgach kleru katolickiego, jak można sądzić po wysłuchaniu wielu kazań nie tylko zwykłych księży, ale i niektórych biskupów. Gdyby było inaczej, niż piszę, nie znajdowalibyśmy w kościelnych murach półek wypełnionych literaturą propagującą wrogość i skrajną nienawiść do wszystkiego, co dla polskiego ciemniaka jest mało zrozumiałe, więc tym samym godne najwyższego potępienia.
Nie twierdzę, iż nie ma w tej chwili – w jakiej żyjemy – poważnych zagrożeń dla wiary w Boga, dla kościelnej tradycji miłosierdzia, dla dążenia do świętości ułomnej istoty ludzkiej. Upada także, chyba nieodwracalnie, bliska pogaństwu wiara w cudowną moc uzdrowicielską wody ze świętych źródeł i objawień. Groźna także dla przyszłości religii katolickiej jest tolerowana i traktowana jako prawda legenda o wykorzystywaniu niewinnych dzieci, ćwiartowanych na drobne kawałki, by uzyskać krew na żydowskie rytualne mace. Takie obrazy zdobią nadal ściany niejednej świątyni. Z takich zaćmień umysłu zrodziła się straszliwa zbrodnia w Jedwabnem, o której ujawniona prawda spotkała się z tak trudnym do zrozumienia zachowaniem niektórych hierarchów Kościoła.
Piszę o trudnych i bardzo bolesnych sprawach, ale milczenie o nich przynosi w moim przeświadczeniu większe zgorszenie niż prowokowanie oczyszczającej dyskusji o ułomnościach naszej wiary, pojmowanej jako ważna cząstka życia polskiej społeczności. Religia i naturalna dla sporej części Polaków pobożność, potrzeba nadprzyrodzoności nie mogą i nie powinny być przystanią wszelkich nacjonalizmów i wrogości do tych, którzy myślą odważniej i mają przed oczami szerszy horyzont intelektualny i moralny, niż to się spotyka u większości ludzi opanowanych którąś z odmian nienawiści.
Ponure jest także to, że polska prawica polityczna odwołuje się często i bez skrupułów do upodobań i przekonań ludzi o bardzo wąskich horyzontach intelektualnych, przepojonych nacjonalizmem, który oni sami postrzegają jako patriotyzm. Zdobywanie takich stronników w polityce to bardzo łatwy żer dla leniwych polityków. Ostatnie cztery lata rządów prawicy pokazały, jak niebezpieczne dla kraju może być oddawanie władzy w ręce ciemniaków.

5 września 2002 r.

 

 

Wydanie: 36/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy