Werbowani dziennikarze

Werbowani dziennikarze

Skandal w niemieckich służbach specjalnych

Niemiecki wywiad zagraniczny Bundesnachrichtendienst (BND) obchodzi 50. rocznicę istnienia. Niestety, wśród funkcjonariuszy panują smętne nastroje. Agenci zostali bowiem oskarżeni o to, że szpiclowali, a także wykorzystywali jako informatorów dziennikarzy i ludzi mediów. Według gazety „Berliner Zeitung”, funkcjonariusze BND rejestrowali rozmowy telefoniczne i przechwytywali redakcyjne faksy. Tygodnik „Stern” napisał, że w hamburskim mieszkaniu redaktora Hansa Petera Schütza, zajmującego się służbami specjalnymi, znaleziono urządzenie podsłuchowe. Były dziennikarz magazynu „Focus”, Erwin Decker, przyznał, że dostarczał BND wiadomości na temat prywatnego życia swego redakcyjnego kolegi, Josefa Hufelschultego.
Raporty odbierał osobiście dyrektor ds. bezpieczeństwa wywiadu zagranicznego, mającego centralę w Pullach w Bawarii, Volker Foertsch. „Ten kolega zdradził kiedyś moje źródła informacji. Po prostu

chciałem się zemścić”

– wyjaśnił swe motywy donosiciel Deckert. Początkowo pragnął poturbować znienawidzonego dziennikarza, ale ponieważ Hufelschulte z zamiłowania uprawia boks, ostrożny Decker postanowił wziąć odwet w bardziej wyrafinowany sposób. Josef Hufelschulte zapewnia, że wydarzenia rozegrały się inaczej: „Jeśli Decker czuł się pokrzywdzony, mógł się zwrócić do redaktora naczelnego, a nie od razu biec do BND”.
Takie i inne żenujące dla wywiadowców szczegóły afery podaje niemiecka prasa. Politycy opozycji nie posiadają się z oburzenia. Była minister sprawiedliwości i parlamentarzystka liberalnej partii FDP, Sabine Leutheusser-Schnarrenberger, porównała metody wywiadowców do działań wschodnioniemieckiej tajnej policji STASI, która także ustanowiła system kontroli krytyków i ludzi niewygodnych. Zdaniem byłej minister, afera służb specjalnych będzie miała fatalne skutki zwłaszcza w nowych krajach federalnych, których mieszkańcy dobrze pamiętają wszechobecnych szpiclów STASI. Przewodnicząca frakcji Zielonych w Bundestagu, Renate Künast, wyraziła się jeszcze dobitniej: oto BND przemienił się w „świński interes”.

Poirytowana kanclerka federalna,

Angela Merkel, zabroniła wywiadowcom inwigilowania dziennikarzy lub werbowania ich w charakterze „źródeł” na terenie Niemiec.
Nielegalna „operacja” rozpoczęła się w 1993 r. Publicysta Erich Schmidt-Eenboom wydał wtedy książkę krytyczną wobec działań niemieckiego wywiadu, w której ujawnił także kilka sekretów BND. Rozsierdzeni szefowie wywiadu z Pullach postanowili sprawdzić, kto jest autorem „przecieku”. Schmidt-Eenboom został poddany obserwacji. „Smutni panowie” z Bundesnachrichtendienst nie popisali się pomysłowością. Po prostu każdej czwartkowej nocy potajemnie zabierali stare papiery z kosza koło biura niepokornego autora. Liczyli, że znajdą w nich cenne materiały. Niestety, zapomnieli zamieniać papier na inny, tak że mieszkańcy domu zorientowali się, że „ktoś” zbyt często zabiera śmieci. Schmidt-Eenboom twierdzi, że na tym nie poprzestano. W 1996 r. w jego mieszkaniu technicy znaleźli urządzenie, kierujące dane telefoniczne i faksowe do nieznanego adresata. Podobno publicysta otrzymywał anonimowe telefony, iż jeśli ujawni prawdę o inwigilacji, „może zostać w każdej chwili zarżnięty” przez agentów wywiadu.
Pierwsze informacje o aferze opublikowano w październiku 2005 r. Ówczesny szef BND, August Hanning, zapewniał, że to już stara, zamknięta sprawa z lat 90. Były sędzia sądu federalnego, Gerhard Schäfer, rozpoczął jednak na wniosek Gremium Kontroli Parlamentarnej (PKG) dochodzenie w tej sprawie. W maju br. Schäfer przedstawił PKG 170-stronicowy raport. Dokument ten był tajny, znany tylko garstce parlamentarzystów, wiele szczegółów jednak natychmiast przedostało się do prasy, co wzbudziło gniew polityków z koalicji rządowej socjaldemokratów i chadeków. Okazało się, że afera ma szerszy zasięg, niż do tej pory przypuszczano. BND dopiero jesienią 2005 r. zerwała kontakty z redaktorami donosicielami. Jeden z nich, Wilhelm Dietl z magazynu „Focus”, szpiegował swych kolegów tak gorliwie, że sporządził aż 860 raportów i dostawał z Pullach królewskie honoraria, których łączna wartość przekroczyła 600 tys. marek. Dietl otrzymał od BND operacyjny kryptonim „Dali”. Inny dziennikarz „Focusa”,

o kryptonimie „Kempinski”,

zastanawiał się wspólnie z wywiadowcami z Pullach, kto z funkcjonariuszy Bundesnachrichtendienst jest informatorem konkurencyjnego tygodnika „Der Spiegel”. Redaktora magazynu „Focus”, znanego tylko jako H., śledziło aż ośmiu wywiadowców w trzech samochodach. Nie jest jasne, kto wydał rozkaz inwigilacji dziennikarzy i kto spośród elity władzy o niej wiedział. Być może wyjaśnią to kolejne dochodzenia. W każdym razie afera okazała się kompromitująca dla wywiadu zagranicznego Niemiec, i tak oskarżanego o niezgodne z prawem pomaganie CIA i Amerykanom podczas inwazji na Irak. Także niektórzy dziennikarze czerwienią się ze wstydu, gdyż tak skwapliwie wstąpili do dobrze płatnej „Spółdzielni Ucho”.

Wydanie: 21/2006

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy