Wezwanie

Wezwanie

Listonosz wręcza mi sądowe wezwanie i patrzy ze współczuciem. Czytam na kopercie: „Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu”. Co to jest?! Drżącą ręką podpisuję odbiór, rozrywam kopertę i czytam: „Wezwanie”. Jako podejrzanego? Nie! Na szczęście jako świadka, uff, co za ulga. Kto wzywa? „Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu (…) w sprawie: bezprawnego pozbawienia wolności działaczy opozycyjnych w grudniu 1981 r. na terenie b. woj. warszawskiego na podstawie decyzji o ich internowaniu”. Teraz kłębowisko paragrafów – jak żmije w pudle ze spinaczami. Pachnie wielkim urzędem. Mam się stawić wyznaczonego dnia, dla mnie o świcie, czyli o 9.30. Grożą karami finansowymi lub doprowadzeniem pod przymusem. Już widzę siebie w kajdankach, z dowodem w zębach. Dla mnie ta godzina to świt właśnie z powodu „zbrodni”, jakiej na mnie dokonano. To nie żarty. Początek mojej bezsenności to całonocne przesłuchanie na Rakowieckiej, potem Białołęka. Mam więc być świadkiem w sprawie „zbrodni przeciwko narodowi polskiemu”. A czy ja zasługuję, żeby być „narodem polskim”? Nie mam przodków tylko słowiańskich, do kościoła nie chodzę. Chyba nie jestem „naród polski”. A na dodatek, drogi Instytucie Pamięci Narodowej, nie mam już po latach przekonania, że to była zbrodnia przeciwko narodowi. Odmieniło mi się. Czemu więc po tylu latach głowę mi zawracacie? Miałem dość zawracania głowy: rok ukrywania się w stanie wojennym, internowanie, a w sumie 12 lat działalności opozycyjnej. I tu na dodatek Prezes z rocznicy 13 grudnia robi oręż do walki z demokracją.
Nowe święta to uganianie się, kupowanie, obżeranie się, picie, najmniej w tym ważne narodzenie boże. Diabeł komercji wyjadł nam święta od środka. Nie znam już nikogo, kto nie czułby się wtedy zagoniony. Gdzie tu miejsce na religię? Pamiętam, że gdy w latach 90. mieszkałem w Sztokholmie, zdumiewało mnie, że święta zaczynają się tam już w listopadzie. U nas robi się podobnie. A przecież święta nie mogą trwać za długo, gdyż tracą wtedy swoją wyjątkowość, czyli świętość swą.
Pamiętam święta z lat 50., obchodzono je obok ówczesnej rzeczywistości, a też jej na przekór. Ich kolory na przekór dookolnej szarości. Teraz za to możemy oglądać liczne biedy naszego dobrobytu. Najradośniejsze święta były oczywiście w dzieciństwie. Czy samo dzieciństwo nie jest ruchomym świętem? Dawne święta w pamięci zlewają mi się w jedno. Rozpacz, że nie ma śniegu, a czasami radość, że przysypał okoliczne ruiny. Te ruiny były ważną częścią mojego dzieciństwa. Choinka, lepienie łańcuchów, kruchość bombek – tym cenniejsze, że tak kruche. Czasami rozpacz, że choinka za mała, a powinna być do sufitu. Pamiętam, że kiedyś zaglądam do pokoju, szok, drzewko leży, a bombki roztrzaskane. Poczucie totalnej katastrofy. To doświadczenie musi być bardzo wczesne, czuję, że jest z mojej głębokiej warstwy geologicznej. Szalony bieg do rodziców z tą straszną nowiną. Jest już karp w wannie. Ekscytacja, że w domu mamy nowego lokatora. W wannie zwroty i chlupoty, jego przerażające oko bez powieki. A potem nagle ten karp już martwy. Kiedy rozmawiam ze znajomymi, wszyscy mają w dzieciństwie takiego zamordowanego karpia. To pierwsze tak dotykalne doświadczenie śmierci.
Najsmutniejsze moje święta to te po wprowadzeniu stanu wojennego. Początek mojego „niemieszkania w domu”. Żadna proza ani żaden wiersz nie udźwignie wewnętrznego poruszenia, bardziej zdumienia niż smutku, gdy widzę czteropiętrowy blok na Sadybie, na ostatnim piętrze mieszkanie, w nim światło. Mój mały synek i żona. A ja nie mogę tam wejść. A więc „nawet absurd ma swój blask”, napisałem w jakimś wierszu.
Piszę przed 13 grudnia. Nie wiem, jak zachowa się ta część społeczeństwa, która przyjdzie na manifestację. Coraz większe jest nasze wzajemne niezrozumienie. Proszę o uważną lekturę haseł na transparentach, notowanie tego, co ci ludzie będą mówić. Czy będą awantury? Umiarkowanie radykalni przyciągają wielkich radykałów. A to dla PiS byłaby katastrofa. Ale gdy coś się zdarzy, i tak powiedzą, że to prowokacja mrocznych sił rządzących Polską. Droga myślenia już wytyczona: przegrane wybory prezydenckie – sfałszowane, parlamentarne – tym bardziej. Wygrane – też byłby lepszy wynik, gdyby nie fałszerstwa. Przy okazji można podgrzać mit smoleński, bo już ostygł. To nauka „odwrotnego myślenia”. Biedny Piłsudski, szlag by go trafił, że pod jego pomnikiem kończy pochód formacja, która była mu wstrętna, czyli endecja w nowej formie, więc neoendecja. Od Dmowskiego powinni zacząć i na Dmowskim skończyć.

Wydanie: 51-52/2014

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy