Wieczór z Kisielem

Wieczór z Kisielem

Obrońca zdrowego rozsądku, nonkonformista, zwierzę polityczne – tak wspominany jest Stefan Kisielewski

– Część z państwa miała do czynienia ze Stefanem Kisielewskim poprzez jego eseje, część poprzez felietony, powieści albo utwory muzyczne. Jednak większość z państwa miała z nim do czynienia poprzez polemiki – tymi słowami Jerzy Kisielewski, syn Stefana, wita gości zgromadzonych w warszawskim Klubie Księgarza na spotkaniu zorganizowanym przez Wydawnictwo Iskry 27 września br. w 90. rocznicę urodzin i dziesiątą rocznicę śmierci sławnego Kisiela. Na sali rozlegają się śmiechy, wiele oczu z zainteresowaniem wpatruje się w Mieczysława Rakowskiego, który uśmiechem odpowiada na uśmiech pana Jerzego. Atmosfera się rozluźnia. I o to właśnie chodzi Jerzemu Kisielewskiemu – nie chce, żeby spotkanie przypominało stypę czy nadętą imprezę „ku czci”, jakich jego ojciec nie znosił. Goście rozglądają się, żeby sprawdzić, o jakich polemistach mowa. Są tu politycy, dziennikarze, naukowcy, pisarze, za to muzyków nie ma, bo też Kisiel jest dziś znany głównie jako publicysta, a nie kompozytor, czego trochę szkoda.
Pan Jerzy opowiada o ojcu „prywatnym”, którego tu przypomina jego stary, wysłużony rower Ural, wyglądający jak rekwizyt z jakiegoś powojennego filmu. – Ojciec nie chciał mieć nowoczesnego, górskiego roweru, nie potrafił posługiwać się ręcznymi hamulcami. W ogóle był na bakier z techniką. Na przykład lubił jeździć samochodem, ale nie miał pojęcia o prowadzeniu. Kiedyś długo obserwował mnie za kierownicą, po czym zapytał: „Dlaczego czasami tak często ruszasz tym patykiem (chodziło o lewarek zmiany biegów), a potem długo jedziemy i wcale nim nie ruszasz?”.
Z opowieści i anegdot pana Jerzego wyłania się człowiek pogodny, wiecznie zajęty, niemający czasu dla rodziny, zaangażowany w bieżące wydarzenia, nałogowy czytelnik wszelkich, także kiepskich, gazet.
– Jego nieszczęście polegało na tym – uważa prof. Janusz Tazbir – że był z zamiłowania i temperamentu publicystą, a nie mógł wypowiadać się na bieżąco i wprost na temat współczesnej rzeczywistości.
Minister Barbara Labuda wspomina go przede wszystkim jako człowieka bezkompromisowego. – Kiedy wróciłam z Paryża, miałam lewackie poglądy, niepopularne w kraju. Uderzyło mnie wtedy, że cała nasza opozycja, z Michnikiem i innymi, jest dość mieszczańska. Nie wolno było wyłamywać się z pewnych ustalonych na naszych salonach norm, kwestionować uznanych prawd i osób. Kisiel był jedynym, który się wyłamywał, kwestionował – i tym mi imponował.
Po tych słowach pani Labuda, ku zaskoczeniu obecnych, wyjmuje kilka stron przygotowanych na dzisiejsze spotkanie aforyzmów Kisiela i odczytuje niektóre z nich. Największy szmer na sali budzą dwa: „Demokracja jest najbardziej pociągająca, kiedy jest nieobecna” oraz „Są ludzie, którzy wiedzą, jak wykorzystać niezadowolenie mas, i są tacy, którzy wiedzą, jak nim pokierować”.

Szpileczki z „Abecadła”

Wiele śmiechu, ale też i niepokoju budzą fragmenty „Abecadła Kisiela” czytane przez Krzysztofa Kolbergera. Zwłaszcza wtedy, gdy dotyczą siedzących na sali gości.
„Antoni Marianowicz – czyta aktor, a wszyscy, oczywiście, wbijają oczy w wymienionego – to mój przyjaciel. Uważam, że zdolny i sympatyczny, doskonały satyryk” (szef ZAiKS-u skromnie spuszcza wzrok, ale widać, że mu przyjemnie).
„Adam Hanuszkiewicz: nie za wielki aktor, nie za wielki reżyser, ale człowiek kultury („Miał nosa, że nie przyszedł”, słychać komentarze). Bardzo ciekawy, jednak nie orzeł, ale taki szalenie zapalony do sztuki. Jeździ po Niemczech, po Finlandii, gdzieś tam reżyseruje. Nie zna języków, ale robi to doskonale…”.
„Bronisław Geremek: bardzo pełen wdzięku, bardzo inteligentny, u niego brak programu nie przeszkadza (chichot na sali), ponieważ on ma ogólniejsze spojrzenie, historyczne, powiedziałbym. To rzadki talent polityczny… to jest mój kandydat na premiera” (konsternacja, ludzie szepczą: „Ciekawe, on tak na serio, czy żartował?”).
Największe zainteresowanie budzi hasło „Mieczysław Rakowski”. Kolberger musi chwilę poczekać, aż szepty „po lewej, w trzecim rzędzie, koło Koźniewskiego”, ucichną.
„Znany nam wszystkim. Ja może więcej z nim miałem kontaktu, dlatego że on się ożenił z Wandą Wiłkomirską, skrzypaczką. Znałem go wtedy. Muszę powiedzieć, że to byli niesłychani bojownicy ZMP po wojnie. Jeździli na wieś, namawiali chłopów do kolektywizacji i zostali ukamienowani gdzieś pod Kielcami. Więc to był ideowy człowiek. Potem bardzo dobre pismo redagował. „Polityka” miała swoje momenty. Tylko że on się ciągle wieszał w tym KC, chciał robić partyjną karierę, a ciągle mu nie szło (śmiech). Kiedy został wicepremierem, ja miałem nadzieję, że się zajmie sprawami ekonomicznymi, na których się trochę zna. A on się wziął do propagandy, do pertraktacji z robotnikami. No i zdepopularyzował się potwornie, czego do dziś nie rozumie, zdaje się. Jak na komunistę jeszcze jest możliwy – dość inteligentny”.
Sala wybucha głośnym śmiechem na to „dość inteligentny”, Rakowski też się śmieje. – Ukłuł pana lekko, ale ciepło – dodaje syn Kisiela. Rakowski, wywołany do odpowiedzi, mówi, że wprawdzie nie był bojownikiem ZMP, na wieś nigdy z żoną nie jeździł, bo po pierwsze, żona studiowała wtedy za granicą, a po drugie, on nie popierał kolektywizacji, nikt też nie próbował ich ukamienować… ale miło mu, że został uznany za „dość inteligentnego”.

Smakoszem nie był

Niepokój wielu gości budzi zawarta w zaproszeniu informacja, że na koniec spotkania będzie poczęstunek: ulubione dania Kisiela. Sypią się anegdoty o tym, że Kisiel miał niebywały talent do wyszukiwania najgorszych restauracji, gdziekolwiek się znalazł, a w tych restauracjach wynajdował najgorsze potrawy. Ktoś wspomina wspólny obiad z Leopoldem Tyrmandem, który zamówił wykwintne danie i narzekał, że ohydztwo zamówione przez Kisiela („jakieś kwaśno pachnące nerki czy płuca”) odbiera mu apetyt.
– Proszę się nie bać, menu przygotowałem ja – uspokaja gości Wiesław Uchański, szef Iskier, wydawca Stefana Kisielewskiego.
Przy stole jedni goście opowiadają sobie anegdoty o Kisielu, inni odmieniają patetyczne słowa: „prorok”, „wiecznie żywy”, „wybitny Polak”. Ktoś wzdycha, że przydałby się nam taki minister kultury: dobrze wykształcony (miał studia polonistyczne i muzyczne), mający autorytet, nie dający sobie w kaszę dmuchać.

Ale zastanawiam się, czy jego myślenie o kulturze jest popularne. W wyborze „Publicystyki przedwojennej” czytamy: „Plagą naszego życia kulturalnego jest to, że wszyscy chcą gadać o problemach ogólnych, rozwiązywać problemy najwyższe, walić w wielki dzwon idei, a nikt nie chce przejść drogi pośredniej od problemów mniejszego kalibru wymagających dyscypliny i rzetelnego przygotowania intelektualnego”. Tak pisał Kisiel przed wojną, ale czy tych słów nie można odnieść do dnia dzisiejszego?

 

Wydanie: 41/2001

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy