Pragmatyk do szpiku kości

Pragmatyk do szpiku kości

Prawdziwe kolekcjonerstwo polega na udostępnianiu sztuki, a nie na samotnym oglądaniu obrazów po wyjęciu z sejfu


Marek Roefler – kolekcjoner sztuki i biznesmen


Od 44 lat prowadzi własny biznes, a zaczynał zaraz po studiach – fizyka na Uniwersytecie Warszawskim. Tam poznał Piotra Wiślickiego, przyjaciela i wspólnika. Na początek była mała firma konfekcyjna, a potem, od 1983 r., obaj razem prowadzą Dantex. Nie zaniedbują też swoich pasji. W przypadku Wiślickiego to Muzeum POLIN, Roeflera – kolekcjonowanie obrazów École de Paris i obiektów art déco. By je pokazać światu, wyremontował dwie przeszło 120-letnie zrujnowane wille, które przeobraziły się w nowoczesne muzea. Mają jedną nazwę: Villa la Fleur (kwiat). W pierwszym odbyło się kilkanaście wystaw, m.in. prac Henryka Haydena, Henryka Epsteina, Simona Mondzaina, Natana Grunsweiga, Alicji Halickiej, Maurycego Mędrzyckiego i Josepha Pressmane’a.

„Wiele zawdzięczam ojcu”, mówi Marek Roefler. Jako nastolatek toczył z nim wojnę, miał włosy do ramion i ukochaną – mężatkę z dzieckiem. Mimo nakazów ojca niczego nie chciał skracać ani nikogo porzucać. Nie chciał także jeździć konno, na nartach ani polować. Brak kieszonkowego od ojca okazał się inspiracją do rozwijania przedsiębiorczości. Oznaczał pracę w każde studenckie wakacje, u polskich rolników i za granicą, za to z niezłym finansowym rezultatem.

Gdy w 1971 r. ojciec, dyrektor szpitala, umiera, Marek ma 19 lat i zostaje głową rodziny, a potem przez całe życie, gdy dzieje się coś ważnego, zadaje sobie pytanie: „Co ojciec by na to powiedział, jak zareagował?”, ale zaświaty uparcie milczą.

Poświęcona Tamarze Łempickiej wrześniowa wystawa w drugiej willi muzeum okazała się niekwestionowanym sukcesem. Miała trwać do końca grudnia 2022 r., ale Marek Roefler podjął decyzję o jej przedłużeniu do połowy marca 2023 r.

Twoja konstancińska wystawa poświęcona Łempickiej okazała się sukcesem pewnie z kilku powodów. Bo to dzieła i życie oraz ciekawe artefakty – jak inaczej określić pukiel włosów czy pierścień z topazem od kochanka, Gabriela d’Annunzia? Tymczasem to już trzecia w 2022 r. wystawa tej bodaj najsławniejszej w świecie polskiej artystki, podkreślającej swoją polskość. Najpierw Lublin, teraz Konstancin i Kraków. Nie za dużo?
– Widocznie dobrego nigdy dość. Łempicka była wielka za życia, więc zainteresowanie nią przetrwało lata. Z Zofią Gołubiew, dyrektorką Muzeum Narodowego w Krakowie, dawno myśleliśmy o Tamarze, ale też o artystach urodzonych w Krakowie, lecz nieznanych, takich jak Jean Lambert-Rucki, Mojżesz Kisling, Alicja Halicka, Natan Grunsweig. Miałem dać obrazy, meble z epoki, opracować merytorycznie katalog wystawy, a Muzeum Narodowe – użyczyć siedzibę w kamienicy Szołayskich. Niestety, zmieniła się władza, usunięto Zosię, wybitną muzealniczkę, i już nie było szans na wspólne przedsięwzięcia, np. Łempicką w 40. rocznicę jej śmierci.

Udało się zorganizować taką wystawę dwa lata później w Lublinie, w Muzeum Narodowym. Wypożyczyłeś swoje obiekty, w tym meble zaprojektowane przez siostrę Tamary, w twoim muzeum powstał katalog.
– Próbowałem pozyskać dzieła ze świata, prowadziłem rozmowy na temat wypożyczenia obrazów Tamary z Baker Museum w Naples na Florydzie, ale kiedy 24 lutego wybuchła wojna, dostaliśmy informację, że nic z tego. Z perspektywy USA Polska leży bardzo blisko Ukrainy, co niestety się potwierdziło. Gdy tuż przed pandemią wręczano mi w Krakowie bardzo zacną nagrodę im. Feliksa „Mangghi” Jasieńskiego za rok 2019, dziękując, wróciłem do idei wspólnych wystaw. Także Marisa de Lempicka, prawnuczka Tamary, zapaliła się do tego pomysłu, ale szansy nie było.

Nagroda im. Jasieńskiego to dla ciebie…
– …wielka satysfakcja, że ktoś mnie docenia i w prywatnym kolekcjonerze widzi wzór dla innych, bo nagroda nazywa się „Kolekcjonerstwo – nauka i upowszechnianie”.

Jako małe, prywatne muzeum zrobiliśmy dla Tamary wielką merytoryczną robotę, wypożyczyłem Lublinowi sporo swoich obiektów, ściągałem osobiście obrazy z Francji, z USA. Teraz też mam satysfakcję: do Konstancina przyjeżdża w każdy weekend 2-3 tys. osób. Prawnuczkę Marisę zaprosiłem na wystawę „Paryż był kobietą” na zamku Książ, złożoną wyłącznie z dzieł mojej kolekcji.

Zostawmy na chwilę Tamarę. Pamiętasz, kiedy kupiłeś pierwszy obraz?
– Był rok 1990. Właśnie kończyłem wielki dom w Konstancinie, z basenem, kortem tenisowym, wieżą, w marmurach, granitach, mając dwójkę dzieci i dużo pustych ścian. Widocznie nastąpił powrót do dzieciństwa, gdy żył ojciec, bo kupiłem kilkanaście Kossaków: sceny z polowań z nagonką, psy, konie, jeźdźcy w czerwonych kubrakach. Większość w Krakowie, gdzie powstały pierwsze domy aukcyjne. Zacząłem otrzymywać pierwsze katalogi i wpadł mi w ucho termin École de Paris.

I nazwiska artystów w Polsce nieznanych.
– Prawda, mnie zresztą też, bo przed 1989 r. malarstwo nie istniało w moim życiu, ani wystawy, ani muzea.

Ktoś ci podpowiedział: zainteresuj się dziełami polskich Żydów, malarzy żydowskiego pochodzenia z Europy Środkowo-Wschodniej, bo to wartościowa sztuka i dobrze ją w Polsce mieć?
– Nie, sam na to wpadłem, to moje własne tropy. Odbyłem w błyskawicznym tempie kurs historii sztuki, ze szczególnym uwzględnieniem École de Paris i art déco. Z książki Nadine Nieszawer „Żydowscy artyści szkoły paryskiej 1905-1939” wynotowałem 70 nazwisk polskich Żydów, kierując się miejscem urodzenia (miejsca śmierci również były znamienne – miejsca nazistowskiej zagłady). W Paryżu trafiłem do galerii Marka Mielniczuka, gdzie kupiłem pierwszy obraz szkoły paryskiej, a Marek został moim mentorem, dziś to przyjaciel.

Co robiłeś tak często w Paryżu?
– W latach 90. tego wymagał mój konfekcyjno-modowy interes, ale zawsze znajdowałem czas, aby wpaść do najsłynniejszego domu aukcyjnego, Drouot. To kultowe miejsce dla handlu sztuką na świecie, pamiętające I wojnę światową; 16 sal wynajmowanych przez domy aukcyjne, wąskie, przedwojenne schody ruchome na jedną osobę, aukcje odbywające się codziennie. Zaprenumerowałem gazetę Drouot, która obejmuje swoim zasięgiem europejski rynek aukcyjny, a w samym Paryżu takich domów jest pewnie kilkadziesiąt. Od czasu, kiedy jest internet, prężnie działa strona www.drouotonline.com.

We Francji każde miasteczko ma swój dom aukcyjny, po śmierci właściciela zjawiają się aukcjonerzy: jeden po meble, drugi po książki, kolejni po porcelanę, obrazy, rzeźby. W Paryżu handluje się wszystkim, co ludzie gromadzą przez lata. Dzięki gazecie Drouot zobaczyłem, że wszystko, co nabywam w Warszawie, mogę kupić w Paryżu za połowę ceny.

Zacząłeś licytować przez telefon?
– Udział w aukcjach na początku był drogą przez mękę. Gdy miałem zapłacić za obraz 1 tys. dol., najpierw musiałem wysłać zaświadczenie na piśmie, że mam takie pieniądze, dołączyć ksero pierwszej strony paszportu, że Marek Roefler to ten sam gość, co licytuje przez telefon, ma to konto i na pewno zapłaci. Na szczęście mówię po francusku, inaczej żadna transakcja nie byłaby możliwa.

Warto było tak się męczyć?
– Nadal było taniej, minimum dwa razy!

Licytacja wciąga, uzależnia?
– Jestem tego przykładem. Błyskawicznie wpadłem w szaleństwo zakupów, inwestowania i zbierania głównie École de Paris. Szybko dom i biuro zawiesiłem obrazami, a jak przynosiłem kolejny obraz do domu, na pytanie żony: „Co, znowu coś kupiłeś?”, mówiłem: „Nie, odebrałem od konserwatora” albo że był u ramiarza, na aukcji itd. Wstydziłem się przyznać, jak bardzo jestem uzależniony, choć żyłem w przeświadczeniu, że mądrze robię.

Wiele obrazów Epsteina, Mondzaina, Pressmane’a, Grunsweiga przyjeżdżało do mnie w opłakanym stanie. Ściągane z różnych dziur, gdzie ubogi artysta płacił za posiłki i noclegi obrazami, nie miały ram, a brudne były tak, że nie było na nich widać słońca ani morza.

Wtedy o stworzeniu muzeum nie myślałeś?
– Jeszcze nie, pierwsza willa kupiona od sąsiadów i wyremontowana miała być „domem dla obrazów” oraz miejscem świąt rodzinnych i firmowych, moich eventów filmowych, Agnieszki spotkań z przyjaciółkami. Obrazy miały tam mieszkać, wisieć na ścianie, gdzie ich miejsce, wśród mebli art déco. Mistrzowie szkoły paryskiej przywróceni życiu. Oczyszczone, oprawione, z rzetelnie udokumentowanymi biogramami twórców i katalogami, znów mają swoją widownię. O muzeum pomyślałem, gdy już nie miałem ani kawałka miejsca na nowe nabytki, niecałe 20 lat temu.

Zdążyłeś poznać rodziny artystów?
– Udało mi się, gdy otworzyłem pierwszą Villę la Fleur i zacząłem organizować wystawy. Na wystawę Simona Mondzaina (Szamaja Mondszajna) zaprosiłem jego dwie córki z rodzinami, na wystawę Mędrzyckiego – syna Maurycego z rodziną, byli też u mnie krewni Haydena i Halickiej, rozproszeni po całych Stanach.

Nikogo z krewnych nie ma dziś wśród żywych. Te resztki rodzin ze świata u mnie dowiadywały się częstokroć o krewnym rzeczy, jakich nie wiedziały, i podziwiały obrazy, których nigdy nie widziały.

Teraz współpracuję ściśle z prawnuczką Łempickiej. Marisa mieszka na stałe w Aspen, jest instruktorką narciarstwa, przyjęła nazwisko prababki, nie ma dzieci ani męża, więc całkowicie poświęciła się dbaniu o spuściznę prababki. Motor wszystkiego. Jest młoda, dba o całość, wypożycza obrazy, organizuje kontakty z kolekcjonerami, jest niesłychanie aktywna. W ciągu krótkiego czasu była w Polsce trzy razy.

Żyje z nauki narciarstwa w Aspen?
– W jakimś promilu pewnie tak… (śmiech). Jeśli obraz prababki sprzeda się za 20 mln dol., spadkobiercy, czyli Tamara de Lempicka Estate LLC, mają z tego pewnie 2%, jeżeli za 100 tys. euro – 4%. Jako właściciele praw autorskich także z każdej wystawy, na którą wypożyczają obrazy, z każdej książki, plakatu, porcelany, gadżetu. Żaden film ani serial o Tamarze nie powstanie bez zgody rodziny…

…która nie ma nawet jednego obrazu przodkini.
– Do oryginałów dostęp ma dzisiaj niewielu. Za to dzięki Marisie, która ogarnia najnowsze technologie, jak ktoś chce, może mieć za umiarkowaną kwotę serigrafię dzieła Tamary niebywale wysokiej jakości.

Kolekcjonerstwo to pasja bardzo kosztowna, trzeba na nią zarobić.
– Przeszedłem wszystkie stopnie biznesu. Najpierw rzemiosło, potem firmy polonijne jak większość, na przełomie epok – zmiana ustroju. Państwowy przemysł podupadł, wszyscy zaczynali od nowa, widziałem, jak ludzie robili pieniądze, a potem je tracili, popadali w długi.

Przy okazji nie płacili podwykonawcom i małe firmy padały jak muchy.
– Ja nigdy nie zaliczyłem plajty, byłem ostrożny. Za to „zaliczyłem” nieuczciwe podchody, zmianę branży, lata tłuste i… chwile gorsze. Początek lat 90.: Dantex ubiera prezenterów i na końcu dziennika telewizyjnego ukazuje się logo mojej firmy – reklamowy strzał w dziesiątkę. Miałem wtedy sklep w Alejach Jerozolimskich i 18 sklepów w terenie, robiłem pokazy mody na 500 osób. A potem branża odzieżowa się zawaliła, nikt nie płacił za towar. Zwinąłem rynek krajowy, zostając przy eksporcie. Ale i tam przestało iść, bo warunki nastały zmienne, jak pogoda zimą w górach.

Nie zostałeś dyktatorem mody, ale w deweloperce idzie ci płynnie kolejną dekadę.
– Mieszkania zacząłem budować 15 lat temu, gdy rynek biurowy się załamał. Sprzedałem tysiące mieszkań, na stabilności zbudowaliśmy z Piotrem firmę rodzinną. Przeszliśmy wszystkie etapy, różne zakręty, zmieniał się status spółki, ale nie mam żadnej sprawy sądowej, żadnego sporu ani wroga.

Tylko paru zazdrośników.
– Sprzedajemy mieszkania Danteksu o kilkaset złotych za metr drożej, bo mamy renomę i opinię solidnych. Uważamy, że najważniejsze jest bezpieczeństwo biznesu, odpowiedzialność za ludzi i że „klient nasz pan”. Do mnie każdy może dotrzeć, bo tu mieszkam i pracuję, a nie na Bahamach. Prawdopodobnie dlatego mała firma murarska czy żelbetowa woli współpracę ze mną niż z potentatem w branży i jego armią prawników, bo wypłatę ma może mniejszą, ale pewną i regularną.

Wróćmy do wielkiej sztuki – ponadnarodowej i różnorodnej, gdy Polska nie istniała.
– Używali słowa Polska, mówili po polsku do końca życia i po francusku, bo naturalizowali się we Francji, a background mieli żydowski. W Paryżu tworzyli ramię w ramię z największymi. Hayden – rewolucję kubistyczną, Louis Marcoussis (Ludwik Markus) razem z Pablem Picassem, Juanem Grisem i Jeanem Metzingerem awangardę. Maurycy Mędrzycki i Renoir – wszyscy równi sobie, a Tamara błyszczała ponad wszystkimi. Natan Grunsweig, który malował ulice Paryża, jest nie gorszy niż Maurice Utrillo – tym, co najbardziej ich różni, są ceny ich obrazów. Obrazy Chaima Soutine’a (Sutina), urodzonego we wsi Śmiłowicze koło Mińska, kosztują dziś miliony.

Ci artyści są multi- i ponadnarodowi z założenia, widnieją na kartach ksiąg o modern art, a ich dzieła są w największych muzeach świata w USA, Francji, Izraelu, no i u mnie. Razem żyli, pili, bawili się. Oczywiście przez całą Francję uważani są za Francuzów. Walczyli po ich stronie w I wojnie światowej: Mondzajn, Marcoussis, Epstein, Mędrzycki. Dziś nikt się nie zagłębia w fakt, że Mojżesz Kisling urodził się w Krakowie, a Jan Rubczak (wł. Dubczak) w Stanisławowie. Kogo to obchodzi? Tworzyli nową sztukę, stanowili międzynarodowe, zróżnicowane skupisko utalentowanych artystów. Eksperymentowali, szukali swojego miejsca w sztuce. Ekspresjonizm, kubizm, fowizm? Oni sięgali i do renesansu, i do sztuki Afryki. Niektórzy za życia byli wielcy, jak Modigliani, Chagall czy Kisling. Poruszali się na wyżynach kultury świata.

Skoro renomowane muzea we Francji i w USA współpracują z tobą, a ty z nimi, podobnie jak domy aukcyjne Sotheby’s i Christie’s, to znaczy, że zdobyłeś zaufanie tego trudnego świata.
– Jako kolekcjoner szkoły paryskiej jestem znany w całej Europie, w Stanach i w Izraelu. Od lat przed aukcjami dostaję książki, katalogi i telefony: „Panie Roefler, tu jest piękny Mędrzycki”. Wczoraj np. była u mnie w domu dyrektorka Christie’s z Nowego Jorku – czołowego domu aukcyjnego, aby obejrzeć muzeum i porozmawiać o współpracy.

Bo są kolekcjonerzy, którzy nic nie wypożyczają, jak ta Szwajcarka, właścicielka „Autoportretu w zielonym bugatti”, albo Madonna, która nie wypuszcza z rąk żadnego z bodaj pięciu obrazów Łempickiej. Ty przeciwnie.
– Bo na tym polega prawdziwe kolekcjonerstwo, a nie na samotnym oglądaniu obrazów po wyjęciu z sejfu.

Obrazy znów są blisko siebie, jak niegdyś ich twórcy mieszkający w La Ruche, dziwnej budowli, „ulu”, na ok. 140 pracowni (autorem był Eiffel). Zebrałeś rozproszone prace tych, którzy klepali biedę na Montparnassie, o głodzie i chłodzie. Dzieło romantyka.
– Ale oni częstokroć uciekali od jeszcze większej biedy w Drohobyczu, Łodzi czy Mogilnie, a ja tak naprawdę jestem pragmatykiem do szpiku kości. Gdy ktoś mnie pyta, jak doszedłem do tego, co mam, mówię: „Nie jestem superzdolny ani superinteligentny, tylko niesłychanie pracowity i konsekwentny”, „Jak chcesz osiągnąć swój cel, pukasz do dziesięciorga drzwi i jak się nie otwierają, pukasz do jedenastych”.

O czym nigdy nie myślałeś?
– O kupnie wielkiego jachtu. Ani o emigracji. Mieszkam tu i nigdzie indziej, choć mógłbym wszędzie, a dwoje z trojga moich dzieci studiowało za granicą, ale wszyscy żyjemy tutaj.

Któreś złapało bakcyla kolekcjonerstwa?
– O, nie! Widać, szaleństwo odstrasza, obserwują przecież, ile zabiera czasu.

Muzeum to twoje dzieło życia?
– Moje czwarte dziecko. Dlatego powołałem Fundację Marka Roeflera, aby w przyszłości prowadziła sprawy muzeum, a w jej radzie zasiadła moja rodzina. Taka jest moja nadzieja, ale jak będzie? Kto to wie…

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 1/2023

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy