Wielka Albania nieunikniona – rozmowa z Prof. Adam Koseski

Wielka Albania nieunikniona – rozmowa z Prof. Adam Koseski

Na Bałkanach racji terytorialnych, etnicznych i kulturowych nie ma nikt i jednocześnie wszyscy je mają

– Czy bałkańska beczka prochu przez najbliższe lata, a może nawet dziesięciolecia, będzie najbardziej zapalnym obszarem na Starym Kontynencie?
– Tak, będzie. Są trzy wyjątkowo zapalne miejsca na Bałkanach. Kosowo. Jeszcze przez długie lata będzie przedmiotem międzynarodowych sporów i konfliktów wewnątrz tego quasi-państewka. Oprócz Kosowa mamy Bośnię i Hercegowinę, która jest zlepkiem trzech enklaw: chorwackiej, serbskiej i bośniackiej. Kolejnym zapalnym punktem jest Macedonia, którą ciągle określa się mianem FYROM (Former Yugoslav Republic of Macedonia – Dawna Jugosłowiańska Republika Macedonii). Macedonia ma spory z Bułgarami o Macedonię tzw. Wardarską i Macedonię Pirińską. O Macedonię Egejską wadzą się politycy i historycy greccy i bułgarscy.

-tylko zbrojne, ale i takie, które mogły zapowiadać ludobójstwo. Czy Europa była przygotowana na definitywny rozpad Jugosławii?
– Niestety nie była przygotowana na to, co stało się po rozpadzie Jugosławii, na konflikty między narodami, narodowościami i grupami etnicznymi. Sarajewo, gdzie w 1984 r. zorganizowano zimowe igrzyska olimpijskie, stało się miejscem zbrodni i przestępstw. Na Bałkanach jest rzeczą charakterystyczną to, że nikt nie ma racji i jednocześnie wszyscy ją mają. I w związku z tym nie można łatwo, jeżeli w ogóle jest to możliwe, rozwiązać problemów, które nawarstwiały się przez wieki. Mamy tam do czynienia z wpływami imperium osmańskiego. Część Bałkanów była we władaniu imperium Habsburgów aż do wybuchu Wielkiej Wojny. Na te historyczne wpływy nakłada się problem kultur, co znajduje odzwierciedlenie chociażby w dwóch alfabetach, czyli cyrylicy i alfabecie łacińskim. Spór chorwacko-serbski jest sporem językowym mało istotnym, bo jest to w zasadzie tylko kwestia zapisu, natomiast fonetyka jest niemal identyczna, a różnice między wymową serbskiego i chorwackiego dzisiaj są mniej więcej takie jak między Wielkopolską a Małopolską.

– Do tego dochodzą problemy religijne.
– Oczywiście. Ścierają się prawosławie oraz katolicyzm z islamem. Islam jest religią mocno zakorzenioną w Albanii, Kosowie, w Bośni i Hercegowinie. Swoje wpływy ma tam także Al Kaida.

– Czy wiedząc o tym, że te konflikty są tak rozległe i głębokie, przywódcy Europy i Stanów Zjednoczonych, które dziś łożą niemałe pieniądze na utrzymanie względnego spokoju na Bałkanach, nie powinni doprowadzić do tego, co się stało po 1945 r. w Europie Środkowej, czyli masowych przesiedleń?
– To chyba było niemożliwe. Zaszłości i spory terytorialne spowodowałyby, że każde przeniesienie ludności zostałoby uznane za rażącą niesprawiedliwość. Na Bałkanach racji terytorialnych, etnicznych, kulturowych nie ma nikt. Jedyny sposób na spokój to kompromis, ale narody, które żyły pod jarzmem osmańskim, są przyzwyczajone nie do kompromisu, tylko do rozstrzygania wszystkiego mieczem.

– Wróćmy do tych trzech obszarów zapalnych. Kosowo niedawno obchodziło pierwszą rocznicę niepodległości. Czy uznanie Kosowa zamyka, czy też bardziej otwiera konflikt kosowski? Czy powstanie Kosowa jest jedynie elementem tego, co się może wydarzyć i nad czym Europa może nie zapanować, a mianowicie utworzenia Wielkiej Albanii?
– Kosowo było i jest punktem zapalnym od momentu klęski Serbów na Kosowym Polu w 1389 r. Później terytorium to, zamieszkane przez Serbów, opanowywali Albańczycy, którzy byli świetnymi janczarami w armii tureckiej. Utworzenie podmiotu o nazwie Kosowo zamyka bezpośredni konflikt zbrojny, niezwykle krwawy, ale z drugiej strony otwiera bardzo niebezpieczne ścieżki prowadzące do wyłonienia się Wielkiej Albanii. Politycy Albanii i Kosowa temu zaprzeczają, ale za bardzo nie można tym zaprzeczeniom wierzyć. Kosowarzy przecież posługują się nie swoją flagą, tylko w większości albańską. Zespolenie Kosowa z Albanią, w moim przekonaniu, jest nieuniknione. I na to prawdopodobnie przystaną wielkie mocarstwa.

– Albańczycy są nie tylko w Albanii i Kosowie.
– Jest ich niemało w Macedonii, ok. 25% na sporym terytorium tego państwa. Albańczycy są też we Włoszech, Czarnogórze, Turcji. Oni też będą chcieli znaleźć się w Wielkiej Albanii. Gdyby powstała, to byłoby dość silne, jak na warunki bałkańskie, państwo.

– A czy agresywne?
– Trzeba robić wiele, aby nie dopuścić do agresji, jednak jest ona wkomponowana w tworzenie się każdego nowego państwa. Nacjonalizm u Kosowarów był ogromnie rozbudzony.

– Dotknęliśmy kolejnego punktu zapalnego – Macedonii, która ma wewnętrzny konflikt z Albańczykami, ale także z Grecją i Bułgarią. Czy w najbliższych latach należy się spodziewać utrzymania status quo, czy też te tendencje niepodległościowe w Macedonii będą się wzmagać?
– Macedonia w tej chwili jest w stanie pewnego zawieszenia. Trzeba pamiętać, że jest ona już członkiem stowarzyszonym Unii Europejskiej. Macedończycy są narodem spokojnym i cierpliwym, dlatego ich wyjście z federacji jugosłowiańskiej było miękkie, inne niż Chorwatów, a nawet Słoweńców. Natomiast kłopotliwym, nierozstrzygniętym problemem Macedonii są nadal Albańczycy, którzy domagają się dla siebie specjalnych praw, dwujęzyczności w republice. To jest niebezpieczne dla Macedończyków, nieukształtowanego w pełni narodu, którego język Bułgarzy nazywali przecież dialektem bułgarskim. Jest też kwestia flagi macedońskiej, na której widnieją insygnia Aleksandra Macedońskiego. Do tego dochodzi problem Macedonii Egejskiej. Zrozumiałe więc, że Grecy będą protestować przeciwko uznaniu Macedonii za Republikę Macedońską, uważają, że ma miejsce zawłaszczenie starej greckiej nazwy Macedonii. Kryzys gospodarczy spowoduje, że niemal wszystkie państwa regionu znajdą się w trudnej sytuacji.

– Ale on tak samo dotyczy i innych państw bałkańskich, chociażby Bośni i Hercegowiny.
– Tak. Zwłaszcza Bośni i Hercegowiny, a także Czarnogóry. Partiom i działaczom politycznym wydaje się, że wybicie się na niepodległość jest jedyną receptą na rozwój gospodarczy, a spełnienie marzeń o niepodległym państwie rozwiązuje wszystkie problemy. Takie myślenie mieliśmy w państwach afrykańskich, które dążyły do niepodległości i dzisiaj znajdują się w głębokiej zapaści ekonomicznej. To samo czeka, a właściwie już spotkało Kosowo, mimo ogromnego wsparcia i dotacji UE.

– Czy widząc dużą rozpiętość w rozwoju gospodarczym, jak chociażby w przypadku Słowenii z jednej strony i Kosowa lub Macedonii z drugiej strony, nie będziemy świadkami przemieszczania się ludności z uboższych państw do bogatszych, co może zrodzić kolejne kłopoty narodowościowe?
– W tej chwili administracyjne przesiedlanie jest niemożliwe, ale samorzutne, w poszukiwaniu lepszego życia jak najbardziej. To oczywiście może zrodzić nowe konflikty. Jeżeli państwa bałkańskie będą stowarzyszane z UE, później w nią wkomponowywane i staną się członkami Unii (tak jak Słowenia, Bułgaria i Rumunia), to nastąpi przepływ siły roboczej i nie tylko w obrębie państw bałkańskich, ale w całej Unii, co zresztą dziś obserwujemy. Tak więc nie będzie przesiedleń, będą wędrówki w poszukiwaniu pracy.

– Bałkany to nadal miejsce ścierania się wpływów wielkich mocarstw. Czy aktualna polityka możnych tego świata wobec Bałkanów jest pochodną starego rzymskiego hasła divide et impera?
– Bez wątpienia. Tym bardziej że jeśli chodzi o Bałkany, to tam zawsze ścierały się wpływy wielkich mocarstw, co nazywano koncertem mocarstw, głównie europejskich. O imperium Habsburgów i Turcji już wspomniałem, ale i Rosja tradycyjnie miała na Bałkanach bardzo duże wpływy zarówno religijne, jak i polityczne.

– To był przecież teren jej wielowiekowego konfliktu z Turcją.
– Po zwycięskiej wojnie 1877-1878 imperium carów miało ogromne wpływy na Bałkanach. Dzisiaj Rosja została wyparta z tego regionu i nie ma tam czego szukać. Wpływy na Bałkanach mieli także Włosi i Francuzi. I przede wszystkim Niemcy, które szybko, wraz z Watykanem, uznały niepodległość Chorwacji i Słowenii. Są też Stany Zjednoczone, które po rozbiciu Jugosławii wspierały Bośnię i Hercegowinę jako niepodległe państwo, ale jednocześnie załatwiały swoje własne interesy zmierzające do osłabienia Serbii, która dziś przestała być państwem znaczącym na Bałkanach. Można jej podyktować każde warunki, na które musi przystać, ma propozycje nie do odrzucenia, jak z \”Ojca chrzestnego\”. Tak więc dzisiaj dalej obserwujemy spór wielkich mocarstw, nade wszystko rywalizację Rosji ze Stanami Zjednoczonymi, a także państw będących członkami UE i NATO. Wielu znawców mówiąc o Bałkanach, twierdzi, że próby rozwiązania jednych konfliktów rodzą nowe i prowadzą do rozlewu krwi, ale może o to chodzi wielkim graczom na światowej szachownicy i również w tym przejawia się owo divide et impera.

– Nie obawia się pan, że w dobie kryzysu społeczeństwa zachodnie powiedzą: mamy dość tamtejszych waśni, nie będziemy dawać corocznie grubych miliardów euro na utrzymywanie niekiedy sztucznego spokoju, wysyłać takiej ilości wojska i policji?
– Myślę, że państwa Unii, a głównie jej liderzy, skoro weszli w ten rejon na dobre, muszą ponosić tego konsekwencje, w tym finansowe. Oczywiście ton temu będą nadawały najsilniejsze państwa UE. Czy społeczeństwa będą miały coś do powiedzenia? Wątpię. Powiem nawet więcej: buntować się mogą także rządy tych państw, bo dochodzą do wniosku, że ładowanie pieniędzy w Kosowo i Albanię czy wspieranie słabych dziś gospodarek państw bałkańskich, tych teoretycznie ustabilizowanych, jest w istocie zapychaniem worka bez dna. UE będzie krytykować kraje bałkańskie, np. za korupcję, ale nie sądzę, by przywódcy najsilniejszych państw Europy, nawet działając wbrew swoim obywatelom, zmienili politykę bałkańską, choćby z uwagi na geopolitykę. Ta przecież zaowocowała wyparciem Rosji z Bałkanów i zajęciem miejsc strategicznych z punktu widzenia militarnego, np. albańskich baz, w których stacjonowały radzieckie okręty podwodne. Takie jednostronne pojmowanie polityki powoduje, że np. niewiele się poprawiło w Kosowie, a nawet jego sytuacja się pogorszyła. Kiedy Kosowo znajdowało się w obrębie Republiki Serbskiej, było regionem o wyższym poziomie życia i wyższych standardach niż Albania, dziś jest odwrotnie. Ma ogromne, ponadpięćdziesięcioprocentowe bezrobocie, niższą produkcję.

– Do tego są jeszcze rządy klanów.
– Które nie mają nic wspólnego z demokracją w zachodnim wydaniu. No ale tu się znów kłania geopolityka, która często, jak pokazuje historia, przynosi opłakane rezultaty.

– Jednym z nich będzie powstanie Wielkiej Albanii?
– Ona wcześniej czy później powstanie.

– Wcześniej czy później?
– Raczej wcześniej, bo nie wyobrażam sobie, żeby istniały dwa maleńkie państwa Albańczyków: Albania i Kosowo i że nie będą dążyły do zjednoczenia. Pytanie tylko jaką drogą? A raczej jak kosztowną, a może nawet jak bardzo okrutną?

– Wspomniał pan, że ideą Stanów Zjednoczonych było wyparcie Rosji z Bałkanów. I to się im udało, ale czy Rosja wyciągnęła wnioski z konfliktu bałkańskiego?
– Oczywiście, że wyciągnęła, można nawet powiedzieć, że jej działania na Kaukazie mają pewnego rodzaju odniesienie do konfliktu bałkańskiego. Rosja nie może sobie dzisiaj pozwolić na opuszczenie regionu kaukaskiego. Tam ma swoje wpływy i musi w różnym zakresie i różnym stopniu wywierać nacisk na niezawisłe, niepodległe państwa, takie jak Armenia, Gruzja i Azerbejdżan, ale przede wszystkim na autonomiczne republiki będące częścią Federacji Rosyjskiej. Rosja na pewno będzie miała kłopoty, bo jest to federacja różnych grup etnicznych, narodowości, narodów. Pomieszanych wyznaniowo. Rozumiem, że Kreml mógł się zgodzić na rozpad ZSRR, ale istnieje granica rozpadu Rosji. Pamiętajmy, że od ZSRR już odpadło 15 republik, które stały się państwami, niektóre członkami UE i NATO, i są jak Armenia, Azerbejdżan i Gruzja konkurentami dla Rosji, jeśli chodzi o ropę i gaz. Co Moskwa ma robić? Dopuszczać do dalszego rozpadu, czy też kontrolować obszar Kaukazu i mieć tam swoją strefę wpływu, bo przecież wielkie mocarstwa zawsze ją mają? Myślę, że to, co się stało na Bałkanach, spowodowało, że Rosja tak ostro zagrała na Kaukazie i postawiła niemalże wszystko na jedną kartę. Czy było to posunięcie słuszne? Nie do końca, ale efekty jej polityki poznamy po latach.

-Kto Rosjanom zaręczy, że Osetyjczycy z czasem nie będą chcieli utworzenia jednego państwa i wyzwolenia się spod wpływów Moskwy?
– To tylko zweryfikuje czas i dalsza polityka Rosji. Oczywiście Osetia Południowa może się zjednoczyć z Północną, ale trzeba pamiętać, że Osetia Południowa jest częścią Gruzji, a Północna jest republiką autonomiczną Rosji. Duża część mieszkańców południowej Osetii ma paszporty rosyjskie, są islamistami, a w północnej są w większości prawosławni. Jak zespolić te dwie grupy, trudno mi powiedzieć.

– Teraz głównym polem starcia Rosji ze Stanami Zjednoczonymi, generalnie wspieranymi przez UE, będzie Gruzja?
– Tak, ale i niektóre państwa bałkańskie będą takim polem działania dla harcowników. Do dużego konfliktu nie dojdzie, ale te działania harcowników podsuną pomysł rozwiązania niektórych konfliktów, tak żeby nie doszło do wojen i starć na wielką skalę, tak jak było to na Bałkanach czy Gruzji w ubiegłym roku.

– Po co my się tak pchamy na Kaukaz, angażujemy w problemy Gruzji?
– Tego nie rozumiem, ale myślę, że chcemy być bardziej proamerykańscy niż inne państwa Unii Europejskiej. Do tego dochodzą oczywiście fobie antyrosyjskie, ale nasze relacje z Moskwą to osobny temat.

Prof. Adam Koseski, rektor Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku prowadzi badania w zakresie najnowszych dziejów powszechnych, zwłaszcza problematyki bałkańskiej oraz losów Polaków na Wschodzie. Jest też tłumaczem literatury naukowej i pięknej z języka bułgarskiego.

Wydanie: 10/2009

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy