Wielka historia czy wielka pomyłka?

Wielka historia czy wielka pomyłka?

Bez uprzedzeń

Mieszkaniec Polski nie miałby potrzeby wyrabiania sobie poglądu na temat wojny z Irakiem i okupacji tego kraju, gdyby rząd nie uwikłał go w tę obojętną dla jego życia historię. Skoro wojsko już zostało do Iraku posłane, porządnemu obywatelowi nie pozostaje nic innego niż wierzyć, że władza wie, co robi. A może nie wie? Niepokoi, że ani prezydent, ani premier, ani liderzy opozycji w tej sprawie zgodni z rządem, nie przedstawili wiarygodnych powodów zaangażowania się w okupację Iraku. Mówienie, że ma to być udział w walce ze światowym terroryzmem jest chyba kryptonimem, który należałoby dopiero rozszyfrować. „Światowy terroryzm” jest hipostazą, abstrakcją – z tym nie można prowadzić wojny. Gdyby rząd rzeczywiście tak myślał, jak mówi, to by znaczyło, że działa w ciemno. Tak źle chyba nie jest, władza korzysta tylko z niezbywalnego przywileju utajniania celów, do przyjęcia których społeczeństwo jeszcze nie zostało przygotowane.
Moim zdaniem, rzeczywiste cele wojny Stanów Zjednoczonych z Irakiem dadzą się bronić, mieszczą się w ramach racjonalności wielkomocarstwowej polityki, natomiast powody podawane narodom do wierzenia są nonsensami. Nonsensem jest przede wszystkim to, co tak bardzo podobało się byłym dysydentom, że mianowicie Stany Zjednoczone zawojowały Irak po to, aby obalić dyktatorskie rządy w tym kraju. Jeżeli dyktatura stanowi casus belli, dlaczego nie obalają Fidela Castro, rządzącego dyktatorsko blisko ich granic, dlaczego pozwalają na paranoiczny, totalitarny reżim w Korei Północnej. Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Wiem, że na każde słowo można powiedzieć inne słowo i tak przerzucać się słowami aż do zupełnej utraty sił.
Wielu ludzi na świecie sądzi teraz, że wojna Ameryki z Irakiem była pomyłką, ponieważ nie znaleziono tam broni masowej zagłady, a posiadanie takiej broni przez Saddama było proklamowanym powodem wojny. Wielu Amerykanów i Anglików, lojalnych obywateli ufających swoim rządom, uważa się teraz za oszukanych. Trudno, trzeba było od razu rozróżniać rzeczywiste powody od pretekstów. Pretekst był w istocie źle dobrany, ale nie będziemy przecież oceniać wojny na podstawie jakości pretekstów, pod jakimi została wszczęta.
Stany Zjednoczone wydają na siły zbrojne kilkaset miliardów dolarów rocznie. Mniejsza o przyczyny, dzięki którym te bajeczne wydatki mogą uchodzić za uzasadnione, nawet niezbędne. Nie było kosztów, jakich nie warto było ponieść dla obrony przed radzieckim zagrożeniem. Związek Radziecki nie istnieje, a Ameryka zwiększa budżet wojskowy. Nie jest możliwe, aby taka potęga maszerowała w miejscu. Musi ona prowadzić wojny, a świat zawsze daje do tego powody. Nie znaczy to, że cel może być pierwszy lepszy, że można uruchamiać machinę militarną po to, aby obalić gdzieś jakiegoś dyktatora. Wojna musi mieć sens.
Stosunki między Zachodem a światem arabskim nie są traktowane z pełną otwartością. Wpływ ustanowionego tabu sięga aż do zdolności spostrzegania i niektórych aspektów tych stosunków nie chce się widzieć.
Mimo upływu czasu wypełnionego pouczającymi wydarzeniami Arabowie nie przyzwyczaili się do istnienia państwa Izrael. Znaczna ich część uważa Izrael za „państwo sezonowe”. Antyizraelski terroryzm nie czuje się wyobcowany ani w krajach arabskich, nawet tych dyplomatycznie proamerykańskich, ani wśród społeczności islamskich w Europie Zachodniej. Wrogość do Izraela inspiruje religia muzułmańska, zachowująca wiele treści archaicznych, potrzebująca wroga i upatrująca go w Izraelu – oraz w cywilizacji zachodniej.
Historia tak się potoczyła i ułożyła, że Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia są odpowiedzialne za bezpieczeństwo Izraela. Jest nie do pomyślenia, aby Zachód pozostawił Izrael na łasce świata arabskiego i islamskiego. Co do tego nie ma rozbieżności między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Różnice dotyczą strategii, jaką należy przyjąć w dążeniu do uporania się z tym zadaniem. Nie badałem samodzielnie tych zagadnień i moje poglądy opierają się na wiadomościach i opiniach pochodzących ze środowisk, którym przypisuję większą wiarygodność niż europejskim mediom. Amerykańscy neokonserwatyści mający znaczny wpływ na bliskowschodnią politykę Stanów Zjednoczonych są zwolennikami strategii bardzo śmiałej, rozpoczynając od Iraku, przekształcać kraje arabskie w państwa demokratyczne i liberalne. Spodziewają się też, że demokracja i liberalizm odejmą islamowi archaiczne jady, tak jak w Europie odjęły chrześcijaństwu. W tej perspektywie wojna z Irakiem byłaby etapem wielkiego zamierzenia zmieniającego do gruntu Bliski Wschód i mającego wpływ na historię świata. Gdyby Ameryce zabrakło odwagi i konsekwencji w przeprowadzeniu tego planu, wojna z Irakiem zdegradowałaby się w lokalną awanturę pogarszającą sytuację na Bliskim Wschodzie i w Europie. Gdyby sprawy przybrały taki pesymistyczny obrót, nasza obecność w Iraku miałaby sens drugiego San Domingo.

 

Wydanie: 37/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy