Wielki chaos u demokratów

Wielki chaos u demokratów

Prawybory, których ostatecznym celem jest pokonanie Donalda Trumpa, zaczęły się od kłopotów z liczeniem głosów

Iowa, stan na Środkowym Zachodzie, to miejsce niczym się niewyróżniające. Zajmuje powierzchnię nieco ponad dwa razy mniejszą niż Polska. Populacja – zaledwie 3 mln mieszkańców. W przeciwieństwie do kilku innych pobliskich stanów Iowa pozbawiona jest tętniących życiem metropolii, popularnych drużyn sportowych czy prestiżowych uczelni, ma jedynie ceniony w całym kraju kurs kreatywnego pisania. A jednak to tu co cztery lata formalnie rozpoczynają się prawybory prezydenckie. Przez kilka tygodni zjeżdżają tam tysiące rozentuzjazmowanych wolontariuszy, doświadczonych partyjnych działaczy, speców od kampanii i dziennikarzy.

Kiedy w reakcji na gwałtowne protesty pod koniec lat 60. władze Partii Demokratycznej postanowiły włączyć szeregowych członków w proces nominowania kandydatów na prezydenta, Iowa zapewniła sobie pierwszeństwo swoją nietypową ordynacją. Tamtejsi demokraci jako jedyni organizują się najpierw na poziomie niewielkich obwodów, a nie hrabstw, gromadząc się najczęściej w szkolnych salach gimnastycznych. Poparcia udzielają, stając w przypisanych konkretnym kandydatom miejscach na sali. Obóz, który w pierwszej rundzie nie zebrał 15%, rozchodzi się, a jego członkowie przechodzą na stronę bardziej popularnych pretendentów. Tego typu lokalne zebranie członków partii w celu wyłonienia kandydata nazywa się caucus – słowo to pochodzi prawdopodobnie z języka rdzennych Amerykanów. W miarę możliwości proporcjonalnie do poparcia w obwodzie rozdziela się delegatów na zgromadzenia w hrabstwach. Komu przyznano ich najwięcej – ten wygrywa w Iowa.

W 1972 r., w trakcie pierwszych otwartych prawyborów, prasowa wzmianka o zaskakująco dobrym wyniku pomogła wypromować kandydata, któremu wcześniej nie dawano większych szans. Cztery lata później właśnie dzięki aktywności w Iowa rozpoznawalność zyskał nikomu nieznany Jimmy Carter. W 1980 r. tę strategię postanowił powtórzyć kandydat republikański, George H.W. Bush. Choć ostatecznie przegrał walkę o nominację z Reaganem, popularność wyniesiona z Iowa popłaciła – został jego wiceprezydentem, a po dwóch kadencjach następcą. Dla wszystkich stało się jasne, że udana kampania w tym niewielkim stanie przyciąga uwagę mediów z całego kraju (a nawet świata) i ułatwia drogę do nominacji, a następnie prezydentury.

Niefortunna aplikacja

W tym roku w prawyborach na prawicy nie będzie niespodzianek – o drugą kadencję będzie się starał Donald Trump, a wysiłki dwóch republikańskich idealistów, którzy chcą stawić mu czoła, niczego w tej kwestii nie zmienią. Sytuacja znacznie komplikuje się po lewej stronie amerykańskiej sceny politycznej. Cztery lata temu w Iowa o nominację ubiegało się zaledwie troje demokratów, z których jeden wycofał się zaraz po ogłoszeniu wyników. W poniedziałek, 3 lutego 2020 r., kandydatów było aż 11, a na ostateczne wyniki trzeba było czekać ponad trzy dni – sytuacja do tej pory niespotykana.

Szefujący demokratom w Iowa Troy Price nie przypuszczał zapewne, że zamiast radością zwycięzców i smutkiem przegranych wieczór skończy się zniecierpliwieniem i rozdrażnieniem w każdym sztabie, a on sam stanie przed perspektywą dymisji. Późnym wieczorem, kiedy wyniki powinny być już dawno ogłoszone, lokalni demokraci usprawiedliwiali się koniecznością przeprowadzenia „kontroli jakości”. Nie do końca wiadomo, co miałoby to znaczyć, ale nie zwiastowało to niczego dobrego. Wszystko z powodu niefortunnej aplikacji, która miała ułatwić liczenie głosów. Stało się odwrotnie – technologia, której najwyraźniej nie poddano odpowiednim testom, nie poradziła sobie z prawyborami. W razie problemów z aplikacją liczący głosy mieli kontaktować się ze stanową centralą telefonicznie, ale nikt nie przewidział takiego zamieszania. Ku rozbawieniu milionów telewidzów przedstawiciel jednego z obwodów nie mógł się dodzwonić przez kilka godzin, a głos po drugiej stronie słuchawki wreszcie się odezwał, akurat gdy udzielał wywiadu dziennikarzowi CNN. Zanim nieszczęśnik zdążył zareagować, jego niedoszły rozmówca rozłączył się.

Całego procesu nie ułatwia jeszcze jedna pozornie pozytywna zmiana – tegoroczny krok w stronę transparentności. Cztery lata temu w Iowa Hillary Clinton zdobyła zaledwie ćwierć punktu procentowego więcej niż Bernie Sanders. Ponieważ do wiadomości podano liczbę nie oddanych głosów, ale jedynie przydzielonych kandydatom delegatów, pojawiły się teorie, że na Sandersa w całym stanie zagłosowało więcej osób, a minimalna przewaga Clinton mogła wyniknąć chociażby ze zwyczajowego rzutu monetą w obwodach, gdzie doszło do remisu. Spekulowano, że wiadomość o jego przewadze w Iowa pomogłaby mu w rozkręceniu skuteczniejszej kampanii. Żeby uniknąć tego typu niejasności, tym razem podaje się wyniki obydwu rund i liczbę delegatów. A więcej danych to oczywiście więcej pracy w komisjach wyborczych i jeszcze więcej komplikacji.

We wtorek po południu przewodniczący Price niepewnym krokiem wyszedł na trybunę w centrum Des Moines, stolicy stanu, przeprosił za zamieszanie i ogłosił wyniki… z 62% obwodów. Ten gest miał zapewne uspokoić wyborców, ale wywołał tylko konsternację – bo jak z przekonaniem świętować sukces lub kontemplować porażkę, gdy tak naprawdę nie zna się wyników? W środę rano było to 71%, liczba cały czas niezadowalająca. A choć cząstkowe dane pochodziły ze wszystkich 99 hrabstw i w normalnych okolicznościach powinny odzwierciedlać całkowite poparcie dla kandydatów, wobec problemów z liczeniem głosów wciąż budziły u niektórych wątpliwości. Po pierwsze, wyraźnie odbiegały od ostatnich sondaży. Po drugie – lewicowi aktywiści alarmują, że w aplikację sporo zainwestowali prominentni działacze i kandydaci związani z prawym skrzydłem partii. A sami zainteresowani zdążyli już wyjechać do New Hampshire, by tam kontynuować kampanię. Zwolennicy republikanów, czekając na orędzie prezydenckie Trumpa, mogli do woli nabijać się z demokratów. Chcą rządzić państwem, a nie potrafią zorganizować własnych prawyborów – z tym zarzutem trudno dyskutować. W medialnych doniesieniach dominowało jedno słowo: chaos. Nie tak powinien zacząć się demokratyczny proces, którego najważniejszym celem jest pokonanie Donalda Trumpa.

Umiarkowanie kontra postęp

Prawybory w Iowa poza słabością lokalnych struktur pokazały jeszcze jedno – choć o nominacji może myśleć na poważnie pięcioro kandydatów, w tej piątce nic nie jest przesądzone. Zaufać cząstkowym wynikom najbardziej nie chciał zapewne Joe Biden, wiceprezydent z czasów Obamy, który uchodził za faworyta, odkąd tylko ogłosił chęć startu. Ostatnio w ogólnokrajowych sondażach zaczął go wyprzedzać Bernie Sanders, ale pierwszy etap musiał być dla „wujka Joe” ciosem. W Iowa wyprzedziło go troje kandydatów, a nie jeden – poza Sandersem są to Pete Buttigieg (czyt. Butidżydż, z akcentem na pierwszą sylabę) i Elizabeth Warren. Słaby wynik Bidena może dziwić, dlatego że jako senatorzy Warren i Sanders (a także piąta w Iowa Amy Klobuchar) ostatni tydzień przed głosowaniem spędzili w Waszyngtonie, próbując odwołać Donalda Trumpa. Były wiceprezydent miał stan niemal na wyłączność. Nie brakuje komentatorów, którzy w jego rozczarowującym wyniku widzą początek końca kandydata sztucznie wykreowanego na faworyta. Natomiast optymiści przypominają, że jego siła tkwi w popularności wśród Afroamerykanów, których na Środkowym Zachodzie jest nieproporcjonalnie mało – prawybory w Karolinie Południowej powinny na nowo rozkręcić jego kampanię.

Kampanię, która do tej pory nie szła najlepiej. Biden popełnia gafę za gafą, ale ma spore grono niezrażonych wyznawców. Na razie były wiceprezydent nie zaproponował niczego poza powrotem do niezdefiniowanej świetności z czasów Obamy (najwidoczniej nie rozumie, że gdyby tamta prezydentura była idealna, nie nastąpiłby po niej gwałtowny zwrot ku coraz bardziej skrajnej prawicy). Z drugiej strony pozycja ustrojowa głowy państwa, zwłaszcza przy obecnych podziałach w Kongresie, nie gwarantuje realizacji ambitnych programów politycznych – być może najlepszym pomysłem na kampanię rzeczywiście jest swojskość, umiarkowanie i przypominanie o znajomości z Obamą.

Po drugiej stronie demokratycznego spektrum stoi Bernie Sanders. Parę miesięcy temu przeszedł zawał, ale deklaruje, że czuje się lepiej niż kiedykolwiek i z coraz większą energią krytykuje amerykański kapitalizm. Choć jest najstarszy spośród kandydatów (i byłby najstarszym prezydentem w historii USA), największym poparciem cieszy się wśród najmłodszych wyborców. W końcu to on obiecuje darmowe studia na publicznych uczelniach, a jego najgłośniejsza sojuszniczka to ikona młodej amerykańskiej lewicy – Alexandria Ocasio-Cortez, autorka Zielonego Nowego Ładu. Krytycy Sandersa zarzucają mu fiskalną nieodpowiedzialność, a Hillary Clinton twierdzi, że Berniego „nikt nie lubi”. Jego rosnąca popularność zdaje się przeczyć tej tezie.

Wunderkind z Indiany

Co prawda, w Iowa na Sandersa zagłosowała największa liczba wyborców, ale ze względu na zawiłości systemu nieco więcej delegatów zdobył Pete Buttigieg (26,2% do 26,1%). Podobnie jak Biden jest centrowym kandydatem, który wierzy, że oprócz demokratów zaufają mu niezdecydowani wyborcy oraz „przyszli byli republikanie”. Skończył Harvard i Oksford, służył w Afganistanie, zna – w różnym stopniu – kilka języków (to spory kontrast z urzędującym prezydentem, który sam siebie nazywa geniuszem, ale zdaniem lingwistów posługuje się angielszczyzną na poziomie piątoklasisty).

Od Sandersa znacznie różni go nie tylko usposobienie, ale też wiek – ma zaledwie 38 lat – i doświadczenie polityczne. Kilka tygodni temu skończyła się druga kadencja Buttigiega jako burmistrza 100-tysięcznego miasta South Bend w Indianie. W przeciwieństwie do konkurentów – senatorów, biznesmenów, byłego wiceprezydenta – nie sprawował on funkcji publicznych poza swoim stanem. A jednak trudno odmówić charyzmy osobie, która mimo ubogiego politycznego CV w ciągu niespełna roku zdobyła tak szeroką rozpoznawalność i tysiące oddanych sympatyków. Buttigieg byłby pierwszym otwarcie homoseksualnym prezydentem Stanów Zjednoczonych – w razie zwycięstwa w Białym Domu zamieszkałby jego mąż.

Wynik w Iowa można traktować jako zapowiedź dalszych zwycięstw, ale niewykluczone, że to tylko bonus za pochodzenie z nieodległej Indiany. W innych częściach USA pojawią się przed nim nowe wyzwania. Na razie ma właściwie zerowe poparcie wśród Afroamerykanów, a ono będzie kluczowe dla sukcesów w bardziej zróżnicowanych etnicznie stanach. Nie pomaga mu niezręczna sytuacja z samego początku kariery. W pierwszych miesiącach urzędowania zwolnił czarnoskórego komisarza policji, który nagrywał rasistowskie rozmowy telefoniczne swoich kolegów. Choć jako burmistrz właściwie nie miał wówczas innego wyjścia – nagrania były bezsprzecznie nielegalne – tej niewygodnej PR-owo historii Afroamerykanie raczej mu nie wybaczą.

Mniejszości etniczne, stanowiące istotną grupę demokratycznych wyborców, mogą zresztą czuć się zawiedzione dotychczasowym przebiegiem kampanii. Z wyścigu o nominację wycofali się już jedyni Afroamerykanie, Cory Booker i Kamala Harris, a wkrótce pewnie taką samą decyzję podejmie Andrew Yang – kandydat, któremu Ameryka zawdzięczać będzie wprowadzenie do debaty publicznej tematu gwarantowanego dochodu podstawowego.

Prezydentka USA?

To oczywistość, że w prawyborach szczególnie istotne są relacje z liberalnymi mediami. W bezprecedensowym posunięciu „New York Times” udzielił poparcia nie jednej, ale dwóm kandydatkom: Amy Klobuchar dla umiarkowanych, a dla postępowców Elizabeth Warren. Największy dziennik w Iowa, „Des Moines Register”, nie bawił się w kompromisy i jednoznacznie opowiedział się po stronie Warren – poparło ją ostatecznie znacznie więcej głosujących, niż sugerowały sondaże. Klobuchar, choć w całym stanie dopiero piąta, wygrała za to w niektórych hrabstwach (nie udało się to Warren). Na razie nie ogłosiła szczegółowego programu, prezentuje się jako kandydatka centrowa, kompromisowa, znająca problemy zwykłych ludzi.

Z kolei Elizabeth Warren to prawdopodobnie najbardziej pracowita i ambitna polityczka. Do historii przejdą kolejki jej zwolenników, którzy chcą zrobić sobie z nią zdjęcie – Warren nie odmawia nikomu. Pod koniec grudnia chwaliła się, że ma już ponad 100 tys. selfie z wyborcami. Ale jej pracowitość i wytrwałość nie objawia się oczywiście tylko w pozowaniu do zdjęć i aktywnej kampanii – ta kandydatka wydaje się znać rozwiązanie każdego problemu. „Warren ma plan” to hasło, które weszło już do słownika amerykańskiej polityki. Była profesorka prawa upadłościowego na Harvardzie obecnie reprezentuje w Senacie stan Massachusetts i jest znana z zagorzałej krytyki Wall Street. Zależy jej na surowszych regulacjach sektora bankowego i opodatkowaniu największych fortun (choć i tak na zaskakująco niskim poziomie).

We wczesnych etapach prawyborów rywalizuje o ten sam segment wyborców co Bernie Sanders. Co prawda, on określa się jako socjalista, a Warren jako postępowa kapitalistka, ale ich pomysły na Amerykę są dość podobne. Z początku panowała między nimi zgoda, jednak w ostatniej debacie Warren niespodziewanie zmieniła kurs i wysunęła wobec kolegi niewybaczalny zarzut seksizmu. W prywatnej rozmowie Sanders miał zdradzić, że nie wierzy w wygraną kobiety przeciwko Donaldowi Trumpowi. Polityk oczywiście zaprzeczył, a zaraz po debacie odnaleziono archiwalne nagranie, w którym Sanders wyznaje, że ma nadzieję, że doczeka pierwszej prezydentki USA. Mimo to Warren choć na pewien czas udało się zasiać ziarno niepewności – czy aby na pewno Sanders jest tak równościowy, jak deklaruje? Na tym polega trudność prawyborów – kandydaci, których najwięcej łączy, muszą najmocniej się zwalczać.

W nowej dekadzie podziały w Partii Demokratycznej są wyraźniejsze i być może trudniejsze do przezwyciężenia niż do tej pory. Zwolennicy „socjalizmu milenialsów” przeciwko „zdrowemu rozsądkowi” centrystów. Nowoczesna polityka tożsamości przeciwko samozadowoleniu białego, męskiego establishmentu. Prawybory to ryzykowna gra, w której można łatwo zrazić do siebie ludzi, o których poparcie trzeba będzie zabiegać. Ale wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że cel jest jeden – pozbyć się z Białego Domu Donalda Trumpa. Nieobliczalnego człowieka, który uznał, że konstytucja daje mu nieograniczone uprawnienia. Republikanie w Senacie i prawicowe media w tym przekonaniu go utwierdzają. Ale ostatecznie liczy się przede wszystkim to, by w listopadzie większość wyborców udowodniła mu, jak bardzo się myli.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 7/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy