Wirus kapitalizmu

Wirus kapitalizmu

Prawda o nieludzkim i antydemokratycznym charakterze kapitalizmu rzadko bywa tak dobrze widoczna jak podczas pandemii, której jesteśmy świadkami. Zarazem jest ona okazją do postępowej zmiany społecznej na wielką skalę. Czy zatem to prawda, że jak mawiał Mao Zedong, skoro na świecie zapanował chaos, sytuacja jest znakomita?
W kryzysie pandemicznym zbiegają się i wyostrzają niemal wszystkie negatywne tendencje ostatnich dekad. Zagrażają nam dziś prawdziwy wirus i realny kapitalizm. Biorąc pod uwagę związek epidemii z nienasyconym przemysłem wydobywczym i rolno-hodowlanym oraz różnymi formami eksploatacji natury – przede wszystkim wylesianiem – które skracają dystans między światem zwierząt i ludzi, możemy mówić o jednym wirusie. Jest nim wirus kapitalizmu. To przede wszystkim on dziś zabija. I to nie tylko dlatego, że tworzy warunki międzygatunkowej transmisji chorób na nieznaną wcześniej skalę. Wystarczy spojrzeć na statystyki ofiar pandemii we Włoszech i Hiszpanii oraz w Niemczech i Korei, żeby się o tym przekonać. Najważniejsze, czego się dowiadujemy z tego porównania, to to, że nawet zachorowalność na poziomie kilkudziesięciu tysięcy osób nie musi oznaczać katastrofalnego żniwa śmierci. Wirus nie jest aż tak zjadliwy, jak wynikałoby to ze statystyk zgonów w Lombardii i Nowym Jorku. Nie jest przypadkiem, że do obecnej katastrofy doszło w krajach, których gospodarki zostały „uzdrowione” neoliberalnym „zaciskaniem pasa” oraz kuracjami austerity z czasów kryzysu lat 2007-2015. Niska śmiertelność przy wysokiej liczbie wykrytych zachorowań w Niemczech i Korei – krajach, które nie odchudziły swojej służby zdrowia i innych usług publicznych – pokazuje, że tym, co zabija, jest przede wszystkim neoliberalna ortodoksja.
Także w Polsce, której klasa polityczna w większości wciąż nie obudziła się z neoliberalnej drzemki i najwyraźniej chce zamienić życie Polaków w koszmar na jawie. Poprawianie statystyk za pomocą niedoboru testów w imię stawki politycznej, jaką są wybory prezydenckie, uświadamia nam, że politycy PiS z góry uznali, że dla pozostania u władzy warto poświęcić ludzkie życie.

Epidemiczni maltuzjanie

Ten kryzys ujawnia jednak znacznie więcej niż tylko bankructwo doktryny neoliberalnej. Ujawnia najgorsze cechy kultury kapitalizmu. W czasach stabilizacji tkwią one głęboko ukryte pod fasadą poprawności politycznej i ignorancji. Kryzys pozwala dojść do głosu personom takim jak Boris Johnson, zachwalający uroki wymierania słabszych i starszych1. Maltuzjański dyskurs premiera Wielkiej Brytanii był tylko epizodem, ale przełoży się na dziesiątki tysięcy zachorowań i wiele śmierci. Nie był to jednak indywidualny wybryk. Na powierzchnię wypłynęła stara kolonialna wizja świata brytyjskich konserwatystów, która kierowała polityką imperium, nad którym nie zachodziło słońce. W istocie Johnson zaprezentował logikę, którą w połowie XIX w. kierował się wicekról Indii Robert Bulwer-Lytton, gdy na powtarzające się klęski suszy na subkontynencie zareagował liberalną polityką populacyjnego dostosowania – zlikwidował system spichlerzy zapewniający żywność ludności na terenach dotkniętych klęską żywiołową i zdał się na niewidzialną rękę rynku, gdy ta klęska nadeszła2. Są oczywiście niebagatelne różnice – Lytton odpowiadał za śmierć jakichś 10 mln Hindusów, Johnson chciał przejść do historii jako ten, który pozwoli umrzeć 500 tys. Brytyjczyków. Poza tym jednak reprezentują tę samą tradycję cywilizowanego barbarzyństwa. Tego samego, które zaprezentował epidemiczny negacjonista Donald Trump, wysyłający gwardię narodową na protestujących.
Modelem dla obecnej polityki polskiego rządu mógłby być szef Amazona Jeff Bezos, zmuszający setki tysięcy pracowników do narażania zdrowia, byle tylko generować jego zyski, a jednocześnie ogłaszający akcję charytatywną na ich rzecz. W dobie powszechnego odmrażania gospodarki wszyscy znaleźliśmy się w magazynie Amazona.
Co gorsza, Polska stała się jednym z pierwszych krajów wykorzystujących pandemię do narzucenia społeczeństwu kolejnej doktryny szoku, o której pisała Naomi Klein. Miks ultraliberalizmu ekonomicznego i stanu wyjątkowego nie miałby szans w normalnych warunkach. Konsekwencje dzisiejszego zamachu na demokrację społeczną spadną na nas, gdy wirus ustąpi. I nie chodzi o to, że u władzy znajdzie się jakiś dyktator, ale o to, że raz zawieszony Kodeks pracy realnie wyzuje nas ze wszystkich formalnych praw obywatelskich w stopniu równym pauperyzacji, której doświadczy większość społeczeństwa.
Czy oznacza to, że zwolennicy przykręcania śruby – ekonomicznej i politycznej – zafundują nam swój maltuzjański kapitalizm? A co, jeśli pandemia, ujawniając prawdę o kapitalizmie, napędzi jego kontestację?

Pandemia zmienia świat?

Historia dostarcza przykładów zmian na lepsze, które były konsekwencją zarazy. Klasyczny przykład to czarna śmierć z XIV w., która zbiegła się z wielką falą rebelii chłopskich, w konsekwencji czego historycy stawiają ją wśród wydarzeń tworzących kontekst dla uwolnienia chłopów z zależności feudalnych. Niektórzy historycy łączą skutki epidemii grypy hiszpanki w latach 1917-1920 z podnoszącą się wtedy falą rewolucyjną w Europie i Azji. Podobnie można odczytać trwającą rewoltę Afroamerykanów. Protesty po policyjnym mordzie na George’u Floydzie po raz pierwszy od wielu lat objęły także białą biedotę i część klasy średniej w Stanach, a przy okazji rozlały się po całym świecie. Pandemia okazała się katalizatorem zarówno policyjnej przemocy, jak i społecznej rebelii przeciw niej, która dziś stała się czymś znacznie większym – wielkim, postępowym ruchem antysystemowym wymierzonym nie tylko w rasizm i Trumpa, ale też w neoliberalny kapitalizm.
Warunki wydają się temu ruchowi sprzyjać. Na poziomie ekonomicznym pandemia obnażyła kruchość globalnego reżimu akumulacji opartego na delokalizacji produkcji do Chin oraz na globalnych łańcuchach wartości i dostaw. To, co jeszcze niedawno wydawało się źródłem gigantycznej przewagi kapitału nad pracownikami i uwięzioną w granicach państw narodowych demokracją, okazało się najsłabszym
ogniwem systemu.
Na tym nie koniec. Przerywając globalny krwiobieg ekonomiczny, pandemia przyśpieszyła kilka procesów, które od dawna już zwiastowały wyczerpywanie się dotychczasowego modelu ekonomicznego. Dotyczy to przede wszystkim końca ery taniej natury, którą można
bezkarnie grabić i zatruwać. Związek między tym procederem, który odpowiada za gwałtowne i radykalne zmniejszanie się bioróżnorodności, a szerzeniem się nowych wirusów jest zbyt oczywisty, aby go zignorować. Jego koszty stały się dramatycznie widoczne, także w kategoriach ekonomicznych.
Wszystko to nie oznacza jednak automatycznych zmian na lepsze. Bądź co bądź rządy prą do „powrotu do normalności”, czyli sytuacji, która wepchnęła nas w kryzys. Dlatego potrzeba im dziś prawdziwej alternatywy. Czy jest nią „bazowy komunizm”, o którym pisze antropolog David Graeber?3 Z pewnością oddolna solidarność i pomoc wzajemna okazują się dziś warunkiem koniecznym funkcjonowania społeczeństwa. Ale nie wystarczą akcje oddolne – szycie maseczek, widzialna ręka i koncerty na balkonach. Tak jak zajmowanie skłotów nie zastąpi ogólnokrajowej polityki mieszkaniowej.

Wzrost, jaki wzrost?

W głównym nurcie polskiej debaty słychać dziś wielkie wołanie o podtrzymanie produkcji i wzrostu. Ale czyż nie dowiedzieliśmy się właśnie, że wzrost sam w sobie nie jest żadną wartością? Czy aby to nie ten sam wzrost, który w minionych dekadach rósł wraz z prekaryzacją, degradacją sfery publicznej, pauperyzacją i zadłużeniem na konsumpcję? Neoliberalny kapitalizm już dawno zerwał związek między dynamiką wzrostu PKB a rozwojem społecznym, który działał przez cztery dekady po 1945 r. Obecnie wzrost nie unosi wszystkich łodzi, od dawna już podtapia te mniejsze.
Zapytajmy zatem, czy w ogóle potrzebujemy wzrostu, a jeśli tak, to jakiego. Jakiego potrzeba nam systemu finansowego – dostarczającego płynności gospodarce czy przeciwnie – ściągającego z niej płynność za pomocą prezentów fiskalnych, prywatyzacji systemów emerytalnych czy polityki stóp procentowych powodujących inflację aktywów i zachęcających do pompowania zysków w rynki finansowe. A wreszcie, czy stać nas w dalszym ciągu na politykę oszczędności, skoro wiemy, że jedynym skutecznym sposobem na rozruszanie gospodarki i zmniejszanie zadłużenia są inwestycje publiczne?
Dziś pojawiła się okazja, żeby, inaczej niż w latach 2008-2009, nie zmarnować pieniędzy i przeznaczyć je na cel, do którego i tak już dawno powinniśmy zmierzać. Tym celem jest transformacja energetyczna i Nowy Zielony Ład. Przedsięwzięcie kosztowne, wymagające innowacji technologicznych, kapitało- i pracochłonne, obliczone na lata… czyli w sam raz nadające się do roli lokomotywy rozwoju społecznego zrywającego z kapitalistycznymi bożkami niskich kosztów i krótkoterminowej rentowności. Nowy konsensus ekonomiczny powinien uprzywilejować hodowanie deficytu zamiast zaciskania pasa, inwestycje publiczne zamiast konsolidacji rynków, regulację demokratyczną zamiast korporacyjnej, kooperację w ramach UE, a docelowo na skalę globalną, zamiast hołdowania zasadzie konkurencyjności, dobra wspólne zamiast prywatyzacji, ochronę płac i miejsc pracy zamiast premiowania zysków, zakończenie ery prekaryzacji przez wzięcie wszystkich pracujących pod parasol umów kodeksowych, a wreszcie ustanowienie realnej progresji podatkowej (obejmującej także majątki)4.
Określając na nowo priorytety, musimy dziś zapytać, na co naprawdę nas nie stać. Czyja praca jest nam naprawdę potrzebna z punktu widzenia wartości społecznej, którą generuje? Epidemia brutalnie weryfikuje piramidę ważności zawodów. W sytuacji, którą stworzyła, trzeba zapytać, kto powinien być bardziej doceniony – sprzątaczka, salowa w szpitalu i kurier czy dyrektor działu marketingu i kierownik HR? Ratownik medyczny i pakowaczka w centrum logistycznym czy menedżer w prywatnym centrum zdrowia i szefowa public relations korporacji? Rysując na nowo tabele płac i prestiżu, musimy też pamiętać o wartości, którą jest przetrwanie.

Współzależność albo eksterminizm

Kryzys prowokuje także pytania polityczne, bo nawet szybkie opracowanie szczepionki i opanowanie pandemii nie zmieni faktu, że nie wrócimy już do starego reżimu. Może być tylko znacznie gorzej lub wreszcie lepiej. Wiele wskazuje na to, że stoimy u progu zapowiadanej przez Petera Frase’a ery eksterminizmu, czyli świata nowych hierarchii i niedoborów5.
Będzie on przypominał rzeczywistość ukazaną w „Elizjum” Neilla Blomkampa – połączy skutki pandemii, neoliberalnej ortodoksji z globalnymi nierównościami, nacjonalizmem i kryzysem klimatycznym. Niemniej jednak stawka, jaką jest świat egalitarny i dostatni, a do tego ekologiczny, nie utraciła nic ze swojej wagi. Przeciwnie, okazuje się racją bytu naszych społeczeństw i projektów takich jak Unia Europejska. Dziś widać to lepiej niż kiedykolwiek. Zawieszanie praw i zamykanie granic działają na krótką metę, opóźniają pandemię, ale jej nie powstrzymują i nie powstrzymają żadnej innej. Zrobić to może tylko więcej demokracji, sektora publicznego i egalitaryzmu. To ich brak okazał się przecież największym zagrożeniem.
Pandemia wcale nie zrehabilitowała państwa narodowego. Przeciwnie, wyostrzyła wszystkie jego ograniczenia. Brak zaufania do statystyk, kompetencji ministrów i zapewnień władz o kontroli nad sytuacją jest w Polsce powszechny. Podobnie dzieje się w USA, Brazylii, Indiach czy Rosji. Jak zauważyli Pierre Dardot i Christian Laval,
potrzebujemy nie więcej suwerennej władzy państw, ale więcej służb i usług publicznych6. Nie należy ich ze sobą utożsamiać. Sytuacja pandemii dostarcza mocnych dowodów na potwierdzenie tej tezy. Historycznie usługi publiczne nie były podarunkami od państw, ale zdobyczą wyrwaną rządom i wspieranemu przez nie kapitałowi przez klasy podporządkowane.
W sytuacji, w której państwa sobie nie radzą, symptomatyczne jest, że prawdziwym źródłem sprawdzonej wiedzy i wsparcia okazała się Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) – instytucja od lat niedofinansowana i kontestowana przez obecny rząd w Waszyngtonie, który na początku 2020 r. postanowił zredukować swoją składkę na jej utrzymanie o 53%7. Światu potrzeba dziś o wiele więcej takich struktur jak WHO. Innymi słowy, potrzeba demokratyzacji form globalnych współzależności. Tak, by przestały nad nimi ciążyć logiki akumulacji kapitału i geopolityki, bo te jedynie pogłębiają polaryzację w skali światowej. Tylko w ten sposób wyrównamy szanse na przetrwanie i uczynimy współzależność źródłem zrównoważonego rozwoju. Trudno sobie wyobrazić skalę katastrofy, która czeka kraje globalnego Południa bez solidarności ze strony krajów Północy i Chin. Na lokalnym podwórku europejskim ten program oznaczałby urzeczywistnienie takich pomysłów jak europejska polityka zdrowotna, środowiskowa czy europejska płaca minimalna. Jeżeli globalizacja neoliberalna jest współodpowiedzialna za pandemię, to szczepionką na nią będzie nie wznoszenie murów, ale globalizacja standardów społecznych, zdrowotnych, ekologicznych i dotyczących zatrudnienia.
Staliśmy się globalnymi współobywatelami pandemii i potrzebujemy instytucji, które to współobywatelstwo odzwierciedlą. Dlatego, skoro na przedwiośniu 2020 r. znaleźliśmy się w jeszcze cięższych czasach, nie możemy się zatrzymywać na krytyce posunięć rządzących, nie stać nas na umiarkowanie i zachowawczość. Jeśli chcemy ocalić społeczne zdobycze walk minionych pokoleń i najzwyczajniej przetrwać, nie możemy jedynie patrzeć wstecz. Musimy pójść znacznie dalej, niż dotychczas wydawało się możliwe.

1 J. Olender, Brytyjczycy idą na czołówkę z koronawirusem, „Krytyka Polityczna”, 17 marca 2020, krytykapolityczna.pl/swiat/koronawirus-wielka-brytania/.
2 M. Davis, Late Victorian Holocausts: El Niño, Famines and The Making of the Third World, Verso, London-New York 2001.
3 D. Graeber, Dług, pierwsze pięć tysięcy lat, tłum. B. Kuźniarz, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014, s.136-143.
4 Więcej na temat transformacji ekonomicznej: Regeneracja zamiast tarczy! Manifest środowiska naukowego badań nad gospodarką, regeneracjamanifest.wordpress.com.
5 P. Frase, Cztery przyszłości, tłum. M. Szlinder, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.
6 P. Dardot, Ch. Laval, L’épreuve politique de la pandémie, „Mediapart”, 19 marca 2020, blogs.mediapart.fr/les-invites-de-mediapart/blog/190320/l-epreuve-politique-de-la-pandemie.
7 S. Shah, Dlaczego pandemie są coraz częstsze?, „Le Monde Diplomatique – Edycja Polska”, marzec-kwiecień 2020.

Fragment książki
Przemysława Wielgosza
Witajcie w cięższych czasach. Polski kapitalizm, globalny kryzys i wizje lepszego świata, Wydawnictwo RM,
03-808 Warszawa, ul. Mińska 25,
rm@rm.com.pl, www.rm.com.pl

Wydanie: 27/2020

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy