Lewicowa wizja państwa

Lewicowa wizja państwa

IV Rzeczpospolita nie jest „rzeczą pospolitą” Wyniki zeszłorocznych wyborów samorządowych mają fundamentalne znaczenie dla sił politycznych, aktywnych na polskiej scenie. Dla lewicy szczególne: zawierają wprawdzie symptomy dające nadzieję na lepszą przyszłość ugrupowań socjaldemokratycznych, ale przede wszystkim konserwują dominację sił prawicowych. Dalsze losy polskiej lewicy są niewiadomą, uzależnioną od działań jej liderów w przyszłych latach. Rozstrzygnięcia poczynione w lokalnych wyborach stały się elementem polityki krajowej. Nic dziwnego, wszak w wyborach do sejmików województw liczą się tylko partie polityczne o zasięgu ogólnokrajowym. Podobnie w dużych miastach. Stąd tegoroczną elekcję, wraz z wyborami do europarlamentu w 2004 r., do Sejmu i Senatu w 2005 r. oraz wyborem prezydenta Polski można traktować jaką pewną całość, czasowo zamkniętą. W ciągu trzech lat Polacy decydowali o kierunkach polskiej polityki, o rozkładzie sił, o obecnym kształcie programowym i personalnym władzy publicznej. Czas kumulacji Nie mam zamiaru wchodzić tu w szczegółowe analizy, które z powodzeniem wychodzą spod pióra publicystów, rozstrzygające, kto zyskał, kto stracił i dlaczego. Ważna jest dla mnie sytuacja polskiej lewicy, która przez trzy lata przeszła bolesną drogę: od podziału w 2004 i 2005 r. w elekcjach parlamentarnych poprzez bycie ofiarą brudnych gier w wyborach prezydenckich do utworzenia jednego komitetu w 2006 r. W wyborach samorządowych cztery partie, które stworzyły owo porozumienie, osiągnęły wspólnie trzecie miejsce, za silnymi prawicowymi ugrupowaniami: PiS i PO. W Sejmie SLD jest obecnie także trzecią siłą, choć pierwotnie minimalnie więcej miała partia Leppera. Obecny rozkład sił wyznacza więc skład najważniejszych uczestników debaty politycznej na trzy następne lata. Potem znów przyjdzie czas „kumulacji” wyborów powszechnych, oczywiście, jeśli będą się one odbywać w terminie konstytucyjnym. Skrócenie kadencji Sejmu może ten porządek zburzyć, ale bądźmy realistami: coraz mniej jest przesłanek, które dawałyby nadzieję na odsunięcie PiS od władzy. Przez te trzy lata ugrupowania lewicowe i demokratyczne, które parę miesięcy temu wystartowały razem, nie mogą ograniczyć się do pozycji ostrego krytyka i recenzenta polskiej prawicy, reprezentowanej przez PiS i PO. Jest to potrzebne w bieżącej, opozycyjnej działalności, ale jeśli mamy stanowić wyrazistą alternatywę, której zadaniem będzie zdobyć szerokie poparcie społeczne, musimy być opozycją pozytywną. Pozytywną w tym znaczeniu, że za naszymi opiniami, postulatami, a gdy to niezbędne – atakami musi stać spójna i zrozumiała wizja Polski, z którą będą mogli identyfikować się ludzie lewicy, demokraci i osoby, które odrzucają PiS, Samoobronę i LPR. Inaczej mówiąc, jeśli negujemy działania braci Kaczyńskich, za każdym razem musimy pokazywać alternatywę, zgodną z fundamentalnymi wartościami socjaldemokratycznymi. W Sojuszu od pewnego czasu trwają prace nad dokumentem pod nazwą „Konstytucja programowa SLD”. W ostatecznym kształcie może on stanowić ważną podstawę wizji Polski, którą Lewica i Demokraci chcą zaproponować Polakom. Nie zastąpi jej jednak, ponieważ pierwszym celem tego dokumentu jest określenie, jak rozumiana jest lewicowość przez członków SLD, a tym samym jaką pozycję ideową zajmuje ta partia względem innych podmiotów koalicji lewicowo-demokratycznej. Program polityczny, o potrzebie którego piszę, musi sięgać szerzej, stosownie do rozpiętości programowej LiD, musi być także zwrócony w kierunku tych, którzy odrzucają PiS i „przystawki”, a dotąd nie wybierają demokratycznej lewicy. Jądrem naszej wizji musi być jasno określony stosunek do instytucji państwa jako narzędzia kształtowania rzeczywistości, w której każdy z nas, obywateli, żyje. To zresztą jest pole fundamentalnego sporu z PiS; nasze spojrzenie na rolę państwa pozwala także uwypuklić różnicę między lewicą i demokratami a konserwatywną w gruncie rzeczy Platformą Obywatelską. Polskie państwo to nie Rzeczpospolita z kolejnym numerkiem, która jako polityczny projekt ma dzielić Polaków na lepszych (naszych) i gorszych (innych, nie naszych). Polska XXI w. winna być demokratyczną wspólnotą obywateli opartą na wzajemnym zaufaniu, szacunku, poczuciu obowiązku i praw. Jej instytucje w naturalny sposób tworzą przestrzeń publiczną i nie mogą służyć do wykluczania jakiejkolwiek grupy społecznej, muszą mieć charakter otwarty i włączający (inkluzywny). Państwo musi się czuć odpowiedzialne za obywateli – jego pomoc nie może się sprowadzać do zastępowania czy narzucania

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 07/2007, 2007

Kategorie: Opinie