Elity polityczne nie rozumieją potęgi nacjonalizmu

Elity polityczne nie rozumieją potęgi nacjonalizmu

Putin i jego współpracownicy zapomnieli, że narody często gotowe są ponieść ogromne straty, aby oprzeć się obcym najeźdźcom. Właśnie to zrobili Ukraińcy

27 kwietnia br. na łamach „Foreign Policy” ukazał się tekst Stephena M. Walta na temat lekceważenia nacjonalizmu w kręgach elit politycznych. Walt jest profesorem stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Harvarda. Reprezentuje jedną ze szkół realistycznego myślenia o polityce, zwaną defensywnym neorealizmem. W przeciwieństwie do realizmu ofensywnego, którego przedstawicielem jest – publikowany także na łamach PRZEGLĄDU – John Mearsheimer, defensywni realiści stoją na stanowisku, że troska o bezpieczeństwo zmusza państwa do prowadzenia polityki umiarkowania. Jak rzecz ujął fundator defensywnego neorealizmu, Kenneth Waltz, „nadrzędnym zmartwieniem państw jest nie maksymalizacja potęgi [jak uważają ofensywni realiści w stylu Mearsheimera – P.K.], lecz utrzymanie swojej pozycji w systemie międzynarodowym”.

W kontekście rosyjskiej inwazji na Ukrainę warto przypomnieć diagnozę Walta wyrażoną w 2015 r., a zatem po aneksji Krymu przez Rosję (również na łamach „Foreign Policy”). Stwierdził on, że uzbrajanie przez USA Ukrainy w reakcji na działanie Moskwy – zamiast dążenia do uczynienia z niej na zawsze państwa neutralnego – to gotowa recepta na wywołanie dłuższego i bardziej wyniszczającego konfliktu.

Rozważania Walta na temat niezrozumienia przez elity polityczne wagi nacjonalizmu przywodzą na myśl słynny esej Isaiaha Berlina „Nacjonalizm – zlekceważona potęga”. Berlin podkreśla w nim, że nacjonalizm okazał się najistotniejszą siłą polityczną XX w. Na razie niewiele wskazuje na to, by wiek XXI wyraźnie różnił się pod tym względem od poprzedniego.

Przyjrzyjmy się, w jaki sposób nacjonalizm wywiódł w pole przywódców, którzy nie docenili jego siły. Pierwszym przykładem, rzecz jasna, jest rosyjski prezydent Władimir Putin. Jego brak zrozumienia, że ukraiński nacjonalizm może udaremnić próbę przywrócenia rosyjskich wpływów w Ukrainie szybką i udaną kampanią wojskową. Rosyjski wysiłek wojenny roił się od błędów od samego początku, jednak to ukraiński zaciekły i niespodziewany opór okazał się najistotniejszą przeszkodą na drodze Rosji. Putin i jego współpracownicy zapomnieli, że narody często gotowe są ponieść ogromne straty i walczyć jak lwy, aby oprzeć się obcym najeźdźcom. Właśnie to zrobili Ukraińcy.

Oczywiście Putin nie jest jedynym przywódcą na świecie, który popełnił tego typu błąd. (…) Jeśli chodzi o uchwycenie znaczenia nacjonalizmu, to Stany Zjednoczone nie radzą sobie dużo lepiej. Chociaż amerykański dyplomata George Kennan [autor słynnego „Długiego telegramu” – P.K.] oraz inni amerykańscy urzędnicy podkreślali, że nacjonalizm jest potężniejszy od komunizmu i przesadzony jest strach przed „komunistycznym monolitem”, większość amerykańskich administracji stale obawiała się, że ruchy lewicowe poświęcą swoje narodowe interesy i podporządkują się Moskwie z przyczyn ideologicznych. W trakcie wojny w Wietnamie podobna ślepota na potęgę nacjonalizmu doprowadziła amerykańskich przywódców do zlekceważenia ceny, jaką Wietnam Północny był skłonny zapłacić za zjednoczenie kraju. (…) To smutne, ale amerykańskie elity nie wyciągnęły wielu wniosków z tych doświadczeń. Po 11 września 2001 r. administracja George’a W. Busha wyobraziła sobie, iż łatwo będzie obalić reżimy iracki i afgański i zastąpić je jaśniejącą nową demokracją, ponieważ zakładała, że Irakijczycy i Afgańczycy pragną wolności i przyjmą amerykańskich żołnierzy jako wyzwolicieli. Wspomniana administracja napotkała zamiast tego zacięty i koniec końców skuteczny opór ze strony miejscowej ludności, która nie chciała słuchać rozkazów pochodzących od armii okupacyjnej ani przyjmować zachodnich wartości i instytucji.

Niedocenianie siły nacjonalizmu nie ogranicza się do wojen i okupacji. Unia Europejska została, po części, stworzona po to, aby przezwyciężyć narodowe przywiązania, wspierać wspólną, europejską tożsamość i złagodzić rywalizacje, które doprowadziły do powtarzających się i rujnujących wojen w Europie. Można argumentować, że Unii udało się uzyskać pokojowe efekty (chociaż uważam, że inne czynniki odgrywają tu ważniejszą rolę), ale tożsamości narodowe pozostają trwałą częścią politycznego krajobrazu Europy i nadal kłócą się z oczekiwaniami elit. Sama struktura UE uprzywilejowuje rządy krajowe, które nie chcą scedować zbyt dużej władzy na Brukselę. Wyjaśnia to m.in., dlaczego nieustanne wysiłki UE na rzecz opracowania „wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa” w dużej mierze spełzły na niczym. Co ważniejsze, pierwszą reakcją każdego narodu w przypadku wystąpienia kryzysu jest zwrócenie się nie do Brukseli, ale do wybranych przez siebie władz. Jedności wyraźnie brakowało podczas kryzysu w strefie euro w 2008 r. i podczas pandemii COVID-19. Każdy kraj był zdany na siebie. Co więcej, lekceważenie trwałego uroku nacjonalizmu pomaga zrozumieć, dlaczego tak wielu obserwatorów nie doceniło ryzyka brexitu lub pojawienia się twardych partii nacjonalistycznych. Rządząca w Polsce partia Prawo i Sprawiedliwość oraz partia Fidesz premiera Węgier Viktora Orbána zwyciężyły, odwołując się przede wszystkim do nacjonalizmu w każdym z tych krajów, i to w sposób, który jest jawnie sprzeczny z liberalnymi wartościami UE.

Spójrzmy wreszcie na nieprawdopodobną karierę polityczną byłego prezydenta USA Donalda Trumpa. Jest ona w dużej mierze zbudowana na jego zdolności do zaprezentowania siebie jako zagorzałego amerykańskiego nacjonalisty i odróżnienia się w ten sposób od rzekomo dekadenckich elit globalistycznych, które oskarżył o sprzedanie Stanów Zjednoczonych. Jego platforma polityczna i osobowość publiczna stawiają na pierwszym planie nostalgiczny nacjonalizm, przejawiający się czy to w haśle Make America Great Again (Uczyńmy Amerykę znów wielką), czy w jego mantrze America First (Najpierw Ameryka), czy też w otwartej wrogości wobec (niebiałych) imigrantów. Każdy, kto wciąż jest zdumiony polityczną atrakcyjnością Trumpa, musi zacząć od uświadomienia sobie, że wykorzystał on potęgę nacjonalizmu skuteczniej niż ktokolwiek inny we współczesnej polityce amerykańskiej.

Dlaczego więc, biorąc pod uwagę liczne dowody trwałego znaczenia nacjonalizmu, nie docenia go tak wielu mądrych przywódców? Nie jestem pewien, ale jedna z głównych cech nacjonalizmu może służyć za częściową odpowiedź. Narody nie tylko postrzegają siebie jako wyjątkowe, ale mają również tendencję do postrzegania siebie jako lepszych od innych i sądzą, że są skazane na triumf w przypadku konfliktu. Utrudnia to rozpoznanie, że inny naród może być im równy lub, Boże przebacz, lepszy. Niektórym Amerykanom trudno było zrozumieć, w jaki sposób Wietkong bądź talibowie mogliby ich pokonać, i wydaje się, że Putinowi trudno było uznać, że Ukraińcy, których uważał za gorszych, mogą przeciwstawić się rosyjskiej inwazji i będą to robić. Elity mogą też lekceważyć potęgę nacjonalizmu, jeśli spędzają życie w ponadnarodowej, kosmopolitycznej bańce. Jeśli jeździsz na konferencję Światowego Forum Ekonomicznego, która odbywa się co roku w Davos w Szwajcarii, robisz interesy na całym świecie, spotykasz się z podobnie myślącymi ludźmi z wielu różnych krajów i czujesz się równie komfortowo za granicą, jak w swojej ojczyźnie, łatwo ci stracić z oczu, do jakiego stopnia ludzie spoza twojego kręgu społecznego zachowują silne przywiązanie do miejsc, lokalnych instytucji i poczucie przynależności do narodu. Nacisk, jaki liberalizm kładzie na jednostkę i jej indywidualne prawa, jest kolejnym ślepym zaułkiem, ponieważ odwraca nasz wzrok od więzi społecznych i zobowiązań służących zbiorowemu przetrwaniu, które wiele grup uważa za ważniejsze aniżeli wolność jednostki.

Wstęp, wybór i przekład Piotr Kimla

Wydanie: 23/2022

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy