Władza sykofantów

Władza sykofantów

Jestem złym demokratą. Nie wierzę w żadne oskarżenia, dopóki nie zapadnie skazujący wyrok sądowy i się nie uprawomocni. Gdy demokracja wyzwala się z tradycyjnych instytucji i norm strzegących przyzwoitości, dobrych obyczajów i podtrzymujących rozróżnienie na ludzi porządnych i łajdaków, pierwsze miejsca na scenie politycznej zajmują oskarżyciele. Gdy demokracja znajduje się w stanie rewolucyjnego wrzenia, oskarżyciele mają w swoich rękach olbrzymią władzę – decydują o życiu i śmierci tych współobywateli, na których z takich lub innych powodów skieruje się ich uwaga. Podczas demokracji jakobińskiej ten górował, kto bardziej zajadle oskarżał. Wszyscy porwani przez nastrój rewolucyjny żądali ograniczenia monarchii absolutnej, ale władzę przejęli ci, co domagali się śmierci króla. Gdy król, królowa i ci, co im służyli, zostali zgilotynowani, wybić się ponad innych można było tylko przez oskarżanie oskarżycieli. I dopiero gdy najwyższy oskarżyciel został oskarżony i zgilotynowany, rewolucyjna demokracja wyczerpała swoje możliwości. Rosyjska rewolucyjna demokracja miała wiele podobieństwa do jakobinizmu, a różniła się głównie tym, że stadium terrorystyczne trwało kilkadziesiąt lat. Rewolucja lutowa była demokratyczna bezspornie, ale zapominamy, że bolszewicy chcieli jeszcze radykalniejszej demokracji. Oskarżycielstwo opanowali lepiej niż ich rywale i przekształcili je w system. Kto się zainteresuje niesamowitą historią wyniszczania się bolszewików, będzie zdumiony, widząc, że oskarżycielstwo było dla nich aktywnością postawioną najwyżej w hierarchii ludzkich zachowań, nakazem ich etyki i zarazem działaniem najszybciej przynoszącym korzyści. W tej konkurencji Stalin był największym mistrzem. W punkcie wyjścia stojący znacznie niżej od Trockiego, zdobył nad nim przewagę, nadając swoim oskarżeniom bardziej konkretną treść. Gdy Trocki oskarżał takie abstrakcyjne byty jak kapitalizm i światowa burżuazja, Stalin wziął na cel samego Trockiego. Wymordowani przez Stalina działacze bolszewiccy, dopóki żyli, z zapałem oskarżali jedni drugich, a w końcu każdy z nich oskarżał siebie, stawiając przed światem zagadkę psychologiczną do dziś niedostatecznie rozwiązaną.
W demokracji pokojowej, czy to z odchyleniem liberalnym, czy anarchicznym, oskarżycielstwo nie przynosi takich strasznych skutków, ale też jest nieuniknione i występuje w formie połowicznie zinstytucjonalizowanej. W starożytnej Grecji, która była niedającym się przecenić laboratorium demokracji (do dziś z niego czerpiemy wiedzę), sykofanci, dobrowolni oskarżyciele, byli na pół osobami prywatnymi, a na pół instytucją. Każdy Ateńczyk, który pod jakimś względem wybijał się ponad przeciętność, przyciągał uwagę sykofantów. Wskutek absurdalnych nieraz zarzutów jedni byli skazywani na wygnanie, inni na śmierć. Temistokles, genialny strateg spod Salaminy (ta bitwa uchodzi za jedną z najważniejszych w dziejach Europy), musiał z Aten uciekać, Sokrates, oskarżony przez upartego sykofanta, nie uciekł i wypił truciznę. Sykofanci aktywizowali się, zwłaszcza gdy działo się coś ważnego dla Aten. Gdy toczyła się wojna, rzadko zdarzało się, aby wodzowie nie byli przez nich oskarżani bądź za błędy, bądź za rzekomą zdradę, bądź za postępowanie niezgodne z prawem. W wojnie peloponeskiej Ateńczycy ponieśli największą klęskę – tak sugeruje Tukidydes – wskutek wszczęcia śledztwa przeciw pierwszemu wodzowi wyprawy na Sycylię. Zmysł polityczny Ateńczyków ustępował przed siłą zastraszania, jaką mieli sykofanci, i przed uświęconym oskarżycielstwem. Opinia publiczna odnosiła się do sykofantów z mieszanymi uczuciami. Ludność bardzo lubiła te widowiska, te komisje śledcze, bo to było bardziej podniecające niż przedstawienia teatralne. Zarazem sykofantami pogardzano i sama nazwa stała się obelżywa. Demagodzy mogli przynieść społeczeństwu duże szkody, ale także doprowadzić do czegoś dobrego nieraz. Sykofanci demokrację poniżali, upadlali obywateli, angażując ich emocjonalnie w spektakle oskarżycielskie i czyniąc w ten sposób współoszczercami. Sykofanci „oczyścili” grecką scenę polityczną z jednostek wybitnych i mających poczucie własnej godności, niepozwalające im wystawiać się na oszczerstwa, z których nie było sposobu się oczyścić, ponieważ praktycznie były niekaralne.
W dzisiejszej demokracji – mam na myśli Polskę – inne kraje mniej mnie interesują – rola sykofantów o tyle się zmieniła, że mają do dyspozycji potężne środki oddziaływania – prasę wielonakładową, telewizję, radio. Poza tym są oni niezwykle podobni do swoich starożytnych pierwowzorów. Do wzorów bolszewickich mieliby szanse upodobnić się jedynie w takim razie, gdyby tu wybuchła jakaś rewolucja, ale na to się nie zanosi.
W miarę jak ze sceny politycznej ustępują „postkomuniści”, uwaga klasy oskarżycielskiej kieruje się przeciw „oligarchom”, to znaczy przedsiębiorcom, którzy zdobyli największe majątki. Im się przypisuje złe cechy, podejrzane intencje i w ogóle działanie na szkodę społeczeństwa. Opinię publiczną łatwo podburzyć przeciw Aleksandrowi Gudzowatemu, Janowi Kulczykowi czy innym biznesmenom, których z dnia na dzień gazety i telewizja mogą zrobić wrogami publicznymi. Szczucie przeciw nim już się zaczęło, ale na razie – mówiąc słowami Wałęsy – jest to zaledwie wstęp do preludium.
Sykofanci nadali Polsce wizerunek dogłębnie fałszywy i do tego stopnia nieznośny, że człowiek, nie mając po temu żadnych argumentów, wierzy mimo to w cud opamiętania się oskarżycieli i zmianę atmosfery moralnej.
Partiom walczącym między sobą nie tyle o władzę, co o „dostęp do koryta”, jak powiedział pewien ludowiec, przewodzą ludzie już niezdolni do szanowania czegokolwiek. Ani do rozwiązywania problemów. Ani do zobaczenia rzeczywistości taką, jaką ona jest. Są to emigranci we własnym kraju. Niezakorzenieni w przeszłości i niezastanawiający się nad przyszłością. Ten system partokratyczny, ten skład personalny, te obyczaje wykolejone, ten język na przemian drętwy i wulgarny – to musi upaść i ludzie coraz bardziej chcą, żeby upadło. Kto przyjdzie po nich? Mógłbym co najwyżej powiedzieć, kto powinien przyjść. Może coś się powie o tym innym razem.

Wydanie: 18/2004

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy