Woda się leje z tekstów – rozmowa z Teresą Torańską

Woda się leje z tekstów – rozmowa z Teresą Torańską

Spróbuj wycisnąć jakikolwiek tekst z gazety codziennej przez sitko. Jakieś drobiazgi na nim zostaną. Resztki po faktach, po informacjach  Teresa Torańska – (1944-2013) dziennikarka, autorka reportaży, wywiadów i książek, m.in. słynnych „Onych”. Współpracowała z tygodnikiem „Kultura”, „Dużym Formatem”, a ostatnio z „Newsweekiem”. Czy już w Białymstoku rodziła się twoja reporterska świadomość? – Pewnie tak, bo okazuje się, że bardzo dużo pamiętam z tego czasu. Chłonęłam, co było wokół. Mam też wcześniejsze, wyraźne wspomnienia. Na przykład z Sulechowa. Byłam małym dzieckiem, kiedy tam mieszkaliśmy. O, spójrz, tu na ręku mam bliznę, ślad po skaleczeniu, bawiłam się w dawnej łaźni, miałam ze trzy lata, była oczywiście zburzona, z resztkami ścian z niebieskich kafelków. Dziecko zapamiętuje kolory. Moja siostra niczego nie pamięta, a była dużo starsza. Pewnie się zdziwisz, że pamiętam także powrót ojca z Syberii. A miałam cztery lata. (…) Doskonale pamiętam te swoje emocje. Powrót ojca zapamiętałam przez dotyk. Miał na sobie okropny sweter z owczej wełny, bardzo szorstkiej. Wziął mnie na ręce i do dzisiaj czuję, że ojciec jest nieogolony, i czuję ten sweter. (…) Pamiętasz swoje pierwsze pytania? Pytałaś mamę: skąd się wzięłam? – Pytałam, a mama robiła z tego zabawę. Mówiła na przykład, że mnie znalazła w wychodku, byłam brudna, umyła mnie i przygarnęła. Moją siostrę znalazła w tej opowieści w taborze cygańskim, była głodna. Całowałyśmy mamę i dziękowałyśmy jej za to, że nas wzięła. Wiesz, dzisiaj to może brzmi dziwnie, ale myśmy tak naprawdę nie traktowały tego zbyt dosłownie. Czułyśmy, że to gra. Może miała takie poczucie humoru? A może matki bawiły się tak z dziećmi, mówiąc: „Nie, nie jesteś moją córką”. Żadnej traumy dla nas w tym nie było. A co miała opowiedzieć? Że bocian nas przyniósł? Widocznie uważała, że to za proste. Poza tym zawsze wciągała nas w opowieści, jakieś fabuły, podsycała ciekawość. Leżałyśmy wieczorem w jednym łóżku i opowieści się same snuły. Przecież ile pytań jest z takiej historii o uratowaniu z taboru cygańskiego. Mama lubiła nas wciągać w różne zabawy. Pamiętam z Białegostoku, że lubiłyśmy się z siostrą przebierać. Któregoś razu poprzebierane w mamy szmatki biegałyśmy po parku, mieszkałyśmy niedaleko. Mama postanowiła się nami zabawić. Podeszła do nas i zapytała: „Dziewczynki, a skąd jesteście?”. I szepnęła, żeby odpowiedzieć, że z Korei. A trwała akurat wojna koreańska. No więc Halina mówi: „Z Korei”, a dookoła ludzie. My twardo odpowiadamy, że jesteśmy sieroty wojenne. Zaczyna się robić szum. A ponieważ siostra ma bardzo skośne oczy, spokojnie wyglądała na Azjatkę. Tam się tłum zebrał, była żona funkcjonariusza UB, bo niedaleko były bloki, w których mieszkali ubecy. Ona najwięcej dopytywała o tę Koreę. Halina odpowiadała, jak to strasznie jest na wojnie. Ja coś tam dopowiadałam, ale Halina była starsza, więc radziła sobie lepiej. Pamiętam, że ta kobieta dopytywała: „Naprawdę jesteście same?”. – „No, tak, jesteśmy same”. – „To trzeba wam jakoś pomóc”. W pewnym momencie mama zobaczyła naszą sąsiadkę, panią Pawłową, i powiedziała: „Dziewczynki, ja się spieszę, muszę biec dalej”. I tak nas zostawiła. Pawłowa zobaczyła nas poprzebierane i wypaliła: „Halinka, Tereska, co wy tu robicie?!”. I nas zdekonspirowała. Co innego mnie teraz ciekawi – to, że ludzie wierzyli w takie bzdury. Byli potwornie naiwni. Bo skąd raptem w Białymstoku dzieci koreańskie? Na dodatek same, w parku? Pamiętasz sąsiadów z ulicy Elektrycznej? – Elektryczna była podzielona na dwie części: od Warszawskiej do rzeki Białki i parku było z pięć, sześć domów, po jednej i drugiej stronie, a po drugiej stronie rzeki teatr, elektrownia, a dalej ulica Mickiewicza z ogromnymi gmachami UB, do których później przeprowadził się ZUS. Mama nas potem zaprowadziła do ZUS-u, żebyśmy zobaczyły piwnice. Na ścianach były brązowe plamy. Mówiła, że to krew. Już ci mówię, kto mieszkał na Elektrycznej. W Domu Węclików, pod numerem ósmym, był dom aktora. Aktorzy mieli dzieci, byłam z nimi zaprzyjaźniona, codziennie wieczorem biegałyśmy do teatru, nakładałyśmy buty i leciałyśmy przez kulisy. W domu aktora mieszkał na przykład Jarema Stępowski. Oglądałyśmy go, bo były takie słuchy, że lunatykuje, bardzo nas to interesowało. Cały czas myślałam,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 03/2013, 2013

Kategorie: Wywiady