Wojna na lewicy

Wojna na lewicy

Sojusz się dzieli, premier odchodzi, mamy nowe rozdanie

W ciągu kilku ostatnich dni na polskiej scenie politycznej zdarzyło się więcej niż w ciągu ostatnich dwóch lat.
Najpierw podzieliła się lewica, z SLD wyszedł z grupą działaczy Marek Borowski, tworząc Socjaldemokrację Polską. Powołanie nowej partii Borowski ogłosił w piątek, w samo południe. Wtedy wydawało się, że będzie to absolutny hit miesiąca. Ale jeszcze tego samego dnia, o 19.00, Leszek Miller ogłosił, że 2 maja, po wejściu Polski do Unii, poda się do dymisji, więc hit miesiąca został przebity przez hit roku. A prezydent dodał, że od poniedziałku rozpocznie polityczne konsultacje w sprawie powołania nowego rządu. Jest już nawet nazwisko pierwszego kandydata – to Marek Belka, były minister finansów.
Mamy więc niebywałe przyspieszenie – zarówno w rządzie, jak i na lewicy. Dlaczego? Co z tego wyniknie? Kto w co gra? Czy czekają nas wcześniejsze wybory? Co się dzieje na lewicy? Czy czeka ją bratobójcza wojna?

Przyspieszenie

Powód przyspieszenia jest prosty – sondaże w ostatnich miesiącach były dla premiera i dla SLD bezlitosne. Wyborcy gremialnie odwrócili się od lewicy, a rząd nie miał już siły, by trwać. Ten proces obsuwania się rządu i wpływów SLD nie był nowy. Przynajmniej od czasu kongresu SLD w czerwcu 2003 r. liderzy Sojuszu debatowali nad sposobami przełamania impasu. Między innymi przed kongresem Marek Dyduch namawiał Leszka Millera, by ustąpił ze stanowiska premiera. Bezskutecznie. Miller trwał, wciąż wierząc, że zła karta się odwróci.
Przyspieszenie nastąpiło w lutym. Najpierw premier ogłosił, że rezygnuje ze stanowiska przewodniczącego SLD. Potem, 6 marca, podczas konwencji Sojuszu, gdy Millera zastąpił Janik, ujawniła się grupa Marka Borowskiego, żądająca radykalnych zmian.
Grupa wystosowała apel: „Dość złudzeń”, wyraźnie sterując w kierunku bądź przejęcia SLD, bądź tworzenia nowej partii. Czas wahań minął w zeszłym tygodniu. Marek Borowski zdecydował się na powołanie własnej formacji.
To powoływanie odbywało się zresztą w specyficznej atmosferze pościgu. Gdy gruchnęła wieść, że Borowski zamierza ogłosić tworzenie nowej partii w niedzielę, 28 marca, Krzysztof Janik przesunął termin posiedzenia Rady Krajowej z 4 kwietnia na 27 marca. A 25 marca, podczas spotkania z szefami rad powiatowych SLD, zapowiedział zmianę premiera i zmiany w Sojuszu. Z kolei posłanki lewicy wyskoczyły z pomysłem nowelizacji ustawy antyaborcyjnej. Jednocześnie zaczęto „rozkruszać” grupę Borowskiego, wyszli z niej Wiesław Kaczmarek i Anna Bańkowska.
Wobec tej ofensywy Borowski przyspieszył – 25 marca w nocy założył Socjaldemokrację, a dzień później, o 12.00, ogłosił jej powstanie.
Wszystko, co później się działo, wyglądało na próbę „przykrycia” inicjatywy marszałka Sejmu. Najpierw o 17.00, podczas specjalnie zwołanej konferencji prasowej, liderzy SLD tłumaczyli, że Sojusz realizuje i będzie realizował wszystkie postulaty programowe Socjaldemokracji Borowskiego. „Nie ma między nami programowych różnic”, zapewniał Janik. A już dwie godziny później Leszek Miller ogłosił swoją dymisję.
Tym oto sposobem w korespondencyjnym pojedynku dwaj nowi liderzy mogli ogłosić zwycięstwo. Kilka godzin po powołaniu Socjaldemokracja Polska zrealizowała jeden ze swoich celów – odejście Leszka Millera, a także zapowiedź głębokich zmian w SLD.
Z drugiej strony Janik nie pozwalał rozwijać jej skrzydeł – bo każdy postulat programowy nowej lewicy, który pozwoliłby jej zaistnieć w oczach elektoratu, natychmiast spełniał. Ogłaszając przy tym, że SLD już dawno to robi. W ten sposób zgodził się na czerwcowy kongres SLD (jeszcze tydzień temu mówił, że to nierealne), na rozdzielenie stanowisk, na frakcje wewnątrz Sojuszu, no i na odejście Leszka Millera.

Janik kontra Borowski

Czy w najbliższych tygodniach będziemy świadkami równie subtelnej, aksamitnej wojny na lewicy? Bo że ona nastąpi, raczej nie ma wątpliwości. Obie partie mają niemal ten sam program, tworzą je niedawni koledzy, odwołują się do tego samego elektoratu. Sukces oznacza automatycznie klęskę drugiej. To walka na śmierć i życie. Borowskiemu teoretycznie jest łatwiej, bo zrzucił z siebie więzy SLD, ale brakuje mu zaplecza. Janik je ma, ale balast afer Sojuszu go przygniata.
Ponieważ obaj odwołują się do tego samego elektoratu, do tych samych działaczy, nie mogą przekroczyć niewidzialnej granicy agresji. Bo ten, komu pierwszemu puszczą nerwy i zacznie traktować rywala grubym słowem, przegra, zrazi do siebie wyborców.
Marek Borowski więc tłumaczy: SLD jest szyldem skazanym na porażkę, ludzie nie chcą na niego głosować. Podobnie jak na grono towarzyszy, których coraz częściej odwiedza prokurator. Struktury SLD-owskie są kamieniem u szyi nowoczesnej lewicy, trzeba więc je pożegnać. Do tego dodaje wizję państwa i nowej partii – państwa uczciwego, czystego i partii, która idee lewicy (o których elektoratowi od lat się opowiada) realizuje.
Odpowiada mu Janik: SLD jest szyldem poobijanym, ale właśnie zabieramy się za jego remont, Sojusz zrobi wszystko, by się zreformować (za pół roku nie poznacie tej partii – zapewnia). A co do zasad programowych, właśnie zamierza je wdrażać.
Na co ripostują ludzie Borowskiego: nie wierzymy, że Sojusz się zmieni, te struktury są zbyt sztywne, poza tym ludzie już trwale zrazili się do SLD. Nic już teraz nie pomoże.
I kto w tym wszystkim ma rację?
Odpowiedź przyniosą najbliższe tygodnie. A dadzą ją sondaże. To ich wyniki zadecydują, w którą stronę przechyli się sympatia lokalnych liderów lewicy i elektoratu. Czy pojawi się syndrom Platformy Obywatelskiej, której zaczęło przybywać, tak jak topniało Unii Wolności, czy też syndrom partii Jagielińskiego, o którym po wyjściu z PSL słuch zaginął.
Taktyka obu liderów jest więc jasna – Borowski musi mówić, że jego partia jest nową jakością na lewicy, a Janik powinien uprzedzać jego inicjatywy, tak by głos nowej partii był jak najmniej słyszalny.

Inna gra

Te polityczne szachy rychło mogą zamienić się w inny rodzaj gry, zwłaszcza po zapowiedzianej dymisji Leszka Millera. Bo dymisja otworzyła nowe pole do dyskusji i sporów. Przede wszystkim związanych ze stworzeniem koalicji, która poparłaby nowego premiera.
Sejmowa arytmetyka jest tu prosta, chociaż w ostatnim czasie płynna. W każdym razie bazą dla nowego premiera mogłyby być dwie koalicje. Pierwsza – SLD, UP, klubu Jagielińskiego i Socjaldemokracji. Nie miałaby większości, ale raczej miałaby siłę, by stworzyć rząd. Rzecz w tym, że pewnie takiej koalicji nie zaakceptowałby Borowski, który już na pierwszej konferencji prasowej zapowiedział, że jego partia nie wejdzie w sojusz z ugrupowaniem, które będzie chciało dokonywać skoku na Polskę, ewidentnie pijąc do Jagielińskiego.
Druga większość mogłaby powstać na bazie SLD, UP i PSL. W ten sposób ludowcy mogliby wejść do gry i wywalczyć lepsze warunki, niż mieli dwa lata temu, na przykład zyskując stanowisko marszałka Sejmu dla Janusza Wojciechowskiego. A SLD-owcy odegraliby się na Borowskim. I SLD, i PSL miałyby przy tym szansę nie tylko na prawie półtora roku rządów, ale i na odbicie się od złych sondaży. Na odzyskanie, przy nowym premierze i nowym rządzie, przynajmniej części niedawnej popularności.
Słabością tego wariantu również jest wewnętrzne skłócenie tworzących taką koalicję ugrupowań. W sumie powinny mieć 230 posłów. Ale co z Unią Pracy, podzieloną na ludzi Pola i ludzi Nałęcza? Co z tradycyjnie podzielonym PSL-em?
Te warunki narzucają osobę nowego premiera – który powinien być nie tylko osobą do zaakceptowania przez SLD, PSL, UP i grupę Borowskiego, ale również mieć umiejętności komunikowania się ze społeczeństwem. Czy taką osobą jest Marek Belka?
W każdym razie z okolic Pałacu Prezydenckiego dobiegały w ubiegłym tygodniu informacje, że byłaby to kandydatura miła Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Zresztą ubiegły tydzień był tygodniem przebudzenia się prezydenta, który po powrocie znad Zatoki zdążył się spotkać wielokrotnie z Markiem Borowskim, Krzysztofem Janikiem i Leszkiem Millerem. Cała więc operacja odwołania rządu i tworzenia SDPL odbywała się pod jego patronatem, a przynajmniej za jego wiedzą.
I jeśli zważymy jej owoce, zakończyła się powodzeniem. A zakończy się sukcesem, gdy powstanie w miarę stabilny rząd.
Oczywiście, ta układanka może nie wyjść i rządu większościowego nie uda się powołać. Albo z powodu planu Hausnera, albo własnych ambicji, albo w wyniku kalkulacji na niezły wyborczy rezultat. Wówczas czekają nas wcześniejsze wybory, najpewniej na jesieni. Ich wynik jest niewiadomy tylko w jednym szczególe – która partia lewicy osiągnęłaby lepszy rezultat, lub inaczej, która mniej by przegrała.

Ostatnie otwarcie

Tak czy inaczej, rozłam w SLD, dymisja Leszka Millera, nowe rozdanie na politycznej scenie, te wszystkie ruchy wyrwały i lewicę, i Polskę z wielomiesięcznego marazmu. Z powolnego topienia się w bagnie.
Tymczasem jest przełom. Ostatni w tej kadencji, ale stwarzający szansę na odwrócenie dotychczasowych tendencji.
Na pewno nową nadzieję mogłyby dać sejmowa koalicja i nowy rząd z nowym premierem, który zrzuciłby balast niechęci tak ciążący Millerowi. A to mogłoby rozbić scenariusz pisany przez Platformę i Jana Rokitę – podziału polskiej sceny politycznej na PO i Samoobronę.
Ten scenariusz może rozbić również powołanie do życia partii Marka Borowskiego, która deklarując oddzielenie partyjnego i państwowego, odcinając się od zwyczajów SLD, ma szansę odzyskać znaczną część elektoratu lewicy.
Przy okazji Socjaldemokracja obudziła SLD, zaczęto więc wreszcie w Polsce mówić o lewicowych wartościach, o sprawach, które dotychczas były skrzętnie przemilczane.
Mamy zatem nowe rozdanie i nowe inicjatywy. Mądrością polityków jest, jak je wykorzystają. Na razie nie ma w tej grze outsiderów ani faworytów, wszyscy siadają do rozgrywki.
A już wydawało się, że do wyborów nic na polskiej scenie się nie zdarzy…


Będziemy świadkami konkurencji

Krzysztof Janik, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej
Trzeba wpierw odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy program lewicy. W takim kraju jak Polska, przy tej strukturze społecznej, w XXI w., w państwie, które już wchodzi do Unii Europejskiej. Kto udzieli na to pytanie lepszej odpowiedzi, lepiej trafi w społeczne zapotrzebowanie, ten ma szansę na sukces.
Elektorat lewicy oczekuje polityki użytecznej. Potrzebuje partii, która byłaby przewodnikiem, a także partii, która byłaby interpretatorem. Takiej, która zmniejszałaby obecne lęki. Elektorat lewicy jest elektoratem lękliwym. Jest dla niego niezmiernie ważne, by mieć gwarancje, że nikt w kraju nie będzie zapomniany społecznie.
Tak samo zresztą myślą członkowie SLD. I dla nich, i dla kierownictwa Sojuszu szyld SLD jest szyldem stabilizującym. Znakiem firmowym, który sprawdzał się przez 14 lat w wielu wyborach. Wierzę, że SLD się odbuduje. Choć mądrość zawsze powinna polegać na tym, żeby przygotować rozwiązanie awaryjne.
Na razie ważną sprawą jest ożywienie partii, dyskusje wewnątrz. Obecny kryzys to także sygnał, że w SLD w ostatnich 15 latach nie było odpowiednich ruchów kadrowych. To sygnał, że potrzebni są młodzi ludzie. I oni są.
Jak natomiast w przyszłości wyglądać będzie mapa polityczna polskiej lewicy? Będziemy świadkami konkurencji. Pamiętajmy, że SLD i UP do koalicji dochodziły przez siedem lat. Więc pewnie za rok będziemy mieli przynajmniej dwie partie lewicy i wciąż nie będzie wiadomo nic pewnego.


Zadecyduje wiarygodność

Marek Borowski, lider Socjaldemokracji Polskiej

Lewica po raz kolejny musi określić swoją tożsamość. Przez lata używaliśmy określeń lewica, prawica. To już kompletnie się zatarło. Jeśli spytać przeciętnego Polaka, jak rozumie lewicę, to wymieni np. stosunek do Kościoła albo do aborcji, może wspomni o obronie biednych, ale później już będzie miał kłopot. Dlatego w ramach Socjaldemokracji chcemy wyeksponować lewicowe wartości, żeby ludzie zaczęli odróżniać lewicę od prawicy i żeby zauważyli, że postulaty socjaldemokracji to ich postulaty, które oni wyznają, ale nie wiedzą, że są lewicowe.
Czy można było to robić w SLD? Czy też trzeba było powoływać nową partię? Przyszłość pokaże. O wszystkim zadecydują wyborcy. Programy obu partii są z pewnością lewicowe, jeden i drugi. O sukcesie jednej lub drugiej partii zadecydują więc wiarygodność, kontakt z ludźmi, umiejętność przekonywania.
My, wychodząc z SLD, tworząc Socjaldemokrację, dokonaliśmy wyboru. Bo uważamy, że nowa partia – uwolniona od pewnych więzów, układów wewnętrznych, od pewnego piętna, którego SLD się dorobił, ku szkodzie i krzywdzie wielu ludzi, którzy byli uczciwi i porządni, ale jakaś mniejszość uczyniła ich zakładnikami swoich interesów – będzie bardziej skuteczna i wiarygodna.
Zresztą to nie jest tylko moja opinia. Po pierwsze, wskazywali na to wyborcy, dając w sondażach coraz mniej głosów SLD. Po drugie, różnego rodzaju opinie, które się kształtowały i które były badane przez ośrodki badania opinii publicznej – otóż do SLD został przyklejony negatywny stereotyp. Czy się odklei? SLD istnieje i próbuje się naprawić wewnętrznie, więc trzeba kibicować, żeby to się udało.
Zwróćmy zresztą uwagę, jak zachowywał się elektorat SLD – od pewnego momentu, kiedy partia, na którą się głosowało, zaczyna być postrzegana negatywnie społecznie, wyborcy zaczynają się jej trochę wstydzić. Zaczynają zapominać, że na nią głosowali, nie przyznają się, nie opowiadają w towarzystwie znajomych, że są sympatykami SLD, bo nie wypada. Czekają, że albo ta partia się uzdrowi – ale to jest proces trudny – albo pojawi się jakaś alternatywa, gdzie znowu będą mogli ulokować swoje nadzieje i powiedzieć: „No dobra, tam się pomyliłem, ale jest jednak jakaś partia lewicowa, której mogę uwierzyć”.
Natomiast inaczej wyglądają reakcje i zachowania członków SLD. Myślę, że w pewnej większości są oni zwolennikami remontu, a nie nowej partii. To jest zresztą cecha każdej struktury zastanej, osiadłej. No bo cóż proponuje nowa partia? Podróż w nieznane. Stara partia ma środki, pieniądze, lokale. Natomiast nowa partia środki ma mizerne, nie wiadomo, jak zostanie przyjęta, do końca nie wiadomo, z kim będzie działać. Nie wiadomo też, czy wstępując do niej, nie poniesie się jakichś konsekwencji osobistych. Jest więc wiele niebezpieczeństw, które się widzi. Natomiast w starej partii jest jedno wielkie niebezpieczeństwo, którego jednak się nie widzi – mianowicie, że ta partia może zniknąć ze sceny politycznej. Czytamy sondaże, denerwujemy się, ale myślimy, że będzie lepiej. Natomiast w przypadku opuszczenia natychmiast natyka się na problemy. W związku z tym ludzie instynktownie wybierają jedność. Tymczasem są sytuacje, w których sztuczna jedność jest szkodliwa. Wtedy potrzebny jest rozłam i uwolnienie, stworzenie nowych możliwości.
Dlatego też tak trudno dziś prorokować, jak będzie wyglądała mapa polskiej lewicy za rok czy dwa. Będzie jakieś przemieszanie, ktoś z kimś będzie się łączył, ktoś będzie pęczniał, ktoś będzie chudł. Trudno powiedzieć, ile to potrwa. Nie wiadomo, kiedy będą wybory. Jeżeli utrzymają się dwie partie lewicowe i w wyborach przekroczą 5%, to trudno komentować, co będzie dalej. Czy one będą tak sobie żyć równolegle, czy np. dojdzie do pewnego zjednoczenia? A może zagrają animozje działaczy?
Ale może być i tak, że do Sejmu przebije się jedna partia lewicowa. I wtedy ona prawdopodobnie zagospodaruje całą scenę, z tym że – mam nadzieję – z całą świadomością przeszłości. Więc tak czy inaczej, będzie inaczej działać, to będzie już inna lewica niż SLD.


Na równi pochyłej

Prof. Janusz Reykowski

Wyzwania stojące przed lewicą nie sprowadzają się do rozwiązania dylematu: przebudować istniejącą formację – SLD – czy tworzyć nową? Jest ich więcej.
Za podstawowe uważam następujące wyzwanie: jak powstrzymać czy odwrócić proces dekompozycji bazy społecznej lewicy – dekompozycji, która wyraża się w narastaniu w niej tendencji antydemokratycznych.
Proces ten rozwija się wskutek tego, że następuje polityczna mobilizacja grup społecznych, które czują się pokrzywdzone przez transformację. Poczucie pokrzywdzenia przez transformację występujące u licznych grup społecznych to zjawisko nienowe. Dotychczas część spośród tych grup lokowała swe nadzieje w ugrupowaniach „głównego nurtu” – w „Solidarności”, w AWS, w SLD. Wszystkie one zawiodły. Obecnie wyłonił „projekt alternatywny”, oparty na obrazie świata dobrze przystającym do doświadczenia „pokrzywdzonych”. Wyłoniło się też przywództwo. Są to warunki wystarczające do tego, by zainicjować ruch społeczny o znacznej sile. Ruch wśród tych segmentów społeczeństwa, które stanowią bazę społeczną lewicy.
Zjawisko to nie jest zaskakujące. Od dawna przewidywano, że „egoizm klasowy” grup uprzywilejowanych i utrzymywanie znacznych grup społecznych w sytuacji upośledzenia nie będą miały poważnych następstw politycznych tylko tak długo, dopóki nie pojawi się sprawny organizator polityczny. Właśnie się pojawił.
Lewica ma też inne dylematy – jako formacja, która musi troszczyć się o interes państwa, staje przed problemem: jak ratować państwo przed niebezpieczeństwem katastrofy finansowej, nie pogarszając losu upośledzonych warstw społeczeństwa? A także jak podtrzymywać i wzmacniać rozwój gospodarczy, nie powodując narastania polaryzacji ekonomicznej (a tym samym poszerzania kręgu „wykluczonych”)? Jak realizować ważne wartości lewicy, nie wzmagając nadmiernie napięć i konfliktów społecznych?
Problemy te to wielkie dylematy programowe i praktyczne, którym lewica w Polsce nie umiała stawić czoła. Czy dla ich rozwiązania potrzebna jest nowa partia, czy też wystarczy przebudować tę, która istnieje?
Budowanie czegoś nowego w polityce to bardzo trudne i ryzykowne zadanie. Ale zastanawiając się nad wyborem strategii, trzeba znaleźć odpowiedzi na takie pytania jak np.:
– Czy SLD jest w stanie, w ciągu niedługiego czasu, odzyskać w oczach swoich aktualnych i potencjalnych zwolenników rolę symbolu nadziei na polepszenie losu zbiorowego?
– Czy jego przywódcy potrafią ponownie stworzyć wśród obywateli przekonanie, że mają moc sprawczą, a więc zdolność do realizacji tego, co zapowiadają?
– Czy można liczyć na to, że większość organizacji SLD działających w terenie przestanie być postrzegana jako grupy interesu walczące o władzę i korzyści materialne? Że będą w stanie uruchomić inicjatywy służące rozwiązywaniu rzeczywistych problemów społecznych?
– Czy SLD potrafi odnaleźć język, który umożliwiałby nawiązanie utraconej komunikacji z szerszymi kręgami społecznymi?
Od odpowiedzi na tego rodzaju pytania zależą szanse na odbudowanie kapitału politycznego SLD. Wszakże trudność takiego zadania jest tym większa, że ugrupowanie to posiadało już taki kapitał i że od dłuższego czasu coraz szybciej go traci. Obecnie mamy do czynienia z efektem równi pochyłej. Musiałoby się zdarzyć coś bardzo istotnego, a zarazem spektakularnego, aby trend ten mógł zostać odwrócony.


Nowa partia – ratunek dla lewicy czy ucieczka z tonącego okrętu?

Co dalej z SLD?

Józef Pinior,

prawnik i filozof, Katedra Filozofii i Komunikacji Społecznej wrocławskiej Akademii Ekonomicznej
– To jeden z najmądrzejszych ruchów, jakie dokonały się w łonie polskiej lewicy od lat 70. Czekałem na to od 29 lat, od śmierci gen. Franco, czyli od momentu, gdy zaczął się proces przechodzenia do demokracji w Hiszpanii – wyjście z dyktatury i akcesja do Wspólnoty Europejskiej prowadzona w dużej mierze przez partię socjalistyczną.
Utworzenie tego ugrupowania to szansa na zbudowanie mocnej, silnej, europejskiej lewicy. To nie będzie lewica powstała na skutek podziałów historycznych, jak to miało miejsce w przeszłości, np. po 1989 r., ale o jej powstaniu zdecydują podziały merytoryczne, polityczne. SDPL może zagrozić partiom populistycznym, jednocześnie nie oddając pola prawicy. Bardzo istotne jest również to, że teraz lewica będzie mogła stawić czoła prawicowemu hasłu „Nicea albo śmierć”, prowadzić własną odważną – strzegącą interesów Polski, ale nie nacjonalistyczną – politykę europejską.
Nowa partia ma szanse przyciągnąć warstwy zniechęcone do SLD. Prawdopodobnie wróci do niej część tych, którzy odeszli z Sojuszu. Być może postawi tamę fali masowego przechodzenia do Samoobrony.
Myślę, że ugrupowanie Marka Borowskiego przyciągnie do siebie lewicową młodzież. We Wrocławiu nową organizację tworzy spora grupa młodzieży aktywnej wcześniej w kampanii referendalnej.

Mieczysław Rakowski,
b. premier
Lewicy potrzebne były radykalne zmiany, a nie utworzenie nowej partii. Najpierw należało szukać porozumienia wewnątrz partii. Sądzę, że teraz w SLD nastąpi zwarcie szeregów.
Pytaniem jest, jak potoczą się losy obu ugrupowań, skoro – z tego, co do tej pory słyszałem – program nowej lewicy ma być identyczny z programem SLD. Pojawił się argument, że program ten sam, ale wykonawstwo inne. Czy to jest to, co może do nich przekonywać? Mam wątpliwości. Unikałbym jednak określenia, że to ucieczka z tonącego okrętu. To bardziej Platforma bis.
SLD może wyjść z tej sytuacji obronną ręką, o ile zdecyduje się na radykalne posunięcia. Przeszkodą na pewno był rząd i premier. Ale teraz dla SLD jest szansa.

Prof. Adam Chmielewski,
filozofia polityczna, Uniwersytet Wrocławski
Powstanie tej partii właśnie w tym momencie jest bardzo niefortunne. Została stworzona głównie przez członków SLD i nie będzie w stanie przyciągnąć wystarczającej liczby wyborców, którzy uchroniliby państwo przed awanturnictwem politycznym ze strony Platformy Obywatelskiej i nieodpowiedzialnością Samoobrony. Trudno powiedzieć, co jest bardziej niebezpieczne – awanturnictwo Jana Marii Rokity czy nieodpowiedzialność Leppera, ale w obu przypadkach powstanie SDPL jest wielkim błędem. Zamiast tego strategicznym zadaniem powinno być – choć już jest pewnie zbyt późno – wzmocnienie SLD, które dokonałoby się przez głęboką transformację personalną. Marek Borowski w mojej opinii zademonstrował kompletny brak wyobraźni, nieodpowiedzialność i niezdecydowanie, podejmując krok w kierunku tworzenia nowej partii.

Dr hab. Wojciech Łukawski,
socjolog polityki, UW
To zdecydowanie nie jest ucieczka, ale ratowanie lewicy. Świadczy o tym chociażby styl, w jakim to się odbyło. Powiem nawet więcej, jest to próba stworzenia formacji, której nie będziemy się wstydzić. Formacji na miarę europejską. Myślę, że może powstać lewica na wzór partii Tony’ego Blaira.
Obawiam się jedynie tego, że mogą mieć problemy (z czym zresztą mają kłopot wszystkie nasze partie) z tzw. technologią rządzenia, czyli po prostu ze sprawnym pokazywaniem, jak uprawia się politykę.
Na scenie politycznej jest miejsce na dwie partie lewicowe. Sądzę, że SLD przetrwa, co w polskich warunkach oznacza, że przekroczy próg wyborczy. W przyszłości poparcie dla nich może nawet oscylować w granicach 5-10%. Wszystko jednak zależy od tego, jak uformuje się nowa lewica, czy zdoła zainteresować wyborców. Czy będzie wystarczająco mocno różnić się od starej lewicy. Zresztą pozytywnym aspektem może być także to, że w SLD zacznie się proces odnowy. Kwestia tylko, czy znajdą się ludzie zdolni do tego.
Myślę też, że nie jest to koniec zmian na lewicy. Być może, w przyszłości powstanie jeszcze coś nowego. Możliwe, że oba te ugrupowania się połączą.

Prof. Jacek Wódz,
Wydział Socjologii Uniwersytetu Śląskiego, dyrektor Międzynarodowej Szkoły Nauk Politycznych, profesor w Institut d’Etudes Politiques de Bordeaux
Jest jeszcze za wcześnie, aby odpowiedzieć na to pytanie. Rozsądni ludzie od pewnego czasu wiedzą lub przeczuwają, że SLD nie ma racji bytu. Natomiast, moim zdaniem, źle się stało, że nowa inicjatywa powstała jako ruch polityczny, a nie propozycja programowa. Wolałbym, aby najpierw odbyła się debata programowa, a dopiero później powstała partia. Niestety, stało się odwrotnie. To nie jest dobra prognoza. Ale może stanie się to początkiem czegoś dobrego. Na pewno można powiedzieć, że ludziom, którzy tworzą to nowe ugrupowanie, nie da się przypisać cwaniactwa.
Czy partia Marka Borowskiego zdoła przechwycić elektorat rozczarowany SLD? Wszystko zależy od tego, jaką formacją się stanie. Jeśli będzie otwarta na debatę, na propozycje, jeśli będzie chciała widzieć świat w całej jego złożoności, to ma szansę przyciągnąć wyborców. SLD był partią zamkniętą, która nie chciała myślenia czy dyskusji i to na nich się zemściło.
Czy SLD przetrwa? Cóż, polska scena polityczna jest tak rozchwiana, że trudno mówić o tym, co będzie za kilka lat czy po następnych wyborach.

Dr Jerzy Głuszyński,
prezes Instytutu Pentor
Zarówno jeden, jak i drugi scenariusz jest możliwy. Na pewno nie dojdzie do „aksamitnej korelacji”, o czym przekonują politycy tych ugrupowań. Bo obie te partie będą walczyć o ten sam elektorat.
Czy to śmiertelne zagrożenie dla SLD? To zależy, czy nowe kierownictwo Sojuszu, z Janikiem na czele, będzie w stanie powołać nowy, sprawny rząd mimo odejścia z ugrupowania wielu działaczy. Jeśli wybory parlamentarne będą na wiosnę, a do tej pory sytuacja się uspokoi, nastąpi odczuwalny wzrost gospodarczy lub pozytywny efekt wejścia do Unii Europejskiej, a SLD udałoby się przekonać, że to ich zasługa, wówczas Sojusz może zyskać. Jeśli jednak te perturbacje na lewicy będą trwały dłużej, będą nieczytelne i będą świadczyć o chaosie, będzie to działało na niekorzyść SLD, zyskiwać natomiast może nowa formacja.
SLD może istnieć, podobnie jak w wielu krajach inne partie postkomunistyczne, ale bez szans na odgrywanie znaczącej roli politycznej. Z drugiej strony, część działaczy może po jakimś czasie przejść do utworzonej teraz partii.
Ale nie sądzę, abyśmy już dziś mieli powód do mówienia o pogrzebie SLD. Jeśli nowa partia będzie na tyle wyrazista, że będzie się odróżniać znacząco od SLD, może ona przechwycić wyborców, który odwrócił się od Sojuszu. Musi jednak przejąć elektorat, a nie tylko struktury. Jeśli w następnych wyborach parlamentarnych otrzymałaby około 20%, byłby to empiryczny dowód, że powstanie tego ugrupowania jest ratowaniem lewicy. Ale jednocześnie oznaczałoby to, że ci politycy znaleźli skuteczny sposób na utrzymanie się w polityce. Zrobili tak już kiedyś ci, którzy odchodzili z AWS i przeszli do PO i PiS.
Tak więc oba scenariusze mogą się sprawdzić, a najbliższe tygodnie okażą się decydujące.

Notowała J.T.

Wydanie: 14/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy