Wszystkich ubywa

Wszystkich ubywa

Z mojego pokolenia zostało tylko parę osób. Jest nowe pokolenie, nowy świat, nowe rozumienie moralności

Wszystko, co miał do powiedzenia o świecie, napisał. I nakręcił. W ostatnich latach mocno ograniczał rozmowy z dziennikarzami, zbywając ich na żywo i przez telefon. To cud, że latem 2013 r. udało mi się namówić Mistrza na krótką rozmowę, choć do dziś nie wiem jak. Może po prostu dlatego, że temat był mu tak bliski? Zostały słowa prawdy. Bezcenne, bo z pierwszej ręki.

Panie Tadeuszu, jak pan się znalazł w Czytelniku? Z Nowej Wilejki droga daleka.
– Przedostałem się z Wilna, zapisałem na Uniwersytet Jagielloński, a po jakimś czasie dostałem pracę korektora w tygodniku literackim „Odrodzenie”, który należał do Czytelnika – wtedy gigantycznego koncernu. Należało do niego wiele gazet, tygodników, bibliotek, księgarń. W 1947 r. Jerzy Borejsza przeniósł „Odrodzenie” do Warszawy i ja – jako nieodzowny pracownik korekty – tu się znalazłem. Umiejscowiono mnie w sąsiednim domu, który należał do Czytelnika, a tu, gdzie rozmawiamy, była stołówka.
Pracownicza.
– Która po jakimś czasie stała się kawiarnią. Wtedy zacząłem się tu spotykać z Lolem Tyrmandem, bo się kolegowaliśmy. On też mieszkał tu gdzieś niedaleko. Gdy „Odrodzenie” zmieniło się w „Nową Kulturę”, również tam byłem, wciąż związany z ul. Wiejską, Frascati i z tym lokalem. Spotykaliśmy się tutaj z Lolem Tyrmandem na takiej zasadzie, jak to się zawsze dzieje w jakichś społecznościach, a do naszego stolika zaczęli się przysiadać różni ludzie, powoli ustalała się liczba osób uczestniczących.
Autor bestselleru „Zły” musiał mieć powodzenie.
– Miał, ale po tym jak Lolo Tyrmand wyemigrował w 1965 r., stolik został. I był stolikiem takim sobie, byle jakim. Nie był ani snobistyczny, ani literacki, zamknięty dla publiczności, dla jakiegoś lepszego towarzystwa, gdzie by się prowadziło głębokie dyskusje ideowe, literackie, moralne. To był normalny stolik ludzi, którzy mieli chwilę czasu i wpadli, by napić się kawy, zapytać „co słychać”. Jedno, co mogło być pasjonujące w owych czasach – to był sport. Jednak stolik miał pewne reguły, mianowicie nie wolno było opowiadać snów ani przeczytanych książek i obejrzanych filmów streszczać. To nas nudziło. Była spontaniczna, bardzo często żartobliwa rozmowa o wszystkim i o niczym.
Ale mogli się przysiąść tylko swoi, nikt przypadkowy.
– Oczywiście. Przysiadły się i zostały uczestniczkami stołu panie redaktorki, w tym Irena Szymańska – naczelna wydawnictwa, pani Ida Borowiczowa, która redagowała, poprawiała i usiłowała z moich tekstów zrobić literaturę. Przychodził Gucio Gottesman – późniejszy redaktor „Literatury”. Chyba wymieniłem tych, którzy od początku byli stale. Tych, którzy doraźnie się przysiadali albo się zrazili i odeszli, albo mieli inne sprawy czy inne kontakty, było więcej… Gustaw Holoubek dołączył, kiedy poznaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy przy filmie „Salto”, w 1964 r. I Gucio, który potrzebował takiego miejsca spotkań i kontaktów koleżeńsko-przyjacielskich, przystał na stałe.
Andrzej Łapicki pod koniec życia trochę przychodził na obiadki, ale nie był uczestnikiem stolika. Nie miał takiej natury. Kazio Kutz nie bardzo siadywał z nami, raczej z Berezą. W końcu, o dziwo, zaszczycił nas pan Antoni…
…Wielki Antoni Słonimski…
– …który do tamtej pory miał gdzieś swoje własne stoliki, dla nas niedostępne. W którymś momencie przyszedł do nas, polubił i stał się regularnym uczestnikiem, a przy nim krążył jego sekretarz, nie wiem, ile miał wtedy lat.
Michnik.
– Czy pani musi mnie przeszkadzać? Jego młodziutki sekretarz, chłopak, wyrostek niepełnoletni, który – się okazało – Adamem Michnikiem był. Czasem się zdarzało, że przyjechał z zagranicy któryś z emigrantów, który coś słyszał o stoliku i przysiadał się. Stolik był rozrywkowo-zabawowy. Nie odgrywał żadnej roli, nie organizował opozycji w Polsce, nie walczył o wolną ojczyznę, nie miał żadnych ideałów. Był po prostu miejscem koleżeńskich spotkań.
Wybitny krytyk literacki Henryk Bereza siadywał tuż obok, pod filarem.
– Miał osobny stolik. Inna rodzina. Byliśmy bywalcami, więc było naturalne, że między 12.00 a 13.00 mieliśmy zarezerwowane stoliki, ale oddzielne.
A co by było, gdyby przysiadł się ktoś, kogo nie lubiano, nie szanowano albo nie chciano? Były takie incydenty czy nikt nie śmiał?
– Mogły być… Ale szybko odczuwał, że to nie jest miejsce dla niego. Zresztą… ja nie wiem. Wie pani, to było pół wieku temu, teraz obserwuję, że ludzie powymierali, lata minęły i każdy po swojemu interpretuje historię. Może ktoś się znajdzie, kto pani opowie, że to on w ogóle założył stolik, że zbudował ten budynek i tu stworzył fundamenty ustroju, ostoję opozycji, która obaliła przeklęty ustrój PRL?
Gdy bodaj w 1992 r. Jacek Żakowski napisał słynny tekst o fenomenie stolika, ten niemal rozpadł się na wieki.
– Jak to? Rozpadł się, rozpadł, ale nie chcę tu oskarżać pana Żakowskiego, bo był ofiarą wewnętrznych stolikowych intryg. Tą kawiarnią kierowała wtedy Janeczka – strasznie miła, kochana osoba, we współpracy z Jadzią Młodek, właścicielką. Gdy pan Żakowski się do mnie zwrócił, poprosiłem, że bardzo nam zależy, aby role tych pań z Czytelnika uwypuklić. Pokazać, że w tym nastroju prawie rodzinnym one obie odgrywały prawie decydującą rolę. Aliści mi się wydaje, że autor został dopadnięty przez ludzi ambitnych, którzy mu naopowiadali, że tutaj podziemie, opozycja itp. Ja się po prostu zawstydziłem. I bardzo często jeszcze zabierali głos ludzie, którzy tu prawie nie bywali. W imieniu stolika poczułem się upokorzony i go rozwiązałem. Przestałem przychodzić i on po prostu się rozpadł.
Pamiętam. Został smutek tropików, czyli pracowniczej stołówki.
– A potem minęło parę lat i Gucio Holoubek chciał mnie z powrotem, wciąż były te dawne miłe panie, animozje ucichły. I stolik zaczął funkcjonować, ale już trochę inaczej.
Są ambitne żony, które lubią gotować dla mężów, a panowie woleli stołówkowe jedzenie.
– Co pani takie intymne pytania zadaje?
Przepraszam.
– Zresztą muszę powiedzieć, że długi czas w ogóle nie jadałem obiadów. Potem, gdy stałem się wdowcem, to Czytelnik i ta Justysia kochana, słodka, pani Ania kierowniczka czy właścicielka stworzyły mi zastępczą rodzinę. Ja tu przychodzę nie tylko, żeby zjeść obiad, ale żeby rodzinnie czasem się uściskać z paniami…
Ale obcych nie zaprasza pan do stolika, przy którym siadywaliście z Gustawem Holoubkiem, gdzie nad krzesłem wisi jego portret. To stolik świętość, zastrzeżona wyłącznie dla przyjaciół?
– Gucio, który pierwszy wrócił do Czytelnika po długiej przerwie, najął ten stolik i mnie do niego wciągnął. I myśmy wspólnie tam, pod ścianą, siedzieli. Powiesiłem jego portret i teraz Gucia teoretycznie nie ma, ale naprawdę dalej jest przy stoliku. Jak pani widzi, stoi tam i patrzy na nas…
Ja też nie mogę się pogodzić z odchodzeniem bliskich. Wiem, to dziecinne.
– Wszystkich ubywa. Z mojego pokolenia zostało już tylko parę osób. Jest nowe pokolenie, nowy świat, nowa ideologia, nowe rozumienie moralności, nowa estetyka, nowe zasady sztuki uprawianej przez to pokolenie. Takie jest prawo historii. Tak zawsze się działo i będzie się działo.
Trzeba się z tym pogodzić.
– A dlaczego się godzić? Trzeba po prostu przyjąć jako rzecz naturalną. To tak, jakby pani powiedziała, że nadchodzi wieczór i trzeba się pogodzić z wieczorem. Takie jest prawo życia i przyjmujemy je z godnością i opanowaniem.
Naprawdę przez te wszystkie lata nie rozmawialiście o „sklepiku”, czyli literaci o literaturze, aktorzy o nowej roli, filmowcy o filmie?
– Wstydziliśmy się! Wstydziliśmy się prowadzić wytworne artystyczne rozmowy. Udawać światek elitarnych artystów? Nie, nie… Ja miałem Gucia w naturze, a on poza sceną był najbardziej normalnym facetem z jakiejś zwyczajnej dzielnicy Krakowa, bez żadnych fanaberii. Tylko na scenie stawał się wielkim artystą. I ja go rozumiałem, bo też krępowałem się zawsze robienia z siebie, z tego, co robię, czegoś nadzwyczajnego. Być może to jest prowincjonalne, ale obowiązuje mnie całe życie. A miała być krótka rozmowa…
Już kończę. Chyba wielu zazdrościło takiej przyjacielskiej komitywy?
– Czego zazdrościć? Każdy mógł sobie przecież założyć swój własny stolik. Nasz był najbardziej normalny, naturalny, bez żadnych pretensji, bez żadnych legend. Chociaż być może ktoś inny pani opowie, że to on go założył i przy nim planował obalenie ustroju PRL.
Mam nie wierzyć?
– Nie, dlaczego? Może pani wierzyć. Ja mówię pani: nie ma historii, są tylko jej interpretacje. Każdą sytuację można opowiedzieć z różnych stron. Opowiedziałem swoją. Wszystkiego najlepszego życzy kominiarz.


Pan Robert, długoletni szatniarz w Czytelniku przy Wiejskiej, przez lata poznał nawyki i obyczaje Mistrza. Któregoś dnia obserwował, jak ekipy telewizyjne rozstawiały sprzęt w pobliżu (budynek Czytelnika mieści się między siedzibą Komitetu Obywatelskiego a Sejmem), czekając na jakichś polityków czy posłów. – Zobaczyłem, jak od strony pl. Trzech Krzyży nadchodzi Konwicki. A raczej nadbiega, bo on nie potrafił zwyczajnie chodzić. Młodsi za nim nie nadążali. Na chodniku stały kamery, ekipy czekały. Konwicki przeciskał się przez tłum nierozpoznany, niezauważony nawet przez znanych reporterów. Tamci dalej czekali na ludzi, których wypowiedzi pewnie po dwóch godzinach stracą jakąkolwiek wagę, a po dwóch dniach nikt nie będzie pamiętał, o co chodziło – podsumował pan Robert.

Wydanie: 3/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy