Kryminał po polsku

Kryminał po polsku

Kiedyś o polskim kryminale nie warto było mówić. Dziś czytelnik ma już z czego wybierać

Do niedawna było mu bliżej do zwłok niż do świata żywych. Prognozy są jednak optymistyczne. Kryminał w polskim wydaniu wyraźnie nabiera rumieńców. Ostatnio o nim głośno. Marek Krajewski został laureatem Paszportu „Polityki”, festiwal Pora Kryminału, podsumowujący rodzimą twórczość w tej dziedzinie, stał się imprezą ogólnopolską, a konkurencja wśród nominowanych do nagrody Wielkiego Kalibru jest coraz ostrzejsza. Czyli jest o czym mówić?

Zbrodnia we Wrocławiu

Owszem jest. Do opisania kondycji polskiego kryminału do niedawna świetnie się nadawał tytuł zbioru opowiadań „Trupy polskie”. Ale teraz lista prozaików piszących powieści sensacyjne wydłuża się – Krajewski, Baniewicz, Jaszczuk, Grin, Wołoszański. We wspomnianej antologii za ten gatunek wzięli się też specjaliści od innych dziedzin – Dukaj, Świetlicki, Ziemkiewicz czy Shuty. Najwyraźniej pisarze odrzucili – oby bezpowrotnie – stereotyp kryminału jako pośledniejszego gatunku, po który poważny autor nie powinien się schylać.
A dobrego autora sensacyjna intryga prowokuje do eksperymentów formalnych. Opowiadanie „Wypasacz” Andrzeja Ziemiańskiego skręca w stronę czarnej humoreski, „Droga przez las” Sławomira Shutego ma wszelkie cechy horroru, z kolei Jacek Dukaj napisał recenzję nieistniejącej powieści sensacyjnej. Szkoda, że nieistniejącej, bo rozważa w niej kwestię m.in. dziedziczenia morderczych zdolności. „Zabije mnie w czwartek” Macieja Piotra Prusa to precyzyjnie skonstruowane studium szaleństwa – do samego końca czytelnik nie wie, czy bohater cierpi na manię prześladowczą, czy też jego małżonka rzeczywiście chce usunąć go z tego świata. Można też przyłożyć zdeprawowanym mediom, jak to czyni z publicystycznego obowiązku Rafał Ziemkiewicz w „Zbrodni doskonałej live”. Albo wpuścić ducha Chandlera pod krakowskie strzechy, czego efektem jest „Kotek” Marcina Świetlickiego. Czasami jednak zbytnie zapatrzenie w klasykę kryminału nie popłaca – „Smecz na Majorce” Piotra Bratkowskiego o kobiecie i jej nastoletnim synu, którym wakacje urozmaica seria morderstw, jest schematyczny i zbyt często odwołuje się do Agathy Christie.
Amatorzy pastiszu czarnego kryminału mogą sięgnąć po świetne czytadło – „Górę Trzech Szkieletów” Artura Baniewicza, który nie stroni też od political fiction („Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej”). Ale na półce z humorystyczną sensacją króluje niepodzielnie od lat nie kto inny jak Joanna Chmielewska. I chociaż jej najnowszym propozycjom daleko do świetności dawnych tytułów – takich jak „Wszyscy jesteśmy podejrzani”, „Całe zdanie nieboszczyka”, „Wszystko czerwone” itd. – to pod względem łączenia zgrabnie zaplątanej, wiarygodnej intrygi i dużej dawki humoru nadal nie ma sobie równych. W jej ślady najwyraźniej planuje pójść Joanna Szymczyk. Jej „Ewa i złoty kot” to podobna mieszanka sensacyjna porachunków mafijnych, romantycznych perypetii, relacji medialno-policyjnych, z handlem kobietami w tle, dziennikarką popularnego brukowca w roli głównej i niebagatelnym udziałem Błażeja, kota o bujnej osobowości. Nad dawką humoru autorka powinna jeszcze popracować, ale kierunek jest słuszny.
Jednak autorzy równie chętnie – a chyba nawet chętniej – zanurzają kryminalną grę w oparach historii. Mniej lub bardziej prawdziwych. Bogusław Wołoszański pokazał, że wymyślone sensacje minionego wieku mogą być równie intrygujące jak te prawdziwe. Swoje opowiadanie „Ostatnie śledztwo wywiadowcy Gościńskiego” Rafał Grupiński umieścił w okresie międzywojennym na pograniczu polsko-niemieckim. Zresztą ta epoka okazuje się dość popularna. „Foresta Umbra” Pawła Jaszczuka dzieje się w przedwojennym Lwowie, którym wstrząsa seria okrutnych morderstw – zabójca wbija w stopy ofiar podkówki. Ale Lwów wyszedł autorowi papierowy. Nie wystarczy odtworzyć dawne nazwy ulic i dodać rozmowy o „Karierze Nikodema Dyzmy”, żeby zbudować przekonująco atmosferę miasta.
Jaszczuk powinien udać się na korepetycje do zdecydowanie pierwszego pióra w tej dziedzinie – Marka Krajewskiego. „Śmierć w Breslau”, „Koniec świata w Breslau” i „Widma w mieście Breslau” to opowieści o poczynaniach wrocławskiego (z czasów, gdy miasto było pod panowaniem niemieckim) policjanta Eberharda Mocka. Zasługą Krajewskiego jest jednak – obok stworzenia gęstej atmosfery, sugestywnych opisów kulinarnych (zwłaszcza!), alkoholowych i erotycznych peregrynacji bohaterów oraz wartkiej intrygi – właśnie ów Wrocław. Autor drobiazgowo przestudiował jego historię. Dzięki temu narrator z taką pewnością siebie porusza się po zakamarkach tamtego Wrocławia, że czytelnikowi nawet nie śni się sprawdzanie, ile z tego obrazu jest prawdą.

Śledztwo prowadzi…

U Christie czy Conan Doyle’a sytuacja rozwiązującego zagadkę bohatera, któremu kibicowaliśmy, była klarowna. Musiał wykryć zbrodniarza zakłócającego ogólnie panujący ład. Potem nadszedł czarny kryminał, w którym ostatnim sprawiedliwym w skorumpowanym społeczeństwie był prywatny detektyw, z przyciężkim bagażem życiowym. Dziś do Holmesa Conan Doyle’a, Poirota Agaty Christie, Maigreta Georges’a Simenona czy wreszcie Marlowe’a Raymonda Chandlera, klasyków poskramiania zła, dołączają równie wyraziste postacie. Zgorzkniały komisarz z Ystad, nieustannie przeziębiony i nieznoszący widoku zwłok – Kurt Wallander z powieści Henninga Mankella. Albo XIX-wieczny specjalista od szarad, wszystkiego co japońskie i pięknych kobiet – Erast Fandorin z kart książek Borysa Akunina. Albo Anastazja Kamieńska, dzielna i samodzielna major moskiewskiej milicji, stworzona przez Aleksandrę Marininę.
Na rodzimym podwórku trudno jednak znaleźć równie wyraziste postacie, które mogłyby do tego pocztu dołączyć. Nasi prozaicy w roli detektywów preferują policjantów, byłych żołnierzy albo dziennikarzy. A że można inaczej i oryginalniej, przekonuje opowiadanie Irka Grina „Bezpański pies”. Śledztwo w klasztorze prowadzi były dominikanin, który musi sobie radzić nie tylko z zagadką morderstwa, ale własnymi przekonaniami, wiarą i odkrytą prawdą o swoim pochodzeniu.
To jednak wyjątek. Na ogół chandlerowski duch unosi się w dość dużym stężeniu. Po to, aby się z niego trochę ponaigrawać – jak Baniewicz, tworząc postać Marcina Małkosza, byłego oficera wyrzuconego z armii, którego środkiem transportu jest mały fiat, źródłem dochodów posada stróża, a pocieszeniem alkohol. Albo po to, by konwencję zastosować jak najbardziej serio. Jak w przypadku dziennikarza specjalizującego się w pogoni za sensacją i tragedią z książki „Foresta Umbra”. Postać ta, początkowo frapująca, traci jednak wiarygodność, gdy w wyniku śledztwa, serii spotkań z nietuzinkowymi postaciami i szalejącej zazdrości umysł bohatera zapuszcza się w paranoiczne rejony, które z zagadką zbrodni nie mają nic wspólnego. Miało być metafizycznie, ale nie wyszło.
Na tle bezbarwnego tłumu detektywów znad Wisły jedynym, który ma szansę zapisać się w annałach, jest Eberhard Mock. Z całą swoją dekadencją, zamiłowaniem do erotycznych ekscesów, pokręconym życiorysem i słabościami, pasuje jak ulał do konwencji czarnego kryminału. Jednak bohater Krajewskiego ze złem i zgnilizną tego świata nie tylko walczy. On nie waha się także grać znaczonymi kartami, jeśli ma mu to przynieść korzyść.

Lustracja i gangsterzy

Powieść sensacyjna to nie najlepsze miejsce na diagnozy społeczne. Z drugiej jednak strony o współczesnej Moskwie dowiemy się więcej z powieści Marininy niż z eksperckich opracowań. Dlatego oprócz uniwersalnych rozważań o kondycji ludzkiej w historycznym sztafażu u polskich autorów pojawia się także interpretowanie polskich realiów. Czasem, jak w „Drzymalskim…”, nie wystarcza satyrycznego talentu i wychodzi nieco pompatyczny, w gruncie rzeczy banalny obraz Polski po transformacji jako kraju złodziei i wszechobecnej korupcji, gdzie sędziowie są sprzedajni, lekarze nie troszczą się o pacjentów, ale o samych siebie, i nawet księżom zależy tylko na karierze. U Joanny Szymczyk mamy niby do czynienia ze współczesną Polską, ale wyłącznie ze sferami stołecznymi, i to wybranymi (dziennikarze, policjanci, gangsterzy).
Ciekawiej dzieje się w antologii „Trupy polskie”. Z opowiadania „Joasia” Witolda Beresia, oprócz cwanej 16-latki, wyzierają gangsterzy w białych kołnierzykach. Marek Harny w „Teczce Glizdy, czyli pułapce na Pismaka” sięga po temat lustracji i potencjalnie wybuchowych teczek. Tzw. lista Wildsteina wspomniana jest nawet w „Kotku” Świetlickiego. Shuty czerpie z historii gazetowych (motyw rodziców zabijających własne dzieci), ale „Droga przez las” to jednocześnie pastisz gatunku – rodzice są kanibalami, a w rezultacie zostają bohaterami mediów. Dalej poszedł Andrzej Pilipiuk. „Samolot von Ribbentropa” to smutna, ale zajmująca swego rodzaju wiwisekcja naszej narodowej psychiki. A uzyskuje ją, snując wizję historii alternatywnej, w której Polacy wygrywają za pomocą bomby atomowej wojnę z Hitlerem.
Rodzima produkcja kryminałów to nadal ułamek tego, co oferuje rynek zachodni, a warsztatowo jeszcze pozostawia trochę do życzenia. Nie dorobiliśmy się własnego Cooka, Akunina, Mendozy, Cobena czy Doncowej. Ale ruch w interesie jest, więc jest i szansa, że może się pojawią.

 

Wydanie: 6/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy