Wszystkiemu winne „Szpilki”

Wszystkiemu winne „Szpilki”

Andrzej Mleczko wspomina Krzysztofa Teodora Toeplitza

Moje pierwsze spotkanie z Krzysztofem Teodorem Toeplitzem miało miejsce około roku 1975. Dwaj koledzy satyrycy i twórcy kabaretowi, Adam Kreczmar i Jonasz Kofta, zanieśli moje rysunki do redakcji „Szpilek”, elitarnego wówczas pisma, bardzo szanowanego w środowisku stołecznej inteligencji, z tradycją sięgającą jeszcze okresu międzywojennego. Stanowiło to dla mnie moment przełomowy – już po kilku dniach zostałem współpracownikiem tego tygodnika, a po pewnym czasie oddano mi całą ostatnią stronę.

Ja tworzyłem wówczas rodzaj złożonego z kilku klatek komiksu, opowiadałem rysunkami jakąś historię i na końcu pojawiała się, mam nadzieję – zabawna, puenta.

Ostatnia strona „Szpilek” musiała się podobać Toeplitzowi i czytelnikom. A ponieważ mój awans nastąpił niemal błyskawicznie, później wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego do tego doszło. Po wielu latach, gdy KTT nie był już redaktorem naczelnym „Szpilek”, a ja bywałem wielokrotnie u niego w domu na tzw. proszonych kolacjach, pan Krzysztof wyjawił mi, że Mleczkowie stanowią jakiś składnik rodzinnej legendy, że jego dziadek czy inny krewny przyjaźnił się z kimś, kto nosił moje nazwisko, i że on czuje w związku z tym jakiś sentyment właśnie do mnie. Bardzo mnie to ujęło, bo sam też czułem dużą sympatię i ogromny szacunek do redaktora i bardzo już znanego autora. Nawiasem mówiąc, robiło na mnie wrażenie także to, że Krzysztof Teodor Toeplitz był człowiekiem ogromnie oczytanym, erudytą, intelektualistą, jakich mało można spotkać w życiu. Mimo że, jak wiadomo, nie był herkulesowego wzrostu, budził naturalne poważanie wśród współpracowników. Nie ukrywam, że fakt, iż mogłem z KTT się zaprzyjaźnić, oznaczał prawdziwy zaszczyt.

Ale ta współpraca nie trwała długo, bo już w roku 1976 czy 1977 niespodziewanie zadzwoniono do mnie z redakcji, że nastąpiły zmiany, a redaktora naczelnego wyrzucono. Okazało się, że decyzja o zwolnieniach podjęta przez jakiegoś głupiego kacyka partyjnego dotyczyła również mnie. Do dzisiaj zastanawiam się, o co chodziło, ale w tamtych czasach decyzje władz i cenzorów były niezwykle enigmatyczne. Na szczęście dla mnie, wówczas jeszcze młodego rysownika, kontakt ze „Szpilkami” sprawił, że udało mi się zaistnieć.

Dziś uważam, że czas, gdy tym tygodnikiem kierował właśnie KTT, był po wojnie najlepszym okresem dla naszej satyry. Wcześniej drukowałem np. w „ITD”, ale moja skromna kariera zaczęła się od tej ostatniej strony „Szpilek”. Pamiętam też pewną zabawną historię, gdy redakcyjny kolega zaproponował mi, bym kolejny komiks na ostatniej stronie wykonał według jego scenariusza. Nie chcąc mu robić przykrości, narysowałem opowiedzianą mi historyjkę, a w podpisie umieściłem swoje nazwisko i nazwisko autora pomysłu. Gdy komiks się ukazał, pan Krzysztof poprosił mnie do siebie i powiedział: „Niech pan w przyszłości korzysta tylko z własnych pomysłów”. Ta uwaga skierowana do młodego prowincjusza z Galicji dodała mi pewności siebie.

Mam również w pamięci Krzysztofa Teodora Toeplitza jako autora znakomitych felietonów drukowanych w tygodniku „Kultura”. Do dziś przechowuję wycięty z gazety jego tekst poświęcony moim rysunkom. Nosił tytuł „Mleczko na święta” i odnosił się do wystawy moich prac zorganizowanej swego czasu w galerii, która znajdowała się w redakcji „Szpilek”.

Uwagę zwróciły też jego liczne książki. Pamiętam, że w tomiku „Akyrema”, czyli Ameryka czytana wspak, zaskoczyły dosyć krytyczne konstatacje autora tłumaczącego, iż Ameryka ani ekonomicznie, ani politycznie, ani mentalnościowo czy obyczajowo nie ma wiele wspólnego z Europą, co dzisiaj okazuje się bardzo aktualne. Z zaciekawieniem przeczytałem też „Tytoniowy szlak, czyli szkic z historii obyczaju, gdy palono tytoń”, gdzie Toeplitz opisywał eleganckie używki, fajki, cygara itd., rzucając wszystko na szerokie tło historyczne.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 14/2020

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy