Wszystko zostanie w rodzinie

Wszystko zostanie w rodzinie

Przez trzy miesiące istnienia Biura Rzecznika Praw Dziecka nie napisało do niego żadne dziecko. I w ogóle o biurze raczej wszyscy zapomnieli. I dzieci, i dorośli. Szczególnie, że nie rzucało się w oczy. Nie dostało żadnych pieniędzy ani pomieszczeń, więc to raczej ono powinno zwrócić się do Rzecznika Praw Obywatelskich domagając się przestrzegania swoich praw. Przecież to Sejm powołał rzecznika i to prorodzinnego, z AWS. Pracować miało z nim sześć osób.
Niestety, życie Janusza Piechowiaka, który po głosowaniach sejmowych został obrońcą praw dzieci, przez jego pracowników określane jest jako “życie niechcianego dziecka”. Wszyscy go zbywali, szczególnie denerwowało jego domaganie się pieniędzy z rezerwy budżetowej. Wreszcie ulitował się nad nim prof. Andrzej Zoll. Odstąpił dwa pokoiki i dał parę złotych na pracowników. Pojawili się też pierwsi interesanci. Dorośli, ale w sprawach swoich dzieci, z którymi albo nie mogą się widywać, albo w ogóle nie wiedzą, gdzie je wywieziono. Gdy takich spraw uzbierało się 50, rzecznik zrezygnował. Oficjalnie – z powodu złego stanu zdrowia, nieoficjalnie – z powodu niemożności działania. W tym miejscu zdziwiłoby się każde dziecko. Przecież AWS był przeciwny powoływaniu rzecznika tylko dla dzieci. Uważał, że w rodzinie wszystko jakoś się uklepie, a dziecko biegające po urzędach to wstyd. Gdy okazało się, że rzecznik na pewno zostanie powołany, AWS wstawił tam swojego człowieka, by pracował na niby. A ten znając swoje zadanie, zrezygnował. No cóż, AWS nie dotrzymał umowy. Urząd miał być atrapą, ale dobrze opłacaną.
Dobrze, że chociaż dzieci nie dały się nabrać. W tym urzędzie nie próbowały nikogo zainteresować swoim losem. Teraz procedura wybierania rzecznika zacznie się od początku. Ale jeśli biuro ma nadal funkcjonować jako ubogi krewny RPO, to nie będę namawiać dzieci do wypisywania skarg. Na interwencje czekałyby do pełnoletności, a wtedy ich sprawa zostałaby odesłana do Rzecznika Praw Obywatelskich.
Nie udały nam się, czy może nie chcieliśmy, żeby nam się udały, instytucje broniące praw dzieci, do których one same mogą się zwracać. Zanika funkcja rzecznika praw ucznia, a parlament dziecięcy to atrapa. W zreformowanej szkole młodzież nie ma większych praw, coraz mniej jest psychologów szkolnych, więc z problemami najmłodsi naprawdę nie mają gdzie pójść. Szczególnie, gdy rodzice są tym “problemem”.
Dziecko roku 2000 łatwiej dostanie obiad, zeszyty i buty, wszystko to, co zorganizuje mu filantropia. Gorzej z jego prawami. W tej sprawie nie da się urządzić zbiórki w supermarkecie.

Wydanie: 38/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy