Wybory w trzech odsłonach – rozmowa z dr Jerzym Głuszyńskim

Wybory w trzech odsłonach – rozmowa z dr Jerzym Głuszyńskim

Jeżeli w PO będzie się upowszechniać czy dominować lekceważenie rozwarstwiania, poniżania gorzej sytuowanych, to niemożliwe szybko może się stać możliwe

Dr Jerzy Głuszyński,socjolog, wiceprezes Zarządu Pentor Research International SA

– Jak pan widzi trwającą kampanię wyborczą?
– To jest typowa kampania, ale ma też znamiona odmienności. O niektórych prostszych jej elementach powszechnie się mówi – że przyspieszona, że po katastrofie, że zaraz wakacje. Mniej mówi się o różnicach głębszych.

– To pomówmy o nich.
– Jeszcze dwa miesiące temu mieliśmy wszyscy wrażenie, że mamy do czynienia ze zmęczeniem materiału klasy politycznej, traktowanej coraz powszechniej jako zło konieczne. Z ciągle tymi samymi politykami, którzy są na scenie 15-20 lat. Z sytuacją, w której zmiana pokoleniowa nie nastąpiła, a jeżeli nawet nastąpiła, jak w SLD, to użytek z tego jest mizerny. Sądziliśmy, że jest to paradygmat polityczny, który dochodził do swojego kresu. Mieliśmy przekonanie, że się kończy, że partia taka jak PiS właściwie wyczerpała możliwości życia. Nie tylko oponenci, ale i wielu działaczy PiS to zauważało. A przestrzeń po PiS, zamierającym SLD i PSL miała zająć PO (w roli współczesnego Frontu Jedności Narodu) albo to, co się z niej wyłoni po prognozowanym rozpadzie. Smoleńsk to zmienił. To, co się zdarzyło, spowodowało, że PiS odzyskało możliwość powrotu do gry. To zostało właściwie odczytane i jest realizowane.

– Przez PiS…
– Wydawało się, że ta partia nie ma już szans na zbudowanie nośnej symboliki, narracji, że kostnieje i obumiera, będąc skazana na egzystowanie we wprawdzie dość rozległej, ale mało znaczącej niszy. A teraz PiS przeżywa jakby życie po życiu. I gdyby wykorzystać głosy, które w trzech kolejnych wyborach – prezydenckich, samorządowych, parlamentarnych – uzyska, to może się przemodelować. Odzyskać to, co dla partii politycznej jest niezbędne – możliwość sprawowania władzy.

Jedna czy dwie tury

– Jak?
– W Polsce samodzielne rządy są raczej mało możliwe. Czyli trzeba mieć zdolność koalicyjną, której PiS nie miało, a teraz chce mieć. Kampania Kaczyńskiego w tym kierunku zmierza. Dziwię się ludziom, którzy mówią, że są nią zaskoczeni. A niby czemu się dziwić? Przecież PiS nie ma żadnej rozsądnej alternatywy do tego, co obecnie robi. Kaczyński i PiS zachowują się dokładnie tak, jak powinni się zachować, żeby żyć.

– Czy to się uda?
– Możliwe są trzy wyniki tych wyborów, pozostałe są teoretyczne. Najbardziej prawdopodobny jest wybór Komorowskiego w II turze, ale całkiem możliwy jest jego wybór w I turze, praktycznie niemożliwy jest wybór Kaczyńskiego w I turze, za to niewykluczony jest jego wybór w II turze. Wiemy też z doświadczenia, że będzie to raczej rywalizacja na błędy. Nowe jest to, co odbywa się w sferze emocji czy organizowania emocji.

– W tym obszarze lepiej znaleźli się przywódcy PiS. Złapali wiatr w żagle.
– To efekt dwóch procesów. Po pierwsze, że pojawił się wiaterek, a po drugie, że pojawili się żeglarze, którzy potrafili go umiejętnie złapać. Poza tym w owym szeroko rozumianym systemie politycznym wyraźnie wzmocniły się elementy niepartyjne. Partie się wyciszyły, zeszły z pierwszej linii, dając pole publicystom, instytucjom medialnym, ale i instytucji typu Kościół.

– To dobrze?
– Wpływ mediów nie jest specjalnie chwalebny, bo nie dostrzegam w nich ambicji, żeby ludziom coś wyjaśniać, przeciwnie – intencjonalnie lub nie, zamazują obraz rzeczywistości. Proszę zwrócić uwagę, jak mówią o kampanii.

– Jak o kolejnej bitwie PiS i PO.
– Mówią o kampanii, jakby była celem sama w sobie. Zapominając, że ma ona znaczenie instrumentalne, że służy wyborowi prezydenta na pięć lat. Kampania (ta w szczególności) szybko minie, a prezydent (lepszy czy gorszy) pozostanie i wszyscy będziemy odczuwali (lepsze lub gorsze) skutki jego wieloletniej działalności. Ambicją obywatelskich mediów powinna być obrona wyborców przed wciskaniem im wyborczego kitu. Akcji specjalistów od politycznego marketingu (osławionych spin doktorów) powinna być przeciwstawiona reakcja profesjonalnie działających mediów. Ale w tej kampanii to właśnie dziennikarze często kreują i wykonują „polityczną robotę”, będąc bardziej gorliwymi od polityków.
Media nie pomagają też ludziom w rozumieniu rzeczywistego sensu wyborów. Nadal kreuje się przede wszystkim negatywny wymiar prezydentury – tytana, który ma nas uchronić przed złem planowanym przez politycznego wroga (z instytucją weta jako swoim najważniejszym orężem). A nam dzisiaj potrzebny jest człowiek do konkretnej, określonej konstytucyjnym zapisami roboty. To nam niezdrowo zmienia optykę.

– Optyka mediów jest inna. Personifikowanie, granie na emocjach – to ich domena.
– Z tego punktu widzenia kampania jest odtwórcza. Do niczego nas nie przybliża. To zresztą szersza tendencja – wytraciliśmy bowiem, jako społeczeństwo, pewien rozpęd w wymiarze intelektualnym. Rozumiem, w wyniku ostatnich wydarzeń siłą rzeczy musieliśmy się skupić do wewnątrz. Więc przestaliśmy zwracać uwagę na to, co dzieje się w świecie. Na kolejne kryzysy, na Grecję, na bój o euro… To fatalnie. Bo skoro jesteśmy krajem zapóźnionym, który powinien wygrywać swoje sprawy w Unii, żeby się szybciej modernizować, to powinniśmy trzymać rękę na pulsie unijnych spraw. A tu widać, że zamiast odcinać kupony od bycia „zieloną wyspą”, sami wyhamowujemy. Może więc warto byłoby zacząć pytać: jakie są w tych wyborach priorytety? O co tak naprawdę głównym aktorom chodzi? Ale nikt tak nie pyta, wszyscy koncentrują się na niuansach, typu prawdziwa czy udawana przemiana Kaczyńskiego.

Enklawy rodzimych talibów

– A jakaż to jest przemiana?
– Kaczyński opowiada, że musimy się porozumieć, że trzeba wsłuchiwać się w poglądy ludzi, że służba zdrowia w potrzebie, że lekarze z takim oddaniem pracują (m.in. opiekując się jego mamą)… To są bardzo dobre słowa.

– A przeprosił rodzinę Blidów?
– Oczywiście, że nie, ale nikt chyba go o to dotąd nie pytał. Bo ta kampania jest jednocześnie sztuką uników. M.in. po to, aby unikać niewygodnych pytań i kontekstów, np. z upodobaniem prezentowanych przez Bronisława Komorowskiego zachwytów nad polskimi pilotami, którzy potrafią wylądować nawet na drzwiach od stodoły.

– Mówiliśmy o tym, że PiS i PO łapią wiatr w żagle. Na czym to polega?
– Są dwie tendencje, dwa wiatry. Efekt pierwszej widzieliśmy podczas pogrzebu Lecha Kaczyńskiego. To zjawisko realne, bo przecież partyjni nie uruchomiliby tylu ludzi… Ludzie przychodzili, przeżywali, dyskutowali, niekoniecznie w wydaniu Pospieszalskiego i innych żołnierzy nakręconych na maksa, ale i w spokojniejszej formie. W gruncie rzeczy to zjawisko pozytywne, że ludzi obchodzi coś więcej niż ich własna wypłata, że się interesują sprawami publicznymi. Ewentualny nawrót do myślenia konserwatywnego, patriotycznego (o ile okaże się trwały) też nie jest szkodliwy sam w sobie, chodzi tylko o to, żeby w Polsce nie pączkowały enklawy rodzimych talibów, ludzi niezdolnych do racjonalnej koegzystencji i wysiłku w budowaniu lepszej wspólnej przyszłości.

– A są kreowani?
– Ten element w ostatnich latach dość skutecznie się wyciszał. I gdyby nie katastrofa, gdyby nie przyspieszona kampania, to sprawy zapewne w ogóle by nie było. Ale teraz z kolei został dość skutecznie stłumiony katastrofą powodzi, która bezpośrednio dotyczy realiów życia (i to nie tylko osób bezpośrednio poszkodowanych), a nie wyłącznie jego symbolicznego wymiaru. Druga katastrofa przykrywa więc w pewnym stopniu tę pierwszą, co nie będzie bez wpływu na przebieg kampanii i – w konsekwencji – wynik elekcji.

– Czy można jednak zrezygnować z tak obiecującego wyborczego paliwa?
– Zdecydowanie nie, bo realnie nie ma żadnego innego. Pewne szanse mogłaby ewentualnie dawać skuteczna krytyka rządu w reagowaniu na powódź i – przede wszystkim – w zwalczaniu jej skutków. Opozycja przecież ma ten komfort, że nie może niczego zepsuć, za to może skutecznie wyrażać wszelkie przejawy niezadowolenia obywateli. Ale i w tym wymiarze te dwa kataklizmy wzajemnie się kanibalizują. Jeszcze przed powodzią odstrzelona została rakieta pojednania, zgody, współpracy, odpowiedzialności za Polskę, a nawet zaproszenie do (wydawało się już bezpowrotnie pogrzebanej) idei PO-PiS-u. Mistrzostwem świata byłoby już skutecznie przeprowadzić jedną wizerunkową woltę (co przy utrzymaniu skutków społecznego znieczulenia dawało pewne szanse powodzenia), a co dopiero dwie (i to o odwróconych wektorach). Jest to tym trudniejsze, że rząd i jego lider (jednocześnie najważniejszy promotor kandydata PO Bronisława Komorowskiego) na razie co najmniej nieźle sobie radzi z reagowaniem na spadające na nas kataklizmy. Można nawet powiedzieć, że poddawany kolejnym próbom (światowy kryzys, ciężka zima, afera hazardowa, katastrofa smoleńska, finansowa zapaść Grecji, powódź itp.) wykorzystuje je jako okazje do zademonstrowania obywatelom swojej skuteczności, odpowiedzialności i taktu. Nie stanowi to oczywiście dobrej gleby do myślenia o „przeprzęganiu koni” na środku wezbranej rzeki.

– A więc, mimo tych przeszkód, da się na tym wiele ugrać?
– Moim zdaniem tak, chociaż niekoniecznie z natychmiastowym rezultatem, czyli bez gwarancji zachowania nazwiska Kaczyńskiego jako lokatora pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. Ten sezon polityczny to trójskok, gdzie na rezultat składają się wszystkie elementy, a ten pierwszy otwiera albo niweczy nadzieje na całościowy sukces.

– Dlaczego sądzi pan, że te nadzieje PiS nie są jeszcze beznadziejne?
– Bo widać, że ten proces jest umiejętnie zarządzany. A że zarządzanie jest umiejętne, wnioskować możemy z prostego przykładu – otóż pochowanie państwa Kaczyńskich na Wawelu nie jest kwestią tylko czyjegoś luźnego pomysłu. To jest kwestia umiejętności, by tego typu operację przeprowadzić. Trzeba umieć właściwej osobie, we właściwym czasie i w odpowiednich okolicznościach coś powiedzieć, przekonać, zobowiązać, zaskoczyć, wykluczyć drogę odwrotu itp. To pokazuje, że zarówno strona intelektualna, jak i wykonawcza formacji PiS pracuje właściwie. A skoro pracuje właściwie, ma narzędzia, którymi potrafi się posługiwać, to można zakładać, że wszystkie tendencje dla siebie korzystne podtrzyma.

Platforma w defensywie

– A strona PO?
– Platforma to partia, która właściwie ideowo jest niedookreślona, co w pewnych warunkach pomaga, w innych, zwłaszcza na tle dodefiniowanego obrazu strony PiS-owskiej, już niekoniecznie. Platforma – to w znacznym stopniu jej lider. I teraz pytanie: na ile go jeszcze stać? Można powiedzieć, że przechodzi suchą nogą kolejne próby. Wszystko, co się zdarzyło w okresie jego premierostwa – nawet te zastawione na niego wnyki, z aferą hazardową na czele – nie tylko go nie zabiło, ale jeszcze umiał się on na tym wzmacniać. Katastrofę w Smoleńsku też zrozumiał, wyczuł nastrój, umiał się podporządkować. Pomyłek, które mógł popełnić, były tysiące. Żadnej istotnej nie popełnił. I przy tym wszystkim nasuwa się pytanie: do czego Donald Tusk wykorzystuje swoje talenty? Czy tylko, żeby utrzymać swoją pozycję? Jeżeli można o coś mieć do niego pretensje, to o to, że te niepoślednie talenty…

– Służą małym sprawom?
– Jego legitymacją ciągle jest obrona przed tym gorszym. Czyli przed byłym PiS. Ale to trochę mało w stosunku do potrzeb. Pojawiają się więc kolejne pytania – czy premier przedefiniuje obecną sytuację? Czy nada jej jakieś kierunki? Czy kolejny raz przemebluje swoje zaplecze, żeby do kolejnych dwóch wyborczych starć iść nie siłą rozpędu, ale z nowym atrakcyjnym dla wyborców pomysłem?

– A obecne wybory?
– Symptomatyczne, że mówiąc o wyborach prezydenckich, tyle czasu poświęcamy niekandydującemu Donaldowi Tuskowi, który pewnie zakłada, że trzeba dowieźć Komorowskiego do prezydentury (najlepiej w I turze), mieć zabezpieczoną flankę prezydencką i potem się zastanowić, co zrobić, żeby ludzie nie wystraszyli się siły Platformy i dalej chcieli na nią głosować. Na razie i on, i Komorowski są w defensywie, w sytuacji biernej. Ale zadaniem lidera w wyborczym wyścigu nie musi być uciekanie przed samym sobą, lecz dbanie, aby utrzymać dystans przed jadącym z tyłu (reszta peletonu zasadniczo walczy już o inną stawkę). Taki chyba jest więc obraz tej kampanii. To wszystko jest w sumie nie najgorsze, cywilizowane, o tym się nie da powiedzieć wielu złych rzeczy, brakuje tylko odpowiedzi na podstawowe pytanie: a co z tego może być dobrego?

– Odpowiedź brzmi: zablokujemy tego gorszego.
– Polityka powinna czemuś służyć. I z tego punktu widzenia jest zbyt pasywna. Jeśli nawet mamy obecnie usprawiedliwienie tej reaktywności, to przecież nie wolno nam się godzić na taki standard. Od liderów politycznych (aspirujących do najwyższych funkcji i – tym bardziej – tych sprawujących realną władzę) powinniśmy wymagać nie tylko zdolności do wyrażania empatii w momentach trudnych, ale przede wszystkim skuteczności w mozolnym budowaniu lepszej przyszłości.
Może niepokoić, że w sytuacji, kiedy potrzeba byłoby więcej ofensywności, organizowania do nowych zadań, nowych celów, dominują działania zachowawcze, które służą obronie swoich pozycji. Aby móc realizować słuszne cele, trzeba umieć utrzymać władzę, ale władza jedynie dla władzy to patologia demokracji.

Siła porażek

– A społeczeństwo? Czy jest trwale podzielone? Na jakie argumenty ma słuch?
– Zakładałbym, że frakcja konserwatywna, PiS-owska, na czas tych trzech wyborów zintegruje się, trochę podrośnie. Ale nie wydaje mi się, żeby miała możliwość znacznego przekroczenia dotychczasowych pułapów. Może w wyborach samorządowych, w niektórych regionach pewne większe wyspy mogą się pojawić…

– A dlaczego jest niemożliwe przekroczenie progów?
– Na tym właśnie polega prawdziwa stawka tych wyborów – kto i na jakiej zasadzie zorganizuje (spośród chodzących na wybory) większość? Czy tą większością okażą się Polacy aspirujący, dążący do rozwoju indywidualnych karier, skoncentrowani na budowaniu zasobności swoich rodzin, zainteresowani poprawą efektywności swojego państwa i doskonaleniem funkcjonowania Unii Europejskiej? Czy też uda się (chociażby tylko na czas wyborów) zbudować głosującą większość opartą na ludziach, którym się w życiu nie udało zawodowo, rodzinnie czy pod jakimkolwiek innym względem i przenoszą te porażki w sferę symboliczną. Że Rosjanie nam zabili prezydenta, że patriotyzm wymaga ofiar, że jak komuś nie po drodze z nami, to wynocha…

– Że kraj jest wyprzedawany, że agenci…
– To wszystko są zachowania głośne. Widoczne w sferze publicznej. Ale będące w mniejszości. Trudno sobie wyobrazić taką sytuację, żeby Polaków dało się tak zaczarować, żeby zaprzeczyli swoim codziennym nawykowym zachowaniom. Przestrzeni na ekspansję (przynajmniej wczorajszego) PiS specjalnie zatem nie widzę.

– A na utrzymanie stanu posiadania? Poprzez mocno zarysowany podział: oto Polska bogata, nieczuła i ta pokrzywdzona, odpychana…
– W tym sensie można mówić, że w wyniku długotrwałej trzyetapowej kampanii wyborczej te odłamy się umocnią i jakoś scementują. I takimi zapewne na jakiś czas zostaną. Czy na trwałe? Właściwie recepta na ich rozmycie jest jedna – wyrównywanie poziomów życia, otwieranie możliwości poznawania innego świata, skuteczna edukacja. W Irlandii Północnej, w Kraju Basków też były silne emocje i też nieracjonalne. Tak naprawdę udaje się je przezwyciężać w długim procesie, poprzez to, że ludzie zajmą się czymś innym, że inne rzeczy zaczną być dla nich ważne. Dzieci bojowników w Irlandii Północnej już niekoniecznie chcą być bojownikami. W przeciwieństwie do Afganistanu czy krajów arabskich, gdzie wszystkie pokolenia są zaangażowane… Chyba więc chodzi tu o taki element.

– W Polsce enklawy wpływów PiS to obszary zaniedbane, Polska wschodnia – Podkarpacie, Lubelszczyzna, Podlasie…
– Te enklawy są również efektem tego, że tam nie ma dróg, a jak nie ma dróg, to nie ma inwestycji, a jak nie ma inwestycji, to nie ma takiego miksu społecznego, który mógłby jakoś blanszować minorowe nastroje w miasteczkach, miastach, wsiach… Zła polityka regionalna przynosi złe rezultaty nie tylko w sferze gospodarki, ale i w przestrzeni społecznej.

– Zauważyłem, że wyborcy z elektoratu PO zaczynają się zachowywać coraz bardziej brutalnie wobec elektoratu PiS. Powtarza się taki motyw: my jesteśmy z dużego miasta, dobrze nam się powodzi, my jesteśmy przedsiębiorczy, mądrzy, piękni i zdrowi. A wy jesteście skwaszeni nieudacznicy, z prowincji, roszczeniowi, zazdrośni. To słychać i czuć.
– To jest zmodyfikowana geneza tego samego zjawiska, które towarzyszyło świętej pamięci Unii Wolności. Tam było to na zasadzie takiej postszalcheckiej, wielkomiejskiej, inteligenckiej, salonowej. Tu środowisko jest z grubsza to samo, choć istotnie poszerzone. O nowobogackich, o element partykularnego kapitalizmu. Tego wątku nie podnieśliśmy
– bo mówiliśmy o pewnych naturalnych ograniczeniach PiS, o tym, że właściwe nie ma żadnych racji ani ekonomicznych, ani społecznych, ani personalnych, żeby to przekroczyło granicę ok. 30% poparcia. Ale to jest tak długo prawdą, dopóki ta druga strona, PO, nie dostarczy paliwa do możliwego wzrostu. Przecież dwa zwycięstwa PiS w 2005 r. nie były efektem przyrostu typowych zwolenników PiS. Oni tylko postawili na PiS jako odtrutkę przeciwko aferom, kradziejstwu itd. Ten rodzaj reakcji jest przecież wciąż możliwy. Jeżeli w ugrupowaniu platformianym będą się upowszechniać czy dominować tego typu zachowania, lekceważenie rozwarstwiania, poniżania, to niemożliwe może się szybko stać możliwe. Nieszczęściem jest, że w tym bipolarnym układzie przepływy odbywają się tylko na tej płaszczyźnie, bo gdyby był koś trzeci, czwarty, to one by się łagodziły…

Przeszłość nie ciąży

– Podział postkomunistyczny już nie funkcjonuje?
– Myślę, że już nie. Że katastrofa smoleńska ostatecznie go zamknęła. Proszę zwrócić uwagę, jak pokazywano Szmajdzińskiego po katastrofie – bardzo pozytywnie, jak nigdy za życia. Że wprawdzie innej orientacji, ale motywowany dobrymi chęciami. I nikt nie przypominał, że przecież jeszcze nie tak dawno ze względu na to pochodzenie polityczne człowieka skreślano, kwestionowano wszystkie jego dokonania. A ile mieliśmy dyskusji, właściwie na zapas, czy Lech Kaczyński powinien zabrać gen. Jaruzelskiego prezydenckim samolotem na defiladę do Moskwy. I co? Teraz poleciał z nim Komorowski, stali obok siebie w Smoleńsku, są zdjęcia, i właściwe nikt tego nie komentuje. Jaruzelski wrócił, dawał wypowiedzi do mediów, było to naturalne. Przeszłość już nie ciążyła.

– Wygląda więc na to, że ta wojna jest zakończona. Kto ją wygrał?
– Polacy. Ten spór był fałszywy, sztuczny. Podobnie jak był antysemityzm bez Żydów, tak był antykomunizm bez komunistów. W tym sensie to była iluzja, marnująca ileś społecznych emocji, energii. Bez uzasadnienia. A teraz ta bańka została przekłuta. Przestaliśmy tracić energię na sprawę zamierzchłą, dziś mało ważną. Czy była jakaś dyskusja, że Olechowski przyznał się do współpracy z wywiadem PRL? Czy ktokolwiek zwrócił jeszcze na to uwagę? To już nikogo nie obchodzi.

– To co ludzi obchodzi?
– Pyta pan, jakie jest polskie społeczeństwo? Kim dzisiaj jako Polacy jesteśmy? Wiadomo, że nie jesteśmy tacy sami. Natomiast zasadnicza część to są ci Polacy, którzy mają tendencje modernizacyjne. Uniwersalne standardy europejskie stały się już ich standardami, stały się ich codziennością. Natomiast są jeszcze jacyś maruderzy, emigranci w czasie. Tak jak w każdym społeczeństwie są enklawy różnych dziwactw. Ale dominuje standard pościgu, modernizacji. Wieje wiatr historii, który można wygrać do utrwalenia tego zjawiska.

– Jarosław Kaczyński też mówi, że chce modernizacji. Jest to wiarygodne?
– Wyborcy to ocenią i niebawem będziemy znali rezultat… Powtarzam – z punktu widzenia Kaczyńskiego i PiS to jest jedyna formuła werbalna, która ma sens. I gdyby nie była stosowana, można byłoby powiedzieć, że to są ludzie passé i można się nimi nie zajmować. Bo sami nie rozumieją świata i sami się skazują na marginalizację. Ale Kaczyński właściwie odczytał warunki, postawił właściwą diagnozę, używa właściwych narzędzi. Więc pozostaje tylko pytanie, czy osiągnie założone cele. Na tym jesteśmy etapie. A szerzej patrząc, jest to ostatni powiew starego paradygmatu. A jeżeli jest on skruszały, to musi mieć jakiś potencjał zmiany. I ta zmiana przyjdzie.

– Jaka?
– Wiemy z doświadczenia, że wiele rzeczy wydawało się nam niemożliwych, a się stawały. Budowle polityczne rozsypywały się jak domki z kart, w ich miejsce stawiano nowe. Ani PiS nie musi pozostać monolitem, ani PO. Pytanie: jeżeli to się rozpadnie, to w jakich kierunkach? I co powstanie na tym gruzowisku, bo przecież w polityce (jak w fizyce) nie może być próżni. I właśnie na tym polega jeden z większych dylematów Tuska. Że on z jednej strony chce mieć dużą partię, taką eklektyczną, bo ma to swoje walory, ale te walory niosą jednocześnie ogromne zagrożenia. Więc, szczerze mówiąc, on jest skazany na permanentną grę. Szkoda, że ta wewnątrzpolityczna gra tak polityków wyczerpuje i nie starcza im wtedy sił i czasu, aby pomyśleć o wałach przeciwpowodziowych, powszechności internetu, rozwijaniu społecznej kreatywności, itd.

Wydanie: 22/2010

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy